Jakiś miesiąc temu Martin Scorsese rozpętał gównoburzę w szklance Internetu. Rzekł, że filmy z franczyzy Marvela niezbyt mu odpowiadają. Jego zdaniem, nie ma w nich próby przekazania „emocjonalnych i psychologicznych doświadczeń” drugiemu człowiekowi. Dalej, wyraził obawę, że tego rodzaju filmy zabierają miejsce innym, tym lepszym, bardziej złożonym. Kina zorientowane na zysk wybiera czystą rozrywkę. Może dlatego „Irlandczyk” Scorsesego trafił od razu na Netflixa?

 

Błyskawicznie, wypowiedzieli się wszyscy świeci dziesiątej muzy, od Roberta Downey Jr. po Francisa Forda Coppollę, niegdyś reżysera arcydzieł, dziś tańczącego smutno na skraju zapomnienia. A skoro już przy starych mistrzach, z całej tej wrzawy marvelowskiej najbardziej lubię głos Krzysztofa Zanussiego. Mistrz orzekł, że takie kino w ogóle go nie obchodzi, ogląda fragmenty w samolocie jak nie może zasnąć, no ale, jego zdaniem, można takie rzeczy kręcić, właściwie czemu nie.  

 

Znam kino Scorsesego. Gdy reżyser tej klasy wypowiada się na temat swojej profesji wypada się nad tym zastanowić.  Scorsese pyta przecież o to, czego oczekujemy od filmów. Jaki w ogóle powinien być nasz stosunek do kultury?

 

Moje zdanie o serii Marvela jest kiepskie

albowiem posiadam dzieci. Przygody Thora, Kapitana Ameryki i innych powiększają jedynie torturę rodzicielstwa. Obejrzeliśmy wszystkie części, niektóre kilkukrotnie, a ja z obrzydzeniem wsadzałem głowę w ten kolorowy chaos. Nie czułem emocji nawet wówczas, gdy Iron Man poświęcił się za wszystkich. Dzieci się zachwycały. Może po prostu nie jest to film dla dorosłych?

 

Na odkupienie tej serii mogę powiedzieć, że błyszczy w porównaniu z konkurencją. Większość postaci jest przemyślana i konsekwentnie prowadzona, niektóre dialogi wypadają całkiem zabawnie. Tego samego nie da się powiedzieć o serii poświęconej transformersom, pilotowanej przez Michaela Baya. Dzieje się tam tak wiele, że aż nie dzieje się nic, długie sekwencje walk i wybuchów nużą, zaś autobotów po prostu nie potrafię rozróżnić. Dodatkowo dokonuje się wielki upadek „Gwiezdnych wojen”, ukochanej serii mojego dzieciństwa. Fanem nie jestem jakoś od dekady, ale ostatnio widok mieczy świetlnych wywołuje u mnie mdłości. Zestarzałem się. Scorsese upomina się o prawdę psychologiczną. Ja bym się o magię upomniał.

 

Największą wadą filmów z serii Marvela jest brak dobrej historii

Tę bez problemu mogę odnaleźć w pierwszym „Thorze”,  w „Strażnikach galaktyki” albo „Ant-manie”. Zgubiła się gdzieś po drodze, w toku komasowania wątków i bohaterów. Ważniejsze stało się prezentowanie postaci. Hulk, Hawkeye i inni musieli dostać określoną ilość czasu ekranowego. W pewnym momencie zrobiło się ich nazbyt wiele. Pamiętacie plakat reklamujący ostatnią część „Avengers”? Gęściej tam niż w tramwaju. Zobaczyłem go i wiedziałem, że nie obchodzi mnie ten film.

 

Osobiście uważam, że sztuka nie powinna być rozrywką. Wiem, jak dziwnie to brzmi. Gdy słyszę, że jakąś książkę szybko się czyta, wiem, że nigdy po nią nie sięgnę. Chcecie mnie zniechęcić do filmu albo serialu? Powiedzcie, że fajnie się ogląda i starczy. Chcę być poruszony. Zszokowany i wstrząśnięty. Do dziś pamiętam ciszę po premierowej projekcji „Siedem” Davida Finchera. Po ekranie płynęły napisy końcowe, a ludzie po prostu tkwili w fotelach. Nikt nie potrafił się odezwać, ani ruszyć się z miejsca.