Na ścianie jednego z pompejańskich domów odczytano napis: „Sodoma i Gomora”. Powstał już po wybuchu Wezuwiusza, w czasie szabrowania zasypanego mienia. Jego autor, zapewnie jakiś anonimowy przedstawiciel narodu wybranego, skojarzył spektakularny koniec Pompejów ze smutnym losem biblijnych miast grzechu. Był więc święcie przekonany, że mieszkańcy Pompejów zasłużyli sobie na podobną karę. Czy miał rację? Patronką miasta była bogini Wenus o przydomku physica, opiekunka rozkoszy miłosnych i natury budzącej się do życia. A obywatele tego grodu z oddaniem i pasją poświęcali się przyjemnościom łoża. W każdym prawie domu płomyki oliwnych lampek wydobywały z półmroku półnagie menady biegające wśród gajów i bożki szczycące się pulsującą męskością. Jakże to odległe od naszej rzeczywistości. U nas „prasę specjalistyczną dla panów” chowa się wstydliwie z tyłu okien wystawowych, tam zaś dzieła o treści jawnie obscenicznej pokazywano w jadalniach przyzwoitych domów.

Mutunus ci pomoże

Hedonizm pompejańczyków sankcjonowały popularne prądy religijne. Niektóre z erotycznych fresków, pełne rozpasanych nimf i lubieżnych satyrów, świadczą o obecności kultu Dionizosa, boga wina. Dionizos patronował wszystkim irracjonalnym i niepohamowanym aspektom ludzkiej natury. A swoim wyznawcom obiecywał ciekawe życie pośmiertne, pełne hulanek i orgii. Nie osądzajmy mieszkańców miast Wezuwiusza zbyt surowo. W tamtych czasach większość ludzi umierała przed czterdziestką. Na niektórych pompejańskich mozaikach widać kota skradającego się ku ptakom, niedojedzone resztki uczt, szkielety i czaszki. Na jednej z mozaik przedstawiono ludzki szkielet, trzymający w ręku dzban z winem.

Drapieżny apetyt na życie był tak wszechobecny jak trwoga przed śmiercią. Pompejańczycy czerpali więc z życia garściami. Carpe diem – chwytaj dzień – podpowiadał rzymski poeta Horacy. Rozpaczliwy hedonizm rodził gwałtowne żądze. Przyrównywano wtedy wspólne zapamiętanie dwojga ludzi do wojny, aktywności przecież drapieżnej i pozbawionej czułości. „Ona tedy bez zwłoki już w mgnieniu całą zastawę stołu usunąwszy, z sukien obnażona ukazała się w grzywie włosów do hucznej swawoli miłosnej rozpuszczonych – pięknymi kształtami Wenerze wynurzającej się z morskich fal podobna. I nieco tylko różową łapką wdzięki niewieście raczej z rozmyślnej zalotności przysłaniając niż zakrywając je ze wstydu. – Ano – powiada – do walki – a mężnie walcz, bo na krok ci nie ustąpię i tyłu nie podam! Dalej naprzód jakeś chłop, bij co sił wręcz i sam zabijany morduj! Dzisiejsza bitwa będzie bez pardonu!” – czytamy w „Metamorfozach” Apulejusza z Madaury, jedynej zachowanej łacińskiej powieści.

Czasy bez viagry

Brak delikatności był na porządku dziennym. Ówczesne małżeństwa okazywały się właściwie usankcjonowanymi prawnie gwałtami. Zazwyczaj dużo starsi panowie poślubiali dziewczęta w wieku kilkunastu lat. Na szczęście prastare ślubne obyczaje służyły częściowemu złagodzeniu szoku, spowodowanego tak raptownym wejściem w dorosłość. I tak, zwyczaj nakazywał skonsumować małżeństwo w zupełnych ciemnościach, aby oszczędzić dziewiczego wstydu pannie młodej. Całą operację ułatwiał też pewien szacowny przesąd. Od niepamiętnych czasów w Italii czczono bóstwo o dziwnym imieniu Mutunus Tutunus, zazwyczaj przedstawiane pod postacią kamiennego fallusa. Na nim to siadały panny młode, ofiarowując bogu swe dziewictwo. Miało to zapewniać szczęście i płodność.

Istnieje jednak bardziej racjonalne wyjaśnienie. Dzięki temu obyczajowi mąż nie ponosił odpowiedzialności za traumatyczne przeżycia, związane z tym przykrym zabiegiem. Jednak nawet najbardziej wyrafinowane zwyczaje ślubne nie potrafiły pomóc obdarzyć małżonków takimi dobrodziejstwami jak intymna więź. Ówczesna sztuka erotyczna poraża drapieżnością. W Herkulanum odkryto niewielką marmurową figurkę, przedstawiającą bożka Pana, spółkującego z kozą. W cieniu Wezuwiusza zazwyczaj nie było miejsca na subtelności. Choć nie zawsze. W tzw. Domu Setnika odsłonięto erotyczne freski, do których zakradła się czułość. Niestety, większość słownictwa miłosnego pompejańczyków oscylowała w okolicach rynsztoka. Świadczą o tym zachowane napisy na murach. I tak, pewien młodzieniec błaga niejaką Restitutę, aby uniosła tunikę i pokazała mu „kosmate futerko”. Być może był też autorem innego napisu: „Nie lubię golonych, nie lubię strzyżonych, ta, co dobrym futrem kryta, ciepło mi da i do syta”.

Podobnie wysławiały się panie. Jedna z nich uznała nawet za stosowne rozreklamować zalety swojego przyjaciela: „Fortunacie, ty mój słodki kochanku, wielki zbereźniku, pisze to ktoś, kto cię zna”. Na innej ścianie znalazł się wymowny wyrzut: „O synu mój rozpustny, ileż to dziewcząt przeleciałeś!”. Sporo śladów na murach pozostawiły też animozje pomiędzy kochankami. Pewna Liwia (nie należy jej mylić z wdową po cesarzu Auguście) oznajmiła niejakiemu Aleksandrowi, że niewiele ją obejdzie, jeśli ten dnia następnego padnie trupem. Zaś rezolutna Wigula napisała jakiemuś Tercjuszowi, że ma go za wstrętnego brzydala. Pamiętajmy jednak, że we wszystkich epokach autorzy takich ulicznych bazgrołów nie grzeszyli wyrafinowaniem. Sami pompejańczycy zdawali sobie z tego sprawę. „Żeś nie rozpadła się w gruzy, znosząc głupstwa tylu autorów, podziwiam cię ściano!” – napisał pewien zacny obywatel. Ściany służyły też komunikacji między ludźmi, spełniając rolę współczesnej poczty elektronicznej. Komentowano na nich wszelkie niedostatki i zalety współobywateli.