Bitwa morska pod Lepanto 7 października 1571 r. jest dla południa Europy tym, czym dla Polaków odsiecz wiedeńska. Za cenę ponad 7 tys. zabitych i tyluż rannych oraz utraty 15 własnych galer flota Ligi Świętej zniszczyła 107 okrętów osmańskich, a 130 zdobyła. Kilkanaście tysięcy Turków zginęło w walce. W ręce zwycięzców dostało się prawie 300 dział, 150 tys. dukatów oraz wiele chorągwi, buńczuków i kosztowności. A co najważniejsze – oddalono widmo tureckiej inwazji na Italię.

KURS W STRONĘ WOJNY

Morze Śródziemne było w XVI w. arterią łączącą Europę z Afryką, Bliskim Wschodem i Indiami. Na lukratywnym handlu wschodnimi towarami bogacili się zarówno Turcy, przede wszystkim jako pośrednicy, jak i Wenecjanie, którzy z zyskiem sprzedawali je w Europie. Jednak Imperium Osmańskie po zdobyciu Konstantynopola w 1453 r. zaczęło przejmować kontrolę nad całym szlakiem tranzytowym z Indii do Europy. Zrodziło to konflikty z Wenecją. Kupiecka republika nie chciała być zdana na łaskę Turków. Tymczasem sułtan wspierał algierskich korsarzy, a w 1570 r. zażądał od Wenecjan odstąpienia Cypru. Zwrócili się wtedy o pomoc do papieża i króla Hiszpanii. I tak pod auspicjami papieża Piusa V utworzono w Rzymie w maju 1571 r. Ligę Świętą. Jej członkowie zobowiązali się do wspólnej walki z Turkami. Wodzem naczelnym został nieślubny syn Karola V Habsburga (króla Hiszpanii i cesarza) Don Juan de Austria, którego Filip II oficjalnie uznał za brata. Kiedy europejscy dyplomaci radzili nad sojuszem, Turcy działali. Już w 1570 r. dokonali desantu na Cypr, zdobyli Nikozję i oblegli najsilniejszą twierdzę – Famagustę. Poddała się dopiero 1 sierpnia 1571 r. W odwecie jej dowódca Antonio Bragadino został przez Turków żywcem obdarty ze skóry. Bohaterska obrona Famagusty dała członkom Ligi Świętej czas na zebranie sił. Kwaterę główną wyznaczono w Mesynie na hiszpańskiej wówczas Sycylii. Pod koniec września 1571 r. sprzymierzona flota wypłynęła z portu i dotarła na Korfu. Tam dowiedziano się, że Turcy schronili się w zatoce koło Lepanto. Nadchodził czas bitwy.

 

DON JUAN KONTRA ALI

Flota chrześcijańska przedstawiała się okazale. Składało się na nią 316 okrętów, głównie wiosłowo-żaglowych, bo takie wówczas dominowały. Papież, Wenecjanie, Hiszpanie, Genueńczycy i Kawalerowie Maltańscy wystawili: 6 potężnych galeas, 208 nieco mniejszych galer, 26 galeonów (okrętów żaglowych nowej generacji) i 76 mniejszych jednostek. Don Juan de Austria dowodził 12 tys. marynarzy i 20 tys. żołnierzy piechoty, uzbrojonych w broń palną (królowały wtedy arkebuzy). Okręty dysponowały siłą ognia 1800 dział – było zatem czego się bać. Przeciwnik też rozporządzał pokaźnymi siłami. Muezzinzade Ali pasza dysponował 229 galerami i fregatami (szybsze okręty żaglowe) oraz 60 galeotami (niewielkie galery) transportowymi. Na pokładach znajdowało się 16 tys. żołnierzy, uzbrojonych przeważnie w broń białą i szybkostrzelne łuki – jedynie 2,5 tys. janczarów posiadało rusznice.

Słabsza była też siła ognia armatniego, ponieważ Turcy mieli jedynie 750 dział. Napęd wiosłowy zapewniali im niewolni galernicy, na których trzeba było uważać w razie przedostania się wroga na pokład. Tureckie okręty charakteryzowało ponadto płytsze zanurzenie i mniejsze rozmiary niż chrześcijańskich – widoczne zwłaszcza przy porównaniu z potężnymi galeasami. Flota turecka była za to szybsza i bardziej manewrowa. Dobrze sprawdzała się na otwartym akwenie, gdzie mogła okrążyć przeciwnika i zasypać go z bliskiej odległości gradem strzał, po czym próbować dokonać abordażu. Jednak walorów tych Turcy nie mogli wykorzystać, dopóki byli zamknięci w porcie Lepanto. Mieli trzy wyjścia: bronić się w zatoce Patras (licząc, że rychła zima zmusi wroga do odpłynięcia); uciec na otwarte wody, zanim nadpłynie nieprzyjaciel bądź wydać mu bitwę, nim wtargnie do zatoki. Dowodzący piechotą turecką Pertev pasza radził nie wdawać się w bitwę i poczekać do wiosny. Jednak głównodowodzący Muezzinzade Ali pasza zdecydował się na atak.

 

ŚWIĘTA WOJNA W ZATOCE PATRAS

Obie floty spotkały się rankiem 7 października u wylotu zatoki Patras. De Austria podzielił swe siły na trzy eskadry. Miały za zadanie odciąć Turków od pełnego morza, zepchnąć w głąb zatoki i zniszczyć. Przewaga w gabarytach okrętów i sile ognia znakomicie predysponowała je do wykonania tego zadania. Turcy z kolei, ustawieni również w trzy eskadry, dążyli do wyrwania się na pełne morze i otoczenia przeciwnika. Pojawienie się floty Ligi Świętej stanowiło dla Turków zaskoczenie – nie spodziewali się wroga tak szybko. Gdy na okrętach chrześcijańskich dostrzeżono flotę wroga, Don Juan de Austria zwołał krótką naradę na okręcie flagowym. Rozwiał tam ostatnie wątpliwości, każąc zdecydowanie szykować się do bitwy. Wydał też rozkaz do załóg, w którym zapowiedział walkę o wiarę aż do zwycięstwa lub śmierci. Ta śmiała postawa młodego dowódcy wzbudziła entuzjazm żołnierzy i marynarzy. Na widok Turków kapelani na okrętach udzielili wszystkim absolucji generalnej. Bitwa zapowiadała się bowiem krwawa. Wiedziano, że Turcy będą walczyć do końca. A bitwa ówczesna polegała na bezpośrednich starciach okrętów – o zwycięstwie decydowały sprawność marynarzy i dzielność żołnierzy. Zaczynano od połamania wioseł przeciwnika, przepływając z impetem obok wrogiego okrętu. Następnym etapem było staranowanie unieruchomionego statku, abordaż i wycięcie załogi w walce wręcz, po czym zdobycie bądź zniszczenie jednostki. Zmaganiom towarzyszył nieustanny ostrzał z broni palnej i łuków, dlatego w żadnym momencie bitwy nie było się bezpiecznym na własnym pokładzie. Artyleria dopiero powoli wchodziła do gry – pod Lepanto dała chrześcijanom przewagę, ale jej wielkie dni jeszcze nie nadeszły.

 

GRAD KUL I STRZAŁ

W atmosferze gorączkowych przygotowań, modlitw i przekleństw, miotanych pod adresem przeciwnika, obie floty ruszyły ku sobie. Turcy zaczęli bitwę na prawym skrzydle. Już na początku stracili nieco rezonu, widząc wielkie, ziejące ogniem galeasy weneckie, które niczym dawne słonie bojowe torowały drogę flocie wroga. Ich silny ogień zmusił Turków do zboczenia na prawo, w stronę wybrzeża etolskiego. Stracili przy tym kilka okrętów – ich płonące wraki uradowały serca chrześcijan. Turcy, dowodzeni na prawym skrzydle przez Sirocco paszę, spróbowali wzdłuż brzegów obejść lewe skrzydło chrześcijan, korzystając z płytszego zanurzenia swych galer. Jednak walczący tu Wenecjanie nie stracili zimnej krwi. Wytrzymali silne uderzenie i podjęli walkę.

W jej trakcie okręt dowódcy weneckiego Antonia Barbarigi zaatakowany został przez pięć galer tureckich. Muzułmanie spróbowali abordażu, który udaremniono. Zasypali jednak Wenecjan gradem strzał – jedna z nich ugodziła w oko weneckiego admirała. Barbarigo poległ, a zamieszanie usiłował opanować kapitan Marco Contarini. Po chwili jednak i on padł, trafiony kulą z janczarskiej rusznicy. Wtedy z odsieczą nadeszła inna wenecka eskadra Marco Quiriniego, która opłynęła Turków, zamykając ich przy wybrzeżu i spychając na ląd. Pod naciskiem chrześcijan Turcy nie mieli szans – stracili okręt dowódcy. On sam usiłował ratować się ucieczką, ale wyłowił go z wody brat Contariniego i zabił cięciem w głowę. Klęska muzułmanów była tu zupełna – z rozbitych okrętów udało się nawet uratować wielu galerników, niewolników-wioślarzy, wykorzystywanych przez Turków.W centrum Muezzinzade Ali pasza z iście kawaleryjską fantazją powiódł swe okręty do frontalnego ataku. Uderzył wprost na okręt flagowy Don Juana de Austria, który wypłynął mu naprzeciw. Szybsza jednostka turecka staranowała przeciwnika, ale wielkość „Reala” okazała się w tych warunkach zaletą – wytrzymał i nie zatonął. Wywiązała się zażarta walka, do której włączały się sąsiednie okręty hiszpańskie i tureckie. Hiszpanie zasypali Turków gradem kul i dwukrotnie próbowali abordażu – jednak janczarzy za każdym razem odpierali atak. Kiedy Don Juanowi zaczęło brakować ludzi, kazał uzbroić własnych galerników (w odróżnieniu od Turków, mógł liczyć na  lojalność więźniów, którzy mieli nadzieję na odzyskanie wolności).

