Jedna z najstarszych rakiet firmy SpaceX – Falcon 9 – odbyła swój dziesiąty już lot. Podczas trwającej zaledwie dziewięć minut misji na orbitę wyniosła kolejne satelity Starlink. To pierwszy lot w tym celu od dwóch miesięcy. Wcześniej w tym roku takie loty odbywały się niemal co tydzień.

Satelity Starlink mają zapewnić globalny satelitarny dostęp do internetu. Początkowo ma on wypełnić „internetowe luki” i być dostępny w miejscach, gdzie nie ma światłowodów. Potem ma objąć cały świat. Docelowo wokół Ziemi ma krążyć aż 12 tysięcy satelitów firmy należącej do Elona Muska.

Teraz jest ich dokładnie 1791. Z każdym lotem rakiet Falcon przybywa kolejne 60. – Z każdym wyniesieniem Starlinków na orbitę zbliżamy się do zapewnienia połączenia dla całego świata – powiedziała Youmei Zhou, inżynier silników rakietowych z firmy SpaceX podczas transmisji lotu rakiety Falcon 9.

Starlink, czyli spory o to, do kogo należy nocne niebo

SpaceX i Starlink budzą jednak niemało kontrowersji. Elon Musk przed wyniesieniem pierwszych satelitów twierdził, że „będą ledwo zauważalne” na niebie. Okazało się, że to nieprawda.

Loty rakiet Falcon są bardzo widowiskowe i przyciągają uwagę mediów. Satelity zaś po ich wystrzeleniu są dobrze widoczne gołym okiem. Poruszają się na nocnym niebie „gęsiego”, tworząc charakterystyczne linie. Ich przeloty można obejrzeć na wielu nagraniach wideo w internecie.

To właśnie ich widoczność jest tak kontrowersyjna. Po pierwsze, oślepiają naziemne teleskopy. Światło odbijające się od satelitów Starlink jest tak mocne, że uniemożliwia obserwacje obszarów nieba, przez które przelatują – alarmowali astronomowie.

W odpowiedzi na te zarzuty SpaceX zbudowała ciemniejsze, odbijające mniej światła satelity (nazwane „Darksat”). Ale, mimo że są gorzej widoczne gołym okiem, to nadal są zbyt jasne – skarżyli się astronomowie na łamach „Astronomy and Astrophysics”.

W teleskopie przelot satelitów wygląda tak:

Starlink w teleskopie
Fot. NSF’s National Optical-Infrared Astronomy Research Laboratory/CTIO/AURA/DELVE CC-BY-4.0

Faktem jest, że przez większość czasu satelity Starlink są niewidoczne gołym okiem. Ale – podobnie jak wcześniejsze, zdeorbitowane już satelity Iridium – od czasu do czasu mogą rozbłyskiwać. Dzieje się tak, gdy ustawią się pod nieodpowiednim kątem do Słońca i Ziemi, co bardzo trudno przewidzieć.

Po drugie (i nie mniej ważne), wysłanie aż 12 tysięcy satelitów to nie tylko „zawłaszczanie nieba”. Powoduje też tłok na orbicie. Wszystkich satelitów krąży wokół Ziemi już niemal 5 tysięcy. Projekt Starlink tę liczbę potroi.

Wszystko to z jednego powodu - bo prywatna firma postanowiła zarobić na dostawach interetu. Do kogo należy więc nocne niebo i orbita wokół Ziemi?

Starlink – satelitarny internet dla (bardzo) zamożnych

Satelitarny internet Starlink jest od niedawna dostępny w Polsce. Na razie będzie to usługa ograniczona. Przez kolejne miesiące prędkość transmisji danych będzie się wahać między 50 a 150 MB/s, a okresowo usługa może być wyłączana. Docelowo ma być to 200 MB/s przy pobieraniu i do 30 MB/s przy wysyłaniu danych.

Nie jest to usługa tania. Koszt miesięcznego abonamentu ogłoszony przy starcie programu Starlink przez Muska to 99 dolarów (380 złotych). Do tego trzeba doliczyć koszt anteny odbiorczej (wraz ze statywem) i routera wi-fi. Ich koszt to 499 dolarów (1925 złotych).

Z wysyłanych przez Starlink informacji mailowych do zarejestrowanych wcześniej użytkowników wynika, że koszty w Polsce będą jednak dużo wyższe. Za miesięczny abonament trzeba będzie płacić 449 złotych, koszt instalacji odbiorczej wyniesie 2269 złotych. Do tego doliczyć trzeba także koszt przesyłki – 276 złotych. Internet z satelity będzie więc raczej opcją dla zamożnych – a nawet bardzo zamożnych.

Źródło: Space.com.

Więcej o małych satelitach i ich konstelacjach przeczytacie w najnowszym, październikowym wydaniu magazynu „Focus”!