Ta historia zaczęła się na początku lat 60., gdzieś koło 1963 r. To wtedy, podczas wyprawy wspinaczkowej we francuskich Alpach, dwudziestodwuletni student archeologii śródziemnomorskiej na Uniwersytecie Jagiellońskim Maciej Kozłowski odwiedził Jerzego Giedroycia w podparyskim Maisons-Laffitte. Dla młodego studenta to był przełom – od tego czasu za każdym razem, gdy wyjeżdżał na wyprawy w region Chamonix, odwiedzał siedzibę „Kultury”, a następnie przemycał do Polski wydawnictwa Instytutu Literackiego.

HASŁO TW WITOLD


W tym samym czasie Kozłowski postanowił podjąć nie mniej ważną grę. Po powrocie do Polski, pod koniec 1964 r., został wezwany przez milicję. Jak sam dzisiaj wspomina, szedł wtedy na komisariat w przekonaniu, że funkcjonariusze wszystko wiedzą i pójdzie siedzieć.

„Wróciłem właśnie z Londynu, po spotkaniach z przedstawicielami emigracji, z samym Giedroyciem, samochodem wyładowanym bibułą. I od razu zostałem wezwany przez milicję. Byłem przekonany, że wiedzą o moich różnych postępkach. To były niewyobrażalne czasy. Stalin wydawał się nieodległą przeszłością, za współpracę z »Kulturą« szło się do więzienia. Starałem się więc grać rolę człowieka, którego sprawy polityczne nie interesują. Gdy mnie pytano, z kim się widziałem, co robiłem w Londynie, byłem przekonany, że to normalne przesłuchanie, że coś wiedzą. I cały czas opowiadałem o rzeczach zupełnie niewinnych, o nauce angielskiego, o kolegach, z którymi pracowałem w barach i restauracjach” – wspomina w rozmowie z „Focusem Historia” Maciej Kozłowski, obecnie wicedyrektor Departamentu Afryki i Bliskiego Wschodu w MSZ.

W lipcu 1965 r. Stefan Szczykutnowicz z Wydziału II (kontrwywiadu) krakowskiej SB wystąpił o zgodę na „opracowanie kandydata do pozyskania w charakterze t.w. Macieja Kozłowskiego, rocznik 1943”. Szczykutnowicz, jak napisał we wniosku, wytypował go z powodu znajomości języków, licznych kontaktów z obcokrajowcami i częstych wyjazdów za granicę. Tak zaczęło się drugie życie Kozłowskiego polegające na potajemnych spotkaniach ze Szczykutnowiczem.

Z dokumentów wynika, że tematem przewodnim rozmów były wyjazdy zagraniczne Kozłowskiego, w tym jego roczny pobyt w Anglii w latach 1963–1964. On sam chętnie opowiadał o firmach, w których pracował, i ludziach, których poznał w Londynie. Wrażenie na bezpiece zrobiła m.in. informacja o Zbigniewie Hryniewiczu, który starając się o przedłużenie pobytu w Londynie, był bardzo długo przepytywany w Home Office [popularna nazwa urzędu będącego odpowiednikiem polskiego MSW – red.] o rodzinę w Anglii i w Polsce. Potem Hryniewicz miał opowiadać znajomym, że był bardzo zdziwiony, że Anglicy aż tyle wiedzą o jego bliskich.

Informacja, zdaniem bezpieki, należała do bardzo istotnych i pokazywała, że warto „pozyskać” Kozłowskiego. W notatce z 23 sierpnia 1965 r. Szczykutnowicz napisał: „Z przeprowadzonych z kandydatem rozmów odnoszę wrażenie, że jego psychika nie jest obciążona uprzedzeniami do org. Sł. Bezp. Co do przekazywania informacji interesujących te organa, nie wnosi zastrzeżeń. (...) Przekazywania przez siebie informacji nie ogranicza jednak do cudzoziemców, czego dowodem jest podana przez niego istotna informacja odnośnie jego kolegi Zbigniewa H. (...)”.

Na podstawie takich właśnie przesłanek bezpieka uznała, że w przyszłości Kozłowski będzie wartościowym tajnym współpracownikiem. Były to chyba plany na wyrost, bo z akt jasno wynika, że Hryniewicz opowiadał o swoich rozmowach w Home Office wszystkim, więc trudno tutaj doszukać się dużej wartości operacyjnej. Podobnie było z innymi informacjami, które Kozłowski przekazywał SB w okresie przed formalnym werbunkiem. Zapowiadał np. przyjazd grupy francuskich alpinistów i ich plany na pobyt w Polsce. Wystarczyło zadzwonić do krakowskiego Klubu Wysokogórskiego, żeby uzyskać takie same informacje.

UCIECZKA OD SB

 


Ostateczną rozmowę werbunkową Szczykutnowicz przeprowadził 20 maja 1966 r. w krakowskim Grand Hotelu. Tam Kozłowski formalnie zgodził się na współpracę z SB, jako Tajny Współpracownik „Witold”, co potwierdził własnoręcznym podpisem.

„Podpisałem zobowiązanie, że zachowam rozmowę w tajemnicy i jeżeli będę się dalej ze Szczykutnowiczem kontaktował, to będę używał pseudonimu »Witold«. Pismo podyktował mi Szczykutnowicz. Powiedział, że takie są wymogi kontrwywiadu, że każda rozmowa musi się kończyć takim oświadczeniem. Dla mnie to nie było zobowiązanie do współpracy. Inną miałem wtedy świadomość. Prowadziłem z nimi grę, w moim przekonaniu udaną, wyprowadzałem ich w pole. Do końca niczego nie wiedzieli. Gdyby nie aresztowanie, to moja współpraca z Giedroyciem, moje artykuły w »Kulturze«, pozostałyby w głębokiej konspiracji. I swoje osiągnąłem. Na to, że oni mieli wobec mnie jakieś plany, kompletnie zresztą chybione, nie miałem już wpływu” – wyjaśnia dzisiaj Kozłowski.

„Układ, w jaki Maciej Kozłowski wszedł z SB, wynikał z sytuacji, w jakiej żyli ludzie w tamtych latach. Zagraniczne wyjazdy były dostępne dla nielicznych. Zapaleńcy tacy jak taternicy byli pewnego rodzaju elitą, podróżowali, wspinali się w Hindukuszu, w Alpach. Równocześnie żyli w strachu, że w każdej chwili to się może skończyć. Mogą im odebrać paszport. Dlatego, gdy byli zapraszani na nieformalne spotkania z SB, stawiali się na nie jak niemal wszyscy, których to dotyczyło. Taka była wtedy w Polsce niepisana norma postępowania. Maciej Kozłowski podejmował decyzje w odniesieniu do tej niepisanej normy, i jak się domyślam, musiał się zastanawiać, jak wyważyć racje. Wydaje mi się dość prawdopodobne, że zdecydował się na swoisty układ z SB z powodu obaw o odebranie paszportu. A układ polegał na tym, że spotykał się i rozmawiał, ale tak, żeby nic nie powiedzieć. W aktach wyraźnie widać, że Kozłowski dokładnie ważył, co może powiedzieć. Tak było w okresie, kiedy formalnie był kandydatem na t.w., zaś kiedy go zwerbowano, właściwie nie mówił już nic, tylko unikał kolejnych spotkań” – mówi „Focusowi Historia” Roman Graczyk, publicysta „Tygodnika Powszechnego” i pracownik Biura Edukacji Publicznej IPN, który badał akta Macieja Kozłowskiego i sprawy taterników.

W latach 1965–1968 Kozłowski zajmował się obsługą krakowskiego Festiwalu Filmów Krótkometrażowych. Bezpieka była tym żywo zainteresowana, licząc na informacje o cudzoziemcach, którzy przyjechali na tę imprezę. Jednak Kozłowski już nie okazywał chęci do współpracy. 19 czerwca 1966 r. Szczykutnowicz napisał: „W dniu dzisiejszym t.w. »Witold« poinformował mnie, że w okresie Festiwalu Filmów Krótkometrażowych nie miał ciekawych kontaktów i informacji istotnych nie posiada. Obecnie jest bardzo zajęty przygotowaniami do wyprawy w Hindukusz. W tej sprawie wieczorem wyjeżdża do Warszawy. Jeśli pozwoli mu czas, to skontaktuje się ze mną po powrocie z Warszawy, a jeśli nie, to po wyprawie w Hindukusz, kiedy będzie już w Krakowie”.

Kolejne spotkanie odbyło się w marcu 1967 roku i Szczykutnowicz zapisał, że perspektywy dalszej współpracy są złe, bo choć Kozłowski formalnie nie odmawia, to „mnoży przeszkody, które czynią współpracę niemożliwą”.

Podobnie było podczas festiwalu w czerwcu 1968 r. Kozłowski po raz pierwszy zasugerował, że chce zerwać kontakty z SB. Szczykutnowicz zanotował wówczas: „Na zakończenie rozmowy t.w. oświadczył, że jeżeli zdarzy mu się, że będzie miał kontakt z osobą, która nas będzie interesować, to w miarę swoich możliwości t.w. zawsze udzieli nam informacji. Teraz takimi informacjami nie dysponuje”. To było ich ostatnie spotkanie. 7 stycznia 1969 r. Szczykutnowicz poinformował przełożonych, że dalsza współpraca z Kozłowskim, z racji jego postawy, nie ma sensu. „Odgrywałem pewną rolę i zrobiłem to na tyle skutecznie, że esbecja zupełnie się nie zorientowała. Cały czas myśleli, że można mnie zwerbować jako współpracownika. Mnie, człowieka po uszy umoczonego we współpracę z wrogimi ośrodkami, jak to się wtedy nazywało. Cały czas udawałem osobę zainteresowaną wyłącznie alpinizmem. Podkreślałem, że polityką się nie interesuję, ale jestem lojalnym obywatelem i jeśli znajdę szpiega, to wydam go w ręce wymiaru sprawiedliwości. Oni cały czas podkreślali, że są z kontrwywiadu i tropią szpiegów. Kiedy zorientowałem się, że oni się dali na to złapać, odmówiłem. Powiedziałem, że absolutnie na żadną współpracę nie pójdę. Jest moje oświadczenie, że odmawiam jakiejkolwiek współpracy ze SB” – podsumowuje Kozłowski.

BIULETYN BEZ CENZURY


Gdy ta notatka o zerwaniu współpracy pojawiła się w aktach SB, Kozłowski był w Czechosłowacji, gdzie zbierał materiały do reportażu o nastrojach po zdławieniu „praskiej wiosny”. Kilka miesięcy wcześniej – razem z Krzysztofem Szymborskim – wpadli bowiem na pomysł, żeby wydawać niezależne pismo dokumentujące represje, analizujące sytuację w kraju i mechanizmy systemu. Zamierzali drukować je za granicą i przemycać do kraju przez Tatry, wykorzystując swoje umiejętności. Od grudnia 1968 r. Kozłowski wraz z kolegami kilkakrotnie, przez zieloną granicę, przemycał z Polski ulotki i relacje świadków Marca 1968. Materiały te opublikowane zostały później w „Kulturze”. W drugą stronę przenosili numery „Kultury”, książki, m.in. Kisielewskiego, Gombrowicza, Hłaski, oraz opracowanie na temat Marca 1968 – „Polskie przedwiośnie”. Zimą „taternicy” szli przez zachodnią część Tatr – Dolinę Chochołowską i Rakoń. Gdy było ciepło, wykorzystywali dostępną tylko dla wytrawnych wspinaczy trasę przez Rysy.

Wiosną 1969 r. Maciej Kozłowski, dzięki wsparciu czeskich studentów, wydrukował w Pradze pierwszy numer „Biuletynu nieocenzurowanego”, który także przez góry miał trafić do Polski. We wstępie Kozłowski napisał: „Oddając pierwszy numer Biuletynu do rąk czytelników, jesteśmy w pełni świadomi konsekwencji, jakie tego rodzaju publikacja może za sobą pociągnąć. Uważamy jednak, że działalność nasza jest w pełni legalna. To łamanie prawa przez tych, którzy mają w swoim ręku środki represji, zmusza nas do wyboru formy powielanego biuletynu. Swobodna konfrontacja idei i poglądów jest niezbędnym warunkiem prawidłowego rozwoju życia społecznego. (…) Zbyt leży nam na sercu los naszego kraju, byśmy mogli patrzeć na ten stan rzeczy z założonymi rękoma”. Oprócz wstępu Kozłowski napisał jeszcze dwa artykuły, zamieszczono też głośne w tym czasie przemówienie Mieczysława Jastruna z lutego 1968 r. na zebraniu Warszawskiego Oddziału Związku Literatów Polskich oraz wiersz Zbigniewa Herberta.

SPRAWA GIEDROYCIA

 


25 maja 1969 r. Kozłowski razem z Marią Tworkowską, z egzemplarzami Biuletynu oraz książkami Instytutu Literackiego, przyjeżdżają do Smokovca. Mają spotkać się z kurierem, który przeniesie materiały do Polski. Nie wiedzą, że polska i czechosłowacka bezpieka już ich namierzyły. W poniedziałek 26 maja Kozłowski i Tworkowska są już w rękach czechosłowackiej StB, kilka godzin później na Łysej Polanie zostają przekazani polskim władzom. Równocześnie StB zatrzymuje ich czeskich współpracowników oraz studiującą wówczas w Pradze Agnieszkę Holland. W kraju Służba Bezpieczeństwa aresztuje Szymborskiego.

„SB wiedziała, że »taternicy« zajmują się szmuglowaniem różnych rzeczy, bo chyba każdy, kto wtedy podróżował za granicę, starał się coś przewozić. Nie wydaje mi się, żeby wiedzieli dużo wcześniej o akcji wwożenia do Polskich większych ilości »Kultury« czy książek. W aktach są jedynie wzmianki o pojedynczych egzemplarzach pisma, które znajdowano przed »sprawą taterników«, czyli przed późną wiosną 1969 r. Wątpię, czy wybuch »sprawy taterników« i ich proces ma coś wspólnego z tym, że kilkanaście miesięcy wcześniej Maciej Kozłowski zerwał wszelkie kontakty z SB” – sądzi Roman Graczyk.

Sam Kozłowski uważa dzisiaj, że oba te fakty nie mają ze sobą nic wspólnego. „To, że aresztowano mnie tak późno, pokazuje tylko, że esbecja źle pracowała, bo powinna mnie mieć na oku już wcześniej. To też potwierdza, że wyprowadziłem ich w pole. Chcieli ze mnie zrobić agenta, ale im się nie udało” – podkreśla.

Polskie władze szykują pokazowy proces. Do tzw. sprawy taterników dołączeni zostają – nie związani z Kozłowskim, Szymborskim i Tworkowską – Jakub Karpiński i Małgorzata Szpakowska. Oboje byli już wcześniej aresztowani, zarzuty przeciwko nim dotyczą dokumentowania zdarzeń Marca ’68. Reżimowa prasa nie szczędzi krytyki. Wszystkich oskarżonych nazywa „adeptami dywersyjnego rzemiosła”. Padają zarzuty o finansowaniu ich przez CIA oraz „sięgających daleko – nawet do Tel Awiwu – korzeniach sprawy”. W tym kontekście pojawiają się ataki na „Kulturę”. Według oficjalnych mediów to Jerzy Giedroyc ma być przedstawicielem „obcej organizacji”, z którą powiązani byli Kozłowski, Szymborski i Tworkowska.

Z raportów TW Małego, który pilnował Kozłowskiego w areszcie, wynika, że ten nie wykluczał nawet, że otrzyma karę śmierci. „Kozłowski przyszedł wczoraj z przesłuchania na obiad i zaczął mówić, że prowadzący śledztwo zarzucił mu szpiegostwo. No i przy tym kara dożywotniego więzienia, ewentualnie śmierci” – raportował agent. Z kolei Jakub Karpiński w swojej książce „Taternictwo nizinne”, wydanej pod koniec lat 80., wspomina, że „w śledztwie przesłuchujący wyłudzali informacje w rozmaity sposób. Na przykład w myśl zasady, że zagrożenie większym prowokuje, żeby przyznać się do mniejszego. Przesłuchujący oświadczał: – Przecież to sprawa szpiegowska i w dodatku wchodzi w grę przemyt. Przesłuchiwany bronił się: – Ależ skąd, myśmy tylko przenosili książki. Przesłuchujący: – No to musi pan dokładnie opowiedzieć, bo nie wiem, czy sąd panu uwierzy”.

Proces wystartował przed Sądem Wojewódzkim dla miasta stołecznego Warszawy 9 lutego 1970 r. Składowi sędziowskiemu przewodniczył Ryszard Bodecki, który sądził też Jacka Kuronia i Karola Modzelewskiego, a później przewodniczył w procesie organizacji „Ruch”. W ławie oskarżonych obok Macieja Kozłowskiego zasiedli: Krzysztof Szymborski, Jakub Karpiński i Maria Tworkowska oraz Małgorzata Szpakowska. Pierwsza czwórka została oskarżona o „wejście w porozumienie z obcą organizacją w celu działania na szkodę Państwa Polskiego” (art. 5 tzw. Małego Kodeksu Karnego; kwalifikację tę zmieniono potem na art. 132 kk). Szpakowska miała być winna „lżenia, wyszydzania lub poniżania ustroju PRL” (art. 270 kk). Tak naprawdę, oskarżonym był także Jerzy Giedroyc i paryska „Kultura”. Kozłowski podkreślił to już w pierwszym dniu procesu. Akt oskarżenia stwierdza, że Jerzy Giedroyc, redaktor „Kultury”, działa w imieniu obcej organizacji, nie precyzując jednak, o jaką organizację chodzi. „Sądzę, że akt oskarżenia uważa za ową obcą organizację sam Instytut Literacki, Jerzego Giedroycia i jego dwoje współpracowników – małżonków Hertzów, ewentualnie korespondentów »Kultury«. Zdaje się, że nazwanie zespołu pracowników »Kultury« obcą organizacją wynika z faktu, że prokurator przyjął tezę zawartą w opinii [biegłego] Janusza Kolczyńskiego, a z opinii tej wynika, jakoby istniały jakieś powiązania między Instytutem Literackim a jakimiś znowu bliżej niesprecyzowanymi organizacjami amerykańskimi. Chciałem tu kategorycznie stwierdzić, że nic mi na ten temat nie wiadomo. (…) »Kultura« jest tym, za co się sama przedstawia, to znaczy polskim, niezależnym ośrodkiem emigracyjnym, bez jakichkolwiek powiązań z jakimkolwiek obcym państwem” – stwierdził przed sądem.

Po kilku dniach procesu prokuratorzy – Maria Pancer i Edward Górski zażądali dla Kozłowskiego 5 lat więzienia, dla Karpińskiego i Szymborskiego po 4,5 roku, dla Tworkowskiej 4 lata, zaś dla Szpakowskiej – 3 lata więzienia. W ostatnim słowie Kozłowski powiedział: „Nie myślałbym o jakichkolwiek kontaktach z Jerzym Giedroyciem czy Instytutem Literackim, gdybyśmy mogli nasze poglądy, nasze refleksje wyrazić w jakikolwiek inny sposób”.

Wyrok zapadł 24 lutego. Sąd skazał Kozłowskiego i Karpińskiego na 4,5 roku więzienia. Szymborskiego i Tworkowską na 3,5 roku, zaś Szpakowską na 3 lata. W uzasadnieniu sędzia Bodecki powiedział, że oskarżeni związali się z Giedroyciem, zaciekłym wrogiem Polski Ludowej i socjalizmu. Kierowana przez niego „Kultura” są obcym ośrodkiem działającym w imieniu i na rzecz imperialistycznych organizacji prowadzących wojnę psychologiczną przeciwko komunizmowi. Faktu tego – dodał – nie mogą zmienić żadne spekulacje filozoficzne, gdyż całokształt instrukcji świadczy o jej typowo dywersyjno-szpiegowskim charakterze.

Wyroki obniżono na mocy amnestii w 1971 r. Jako ostatni, we wrześniu 1971 r., na wolność wyszedł Maciej Kozłowski. Oto jak ocenia tamten proces: „Trudno mówić, że byliśmy ofiarami. Wiedzieliśmy, co robimy i jakie mogą być tego konsekwencje. Nie byliśmy więc bezwolnymi ofiarami, ale surowość kar i rozgłos sprawie nadany niewątpliwie miały na celu zdyskredytowanie »Kultury«”.

SPRAWA ZATACZA KOŁO

Jednak sprawa taterników nie zakończyła się w 1970 r. Z impetem wróciła trzydzieści lat później, Rzecznik Interesu Publicznego Bogusław Nizieński zarzucił w 2000 roku Maciejowi Kozłowskiemu, wiceministrowi spraw zagranicznych, kłamstwo lustracyjne. Kozłowski zaprzeczał, że współpracował z SB, a w materiale dowodowym znalazł się list Jerzego Giedroycia z 31 lipca 2000 r. „Tego rodzaju oskarżenie jest jednym z haniebnych epizodów III Rzeczypospolitej. Macieja Kozłowskiego poznałem na początku lat 60., gdy był jeszcze studentem archeologii, i nawiązałem z nim bardzo ścisłą współpracę. Był on niezmiernie pomocny w przerzucaniu »Kultury « i naszych wydawnictw do Polski, i robił to z bardzo wielkim poświęceniem” – napisał twórca „Kultury”.W kwestii postawy Kozłowskiego nie ma wątpliwości Krzysztof Szymborski: „Zachował się godnie od początku do końca i jego zasługi są znaczne. Co do jego współpracy z bezpieką, to – o ile wiem – miała dotyczyć kontrwywiadu, co nie powinno być decyzją hańbiącą dla młodego człowieka, wtedy dwudziestoparoletniego”.Nikt z oskarżonych wraz z Kozłowskim nie wiedział wówczas o jego kontaktach z SB – być może uznał on, że sprawa jest błaha i nie ma sensu jej ujawniać. Być może...Pod koniec 2009 roku do sądu znowu trafił wniosek o lustrację Kozłowskiego, który jest dziś wicedyrektorem Departamentu Afryki i Bliskiego Wschodu w MSZ. Według prokuratorów z warszawskiego Biura Lustracyjnego IPN Maciej Kozłowski w latach 1965–1969 miał współpracować z Wydziałem II Służby Bezpieczeństwa w Krakowie. Wniosek nie oznacza jeszcze, że dyplomata będzie miał kolejny proces lustracyjny. O tym sąd zadecyduje po zapoznaniu się z aktami z IPN.

TATERNICY


Grupę studentów, którzy przemycali do Polski „Kulturę” i wydawnictwa Instytutu Literackiego, ochrzczono „taternikami” tylko dlatego, że wydawnictwa te przerzucali przez Tatry. Tak naprawdę spośród piątki skazanych jedynie Maciej Kozłowski i Krzysztof Szymborski pasjonowali się wspinaczką. Maria Tworkowska została zatrzymana razem z Kozłowskim w Czechach, jej rolą w grupie była logistyka przemytu. Małgorzatę Szpakowską i Jakuba Karpińskiego włączono do sprawy „taterników” w ostatniej chwili, choć byli zatrzymani w śledztwie dotyczącym dokumentowania wydarzeń Marca ’68.