 


Wreszcie z pomocą pospieszył dowódca okrętów papieskich Marcantonio Colonna. Zasypał gradem pocisków okręty Pertev paszy, wspierające admirała tureckiego, podpalił je i posłał na dno. Wśród huku dział, pękającego omasztowania i gryzącego dymu płonących okrętów Colonna przedarł się ku Don Juanowi. Natychmiast ostrzelał flagowego „Sułtana”, na którym walczył Muezzinzade Ali pasza. Z drugiej strony dopadł Turków hiszpański dowódca Álvaro de Bazán, niszcząc po drodze wspierającą „Sułtana” galerę. Sam odniósł aż trzy rany, ale dalej dowodził okrętem. Teraz siła ognia Hiszpanów przemogła opór – tureckie statki zaczęły uciekać, a osamotniony okręt Muezzinzade Alego paszy został zdobyty przez Hiszpanów. W rozpaczliwej walce skrzyżowały się hiszpańskie miecze i tureckie jatagany. Wreszcie jakaś kula ugodziła w czoło dowódcę tureckiego. Ledwie padł na deski, a już podskoczył do niego galernik z „Reala”, odrąbał mu głowę i przyniósł Don Juanowi. Centrum floty osmańskiej zostało następnie rozbite – część okrętów zniszczono, część się poddała.

Lepiej wiodło się korsarzom Ułudż Alego na lewym skrzydle tureckim. Zdołał on początkowo zadać Hiszpanom i joannitom (kawalerom maltańskim) poważne straty, wymanewrowując dowodzącego nimi Gian Andreę Dorię. Nieliczna eskadra maltańska została zmasakrowana ogniem z dział, broni palnej i strzałami z łuków. Flagowy okręt maltański wpadł w ręce wroga. Kilka pobliskich, które ruszyły z pomocą, spotkał ten sam los – w sumie chrześcijanie stracili tu 12 jednostek i około tysiąca ludzi. Kto nie zginął w walce, ten utonął w morzu. Statki pomocnicze, których celem było ratowanie swoich, wyrzuconych za burtę, i dobijanie przeciwnika, nie zdążyły na czas. Sam Ułudż Ali też stracił wielu ludzi, a 21 okrętów (jedna trzecia z jego eskadry) zostało tak uszkodzonych, że nie nadawały się do walki. W tej sytuacji, wobec zagrożenia przez odwody hiszpańskie, wyrwał się na pełne morze i uciekł. Jego ludzie wiosłowali całą noc wśród burzy, ale ten wysiłek się opłacił. Wódz korsarzy jako jedyny uratował swą eskadrę z pogromu.

 

PRZEŻYLI SZCZĘŚLIWCY

Po południu walka dogasała. A była bardzo krwawa. Żołnierze strzelali do siebie z bliska, nie będąc właściwie niczym chronieni – wobec zmasowanego ognia i gradu strzał na niewiele przydawały się pancerze. Co gorsza, mogły one stać się śmiertelną pułapką, jeśli ktoś, czy to raniony, czy to wyrzucony za burtę wskutek zderzenia się okrętów, znalazł się w wodzie. Pancerz ciągnął go na dno. Trzeba było więc zmagać się z przeciwnikiem, chronić od kul i strzał, walczyć na białą broń, gasić ogień na pokładzie i ratować z wody. Marynarze, z reguły bez uzbrojenia ochronnego, umieli pływać i mieli większe szanse – los żołnierza piechoty był przesądzony. Uratować się mogli ci, których okręt rozbił się blisko zbawczego brzegu, bądź którzy znaleźli się w pobliżu jednostki ratunkowej z własnej floty. Toczona na bliską odległość walka utrudniała dowodzenie, a uzyskiwanie rozstrzygnięcia poprzez taranowanie przeciwnika, abordaż i walkę wręcz, generowało wysokie straty. Dość powiedzieć, że flagowy hiszpański „Real” okupił zwycięstwo nad „Sułtanem” zdemolowaniem okrętu, porwaniem żagli i utratą 90 proc. (!) z niemal 700-osobowej załogi. Kto przeżył taką jatkę, ten był prawdziwym szczęściarzem i miał za co dziękować Bogu.


Triumf pod Lepanto oddalił od Włoch zagrożenie inwazją Turków. Niestety, pod innymi względami zwycięstwo pozostało niewykorzystane. Chrześcijańska flota poniosła tak duże straty, że po prostu nie była zdolna do dalszych większych działań ofensywnych. Uradowany papież ustanowił 7 października świętem ku czci Matki Boskiej, ale sam zmarł już w 1572 r. Szybko ujawniły się też różnice między członkami Ligi Świętej. Wenecjanie – straciwszy nadzieję na odzyskanie Cypru – zawarli w 1573 r. pokój z Turkami. Hiszpanie walczyli jeszcze kilka lat, ale po utracie Tunisu i oni zrezygnowali. Mieli zresztą inne problemy: powstanie w Niderlandach i nadzieję na zdobycie Portugalii. Skoro Turcy nie zagrażali im bezpośrednio, w 1578 r. i oni zakończyli wojnę.