Takie rzeczy dzieją się nie tylko w Hollywood. Także w rzeczywistym świecie, na Bałtyku. Niemiecki kontenerowiec został zaatakowany torpedą wystrzelona przez… no właśnie, przez kogo? Najprawdopodobniej przez „swoich”. Załoga cudem uniknęła katastrofy.



Kontenerowiec niemieckiego armatora wyruszył w rutynowy rejs do Kokkoli, fińskiego portu leżącego nad Zatoką Botnicką, tuż przed ostatnimi świętami Bożego Narodzenia. W nocy z 21 na 22 grudnia 2011 r. statek osiągnął północny wylot Kadetrinne, zwany przez Duńczyków Kadetrendenam. Ta ograniczona stromymi wybrzeżami cieśnina ma około 20 mil morskich szerokości i jest głęboka na 10 do 39 metrów. Należy do najbardziej uczęszczanych szlaków morskich Europy. Rocznie przepływa tędy ponad 63 tys. statków, w tym około 9 tys. tankowców. Droga kryje jednak pewne niebezpieczeństwo. To skalne mielizny Gedser Rifiu, zwane „uchem igielnym Bałtyku”. Ograniczają one obszar, na którym może odbywać się ruch statków. A każda jednostka musi tu dodatkowo zmienić kurs o prawie 90 stopni. Oficerowie na mostku kontenerowca

przygotowywali się do rutynowego skrętu, kiedy dał się słyszeć potężny huk, a statek zadrżał pod wpływem gwałtownego uderzenia. Kilku członków załogi pobiegło na dziób, by z bliska sprawdzić, co się stało. Nikt z nich nie wierzył, że wpłynęli na mieliznę, ale podejrzewano jakąś feralna kolizje. Oczom marynarzy ukazał się niesamowity widok: w sterburcie statku był jeden otwór, a w pokładzie – drugi. Obydwa łączył kanał przelotowy pozostały po czymś, czemu nie oparły się nawet dwie stalowe ściany grubości 1,5 centymetra każda.


Dwie idealnie metrowe dziury

Tu następują pierwsze poważne rozbieżności w relacjach. Pierwsza wersja, jaka autor tekstu usłyszał tuz po inspekcji uszkodzonego statku, potwierdzała jego przypuszczenia. „Klasyczny przestrzał” – tak określił uszkodzenie jednostki inspektor armatora, który pierwszy obejrzał szkody. Rzeczoznawca jeszcze w nocy wyleciał samolotem do Karlskrony, szwedzkiego portu, do którego statek zawinął po uszkodzeniu. Wczesnym rankiem dokonano oględzin. Dziesięć godzin później wszystko się zmieniło. Niedowierzanie kilku dziennikarzy morskich w Niemczech wzbudziły – po pierwszych wiarygodnych przekazach medialnych – wypowiedzi zarówno samego inspektora, jak i marynarzy. Nagle tajemniczego uderzenia nikt na pokładzie MS Johanna nie zauważył, większa część załogi przespała incydent, a dziurę w pokładzie odkryła przez przypadek rankiem, w pierwszych promieniach słońca. Ponieważ pogoda była dobra, a otwór w burcie znajdował się około trzech metrów nad powierzchnią wody, kapitan postanowił nie przerywać rejsu i zdecydował się odbić „w bok” po drodze, do Szwecji. Co ciekawsze, armator statku potwierdził te rewelacje i podał je jako skorygowaną wersję oficjalną. Drugi zgrzyt wywołała wypowiedz rzecznika prasowego Marine, niemieckiej marynarki wojennej. Najpierw zwlekano z nią, ponieważ „wszyscy spędzają święta w domu i są nieobecni”, następnie sprawę zbagatelizowano. Kolizja z pniem drzewa lub zgubionym przez inny statek kontenerem – tak brzmiało ostateczne wyjaśnienie. Nieznany obiekt pozostawił po sobie dwie idealnie okrągłe dziury średnicy ponad jednego metra. Wygięcia stali na obrzeżach obydwu otworów wskazują kierunek uderzenia. Cokolwiek to było, przebiło sterburtę tuż pod kotwicą. Uderzenie zmieniło tor lotu obiektu, który skosem w górę skierował się w stronę pokładu, przebił go i wpadł do wody. Zniszczenia tego rodzaju wywołuje uderzenie rakiety lub samosterującego pocisku antyokrętowego. Najprawdopodobniej to właśnie pocisk tego rodzaju, z ćwiczebną betonową głowica, trafił w kontenerowiec. Szczęście miała nie tylko załoga statku, ale i mieszkańcy wybrzeża. Gdyby pocisk trafił w tankowiec, Duńczycy i Niemcy mieliby do czynienia z taką katastrofa ekologiczna, jakiej dotąd na wodach Bałtyku nie widziano. Z kolei tankowiec z paliwem lotniczym trafiony nawet ćwiczebnym pociskiem, jak w przypadku MS Johanna, wyleciałby w powietrze. Wybuchowi towarzyszyłby gigantyczny 300–400-metrowy słup ognia. Scenariuszy mrożących krew w żyłach nie brak. A gdyby w pobliżu znalazł się wycieczkowiec z kilkoma tysiącami turystów na pokładzie? MS Johanna i jej dziesięcioosobowa załogę uratowało to, że uderzenie nastąpiło nad linią wody, w część dziobowa. Gdyby pocisk trafił w rufę statku albo jeszcze gorzej – maszynownię, jