Czy dla kapitana Francesco Schettino, który uciekł z tonącego statku, nie ma ani jednej okoliczności łagodzącej?

 

 

 

Już w kilka godzin po tragicznej katastrofie wycieczkowca „Costa Concordia” media rozdzieliły role pomiędzy uczestników dramatu. Narodowym bohaterem Włoch został dyżurny z kapitanatu w porcie Livorno – Gregorio De Falco. Czarnym charakterem mianowano kapitana Francesco Schettino – egoistę, tchórza i nikczemnika. Szczura, który jako pierwszy opuścił swój okręt. Ale czy czarno-biały obraz odmalowany przez kolorową telewizję dla podgrzania atmosfery jest w stu procentach prawdziwy? Czy przyczyną nieszczęścia i późniejszej ucieczki kpt. Schettino są tylko i wyłącznie jego osobiste cechy charakteru?

Błąd atrybucji

Naturalną ludzką skłonnością jest przecenianie roli czynników osobowościowych, a niedocenianie czynników sytuacyjnych czy środowiskowych. Psychologowie społeczni określają to mianem podstawowego błędu atrybucji. Ulegają mu niemal wszyscy – od studentów oskarżających złośliwego profesora o celowe zadawanie absurdalnie trudnych pytań na egzaminie, po szefów firm użalających się na genetyczne lenistwo swoich pracowników. Nawet naukowcy nie są od niego wolni. Już pięćdziesiąt lat temu przekonał się o tym Stanley Milgram, młody badacz ze Stanów Zjednoczonych. Zajmowała go kwestia konformizmu i skłonności do ulegania autorytetom, nawet jeśli nakazują one szkodzić innym. Temat był wówczas popularny. Raptem kilkanaście lat wcześniej zakończyła się druga wojna światowa, która unaoczniła wszystkim, że istnieją na świecie ludzie zdolni do niewyobrażalnych do tej pory potworności. Milgram sądził, i nie był w tym odosobniony, że skłonność do ślepego posłuszeństwa i sadystyczne upodobania są charakterystyczne przede wszystkim dla jednego narodu – Niemców. Aby to udowodnić, opracował scenariusz specjalnego eksperymentu, który miał być przeprowadzony najpierw w Stanach a potem w RFN. Chciał sprawdzić, jaki odsetek badanych w obu krajach będzie gotowych zadawać ból przypadkowym osobom. Wyniki tego eksperymentu wstrząsnęły nie tylko nim, ale całym środowiskiem naukowym. Wyjazd do Niemiec okazał się niepotrzebny. Milgram znalazł wystarczająco dużo potencjalnego okrucieństwa na miejscu.

Eksperyment Milgrama

Do przeprowadzanego w laboratoryjnych warunkach doświadczenia zgłaszali się ochotnicy obu płci, będący w najróżniejszym wieku i pochodzący z najrozmaitszych środowisk. Wiedzieli tylko tyle, że mają uczestniczyć w badaniu dotyczącym wpływu kar na tempo przyswajania wiedzy. Przyjmowano ich dwójkami. Jeden ochotnik miał grać rolę „nauczyciela”, drugi „ucznia”. Towarzyszyła im trzecia osoba – mężczyzna w białym kitlu i o poważnym wyglądzie, który nadzorował całą akcję. W drodze losowania rozdzielał on role pomiędzy uczestników, po czym odprowadzał „ucznia” do oddzielnego pomieszczenia. Tam podłączał go do specjalnej aparatury pozwalającej aplikować mu impulsy elektryczne: od 15 V („słaby wstrząs”) do 450 V („XXX”). Następnie wracał do „nauczyciela” i nakazywał rozpoczęcie sprawdzianu. Za każdym razem, kiedy „uczeń” odpowiadając na pytanie, pomylił się, „nauczyciel” miał aplikować mu wstrząsy elektryczne, stopniowo zwiększając ich moc. W rzeczywistości wszystko było sfingowane. „Ucznia” grał zawsze pomocnik eksperymentatora, nikt nie przykuwał go do żadnego krzesła elektrycznego, a odgłosy bólu i prośby o pomoc, które dobiegały uszu „nauczyciela”, zostały wcześniej nagrane na taśmę przez profesjonalnego aktora. Niemniej badany o tym nie wiedział. Wierzył, że to od niego zależy, czy obcą osobę za ścianą popieści prąd czy nie. A wspomniane krzyki i prośby nie powinny go skłaniać do kontynuacji sprawdzianu, nawet jeśli mężczyzna w kitlu go do tego przynaglał. Ofiara po otrzymaniu wstrząsów przekraczających 150 V skarżyła się już bowiem na słabe serce, coraz bardziej spanikowanym głosem domagała się wypuszczenia na wolność, dosłownie wrzeszczała z bólu i waliła w ścianę. Kto w takich warunkach byłby skłonny dalej aplikować wstrząsy? Chyba tylko psychopaci!

Sumienie a sumienność

W przygotowanej przez Milgrama ankiecie psychiatrzy z pewnej renomowanej uczelni wyrazili opinię, że większość badanych przerwie eksperyment przy 150 V, czyli wtedy, kiedy ofiara po raz pierwszy o to poprosi. Tylko 1 proc. – uznali – będzie gotowy zaaplikować impulsy o najwyższej mocy (450 V, czyli „XXX”). Jak było w istocie? W podstawowej wersji eksperymentu ponad 65 proc. badanych kontynuowało „wymierzanie kar” do samego końca. Czy to oznacza, że dwie trzecie społeczeństwa amerykańskiego charakteryzowało się w latach 60. nieposkromionymi skłonnościami do sadystycznych uciech?

Przede wszystkim należy podkreślić, że wyniki te nie są charakterystyczne tylko dla konkretnego społeczeństwa czy czasów. W kolejnych latach powtarzano bowiem eksperyment Milgrama w różnych częściach świata, uzyskując podobne rezultaty. Zaś w 2007 r. zrobił to ponownie Jerry M. Burger. Dowiódł tym samym, że podobna skłonność do ulegania autorytetom nie stanowi przeżytku epoki. Pytanie powinno zatem brzmieć: czy większość ludzi na Ziemi to psychopaci? Odpowiedź jest negatywna. Świadczą o tym rozmowy z uczestnikami doświadczenia oraz późniejsze jego odmiany. Dla większości osób zadawanie bólu innemu człowiekowi stanowiło niezwykle nieprzyjemne przeżycie. Nie robili tego dla poczucia dreszczyku emocji. Robili to, bo autorytet w postaci mężczyzny w kitlu tego od nich wymagał. Wierzyli, że nie mają wyjścia. Kiedy ów autorytet był fizycznie nieobecny i wydawał polecenia przez telefon, odsetek w pełni posłusznych osób spadł do 25 proc. Pozostała część uczestników oszukiwała, na przykład aplikując impulsy słabsze niż nakazywał mężczyzna, i nie informując go o tym. Była to jakaś próba pogodzenia ich sumienia i sumienności w wykonywaniu przydzielonego zadania.

Bierbrauer i Schettino

Gunter Bierbrauer wykorzystał doświadczenia Milgrama do zbadania ludzkiej skłonności do popełniania wspomnianego wyżej podstawowego błędu atrybucji. Pokazując badanym przebieg typowego eksperymentu, prosił ludzi o oszacowanie odsetka osób, które byłyby ich zdaniem w stanie zaaplikować „uczniowi” impuls „XXX”. Przewidywania były znacznie zaniżone w stosunku do rzeczywistości i oscylowały w granicach 10-20 proc. Innymi słowy respondenci Bierbrauera uważali, że takie osoby muszą charakteryzować się jakimiś specyficznymi cechami charakteru (zwiększona agresywność, skrajne posłuszeństwo). Nie doceniali czynnika sytuacyjnego – wytworzonej sztucznie presji.

Podobnie w tej chwili media i miliony internautów zadają pytanie: jakim tchórzem trzeba być, żeby uciec z tonącego statku? Podczas gdy pytanie z równą chwałą mogłoby brzmieć: jak traumatycznym przeżyciem musi być katastrofa morska, skoro 52-letni kapitan z niemałym doświadczeniem dał się owładnąć przez strach? Wychwalany przez wszystkich pozytywny bohater Gregorio De Falco na swoje szczęście miał pod nogami nieco bardziej stabilny grunt. Nie stał na rozchybotanych, grożących zatonięciem stu czternastu tysiącach ton stali. Nie wspomina się w dyskusjach o tym, że Schettino był wcześniej chwalony za swoją postawę podczas awarii „Costa Concordia” w listopadzie 2011 r. Ani o tym, że środowiska marynistyczne dobrze oceniają jego decyzję o odwróceniu statku po uderzeniu w skały. Ani wreszcie o tym, że nie uciekł wcale jako pierwszy, lecz po ewakuacji 3700 osób. Choć oczywiście jego obowiązkiem jako kapitana było zejście z pokładu na samym końcu, a nie pozostawianie na nim trzystu potencjalnych ofiar.

Można się jednak zastanawiać, ile z osób oceniających go dziś tak surowo, zachowałoby się właściwie w podobnej sytuacji. Elliot Aronson spytał kiedyś swoich studentów, który z nich sądzi, że byłby w stanie kontynuować eksperyment Milgrama do samego końca. Nieśmiało podniosła się tylko jedna ręka. Pozostali studenci spojrzeli ponoć na owego chłopaka ze zdziwieniem i zniesmaczeniem. Tyle, że to on uczestniczył wcześniej w wojnie w Wietnamie. I być może wiedział o sobie więcej niż reszta grupy. Dużo łatwiej potępia się innych, jeśli samemu nie doświadczyło się takiej próby jak Francesco Schettino.