Jeden z jej założycielka, trzydziestotrzyletnia muzyk Blythe Pepino przekonuje, że to dla niej realne wyrzeczenie.

- Naprawdę chcę dziecka – tłumaczy w rozmowie z CNN – Kocham swojego partnera i chcę z nim założyć rodzinę, ale nie czuję by to był na to dobry czas.

Kobieta wierzy, że nadejdzie „ekologiczny Armageddon”, dlatego chcąc szukać sposobu na odsunięcie takiej groźby założyła BirthStrike. Obecnie grupa liczy ponad 330 osób, z czego 80% stanowią kobiety. Przekonują, że nie mają zamiaru sprowadzać dzieci do świata, który za chwilę może pogrążyć się w wojnach, powodziach, suszach, pożarach i innych konsekwencjach katastrofy klimatycznej.

W 2018 podczas Międzynarodowego Szczytu Klimatycznego ONZ eksperci ostrzegali, że ludzkości pozostało 11 lat na zapobiegnięcie tragedii. Ostatnio opublikowany przez australijskich naukowców raport daje nam natomiast czas do 2050.

- Gracie cudzym życiem – oskarża dwudziestodziewięcioletnia Cody Harrison, także w grupie – Jeśli sprawy nie pójdą dobrze taki człowiek nie będzie miał dobrego życia.

BirthStrike nie jest jedyną grupą zrzeszającą osoby poruszające kwestię czy to etyczne mieć dzieci w obliczu nadchodzącego ocieplenia. W 2015 roku powstała sieć Conceivable Future, która porusza ten temat, choć jej członkowie nie rezygnują z posiadania potomstwa.

- Są dane, że zegar tyka – mówi Josephine Ferorelli, jedna z założycielek grupy – Jedenastoletnie okno czasowe oznacza wiele okien reprodukcyjnych. Jaką krzywdę może naszym dzieciom wyrządzić gorętszy i brutalniejszy świat? Nikt nie ma to odpowiedzi.

W marcu 2019 amerykańska członkini Kongresu Alexandria Ocasio-Cortez zadała podobne pytanie swoim trzem milionom obserwujących na Instagramie: „istnieje naukowy konsensus, że życie naszych dzieci będzie bardzo trudne... czy dalej jest w porządku mieć dzieci?”

Argumenty emocjonalne to jedno, ale są też inne. Część członków BirthStrike nie chce mieć dzieci, bo obawia się, że w ten sposób zwiększy szkodliwe emisje do środowiska.


Brytyjska organizacja Population Matters, która chwali się patronatem Davida Attenborough, która zajmuje się kwestiami zaludnienia i przeludnienia przekonuje, że więcej ludzi to większa strata lasów, więcej wpływu na środowisko i większe emisje. Do 2013 ONZ spodziewa się wzrostu liczby ludności na planecie do 8,5 miliarda, a w 2100 mamy osiągnąć pułap 11 miliardów.

Pamiętając, że przy okazji rosnącego gorąca pojawią się na Ziemie obszary niezdatne do jakiegokolwiek życia może to oznaczać poważny problem z pomieszczeniem się w bezpiecznych enklawach, a to prowadzi do wojen.

Bank Światowy ocenia, że średnio jedna osoba wytwarza emisje roczne 5 ton sześciennych dwutlenku węgla. Biedniejsze kraje mają niskie wskaźniki, jednak bogatsze nadrabiają. Przeciętny mieszkaniec Sri Lanki lub Ghany emituje rocznie poniżej tony sześciennej, podczas gdy Amerykanin – 15,6.

- Gdyby wszyscy konsumowali tak jak USA, potrzebowalibyśmy jeszcze dodatkowych czterech, do ośmiu Ziemi – ocenia Meghan Kallman z Conceivable Future.

Zarówno BirthStrike jak i Convceivable Future nie krytykują osób posiadających dzieci. Filozofię antynatalizmu odnoszą przede wszystkim do siebie.

- Nie staram się oceniać kogokolwiek za ich wybory – mówi Harrison – Gdy będę gotowa zamierzam adoptować.