Po ośmiu latach od katastrofy w Warszawie stanął pomnik ofiar katastrofy Smoleńskiej. Projektant wykonał Jerzy Kalina. Niektórym dzieło się podoba, innym nie, jeszcze inni sądzą, że w ogóle nie powinno być takiego pomnika. Nie jestem człowiekiem sentymentalnym, nigdy nie uczestniczyłem w żadnym marszu ani miesięcznicy, w ogóle nie angażowałem się w życie postsmoleńskie po żadnej ze stron. Nie mam wątpliwości: tego rodzaju bezprecedensowa katastrofa powinna być upamiętniona pomnikiem ustawionym gdzieś w centrum stolicy. Plac Piłsudskiego się nadaje. W katastrofie każdy stracił kogoś, kto go reprezentował (w moim przypadku był to Jerzy Szmajdziński). Zginęli też oficerowie, piloci, stewardessy – ludzie tacy jak ja czy Ty, którzy po prostu tego felernego dnia przyszli do roboty.

Pamięć o zmarłych świadczy o naszym człowieczeństwie i jest kwestią absolutnie pierwszorzędną 

Możemy kłócić się o istnienie Boga, zakres praw człowieka, aborcję i znaczenie Sławomira dla kultury polskiej, ale nie o groby. W konsekwencji, z niedowierzaniem słuchałem wypowiedzi ludzi poważnych o tym, że ich zdaniem po zmianie władzy pomnik smoleński należy zburzyć. Może jeszcze zaoramy cmentarze i postawimy na nich bloki? Jestem pewien, że developerzy ustawią się w kolejce do skakania po kościach. Pomnik smoleński oczywiście musi zostać, choć, niestety, jest kiepskim pomnikiem.

Rozumiem intencje Jerzego Kaliny i uznaję je za słuszne. Kalinie chodziło, jak sądzę, o stworzenie projektu uniwersalnego, wolnego od kontekstów publicystycznych, politycznych, czy też religijnych. Nie jest to, na przykład, jedynie pomnik pary prezydenckiej. Takie pomysły też się pojawiały, budząc zrozumiałe kontrowersje. Zrezygnowano zresztą z jakiejkolwiek figuratywności. Nie ma też krzyża ani Putina dzierżącego bazookę, słowem Kalina próbował usunąć ze swojego projektu wszystko, co mogłoby Polaków skłócić, sprowokować jakąś awanturę. Równie dobrze mógłby zajść nad Nil z Biblią i uczyć krokodyle psalmów.

Pojawiły się oskarżenia o plagiat, mniej i bardziej poważne 

Patrzę sobie na okładkę płyty grupy Beyond the Bridge, porównuję ze schodkami na Placu Piłsudskiego i cóż mam rzec? Faktycznie podobne. Wątpię jednak, by Jerzy Kalina, lat siedemdziesiąt pięć, fascynował się muzyką niszowej niemieckiej kapeli (7800 polubień na facebooku), by w ogóle uznawał wartość współczesnej muzyki popularnej i szukał inspiracji w tanich, komputerowych okładkach. Przecież ten gość przez pół życia strugał papieskie ołtarze. Skądinąd drżę by ta cała awantura nie zaowocowała nagłą popularnością Beyond the Bridge w Polsce, czy też, mówiąc szerzej, modą na niemiecki rock progresywny. Byłoby to nieszczęście, na które mój kraj – tak doświadczony przez historię – po prostu nie zasłużył.

Złośliwy los chciał, że identyczna konstrukcja pojawiła się również w osiemnastej księdze przygód Tytusa, Romka i Atomka. O ile pamiętam, Papcio Chmiel użył schodów donikąd celem wyśmiania awangardowych nurtów w malarstwie. Plansza przypomniana jeszcze przed odsłonięciem pomnika wzbudziła zrozumiałą wesołość. Co z tego? Pośmialiśmy się i już. Związek pomiędzy komiksem i dziełem Kality jest przecież przypadkowy. Sam jestem artystą i doskonale wiem jak wygląda proces twórczy. Na pewne idee różni ludzie wpadają niezależnie od siebie, tak jak Egipcjanie i Majowie wymyślili sobie piramidy, choć dzielił ich Atlantyk. Schody donikąd nie są jakimś szczególnie skomplikowanym, czy nawet błyskotliwym pomysłem, to nie funkcja Bessela ani sklepienie kaplicy Sykstyńskiej, lecz parę stopni prowadzących w pustkę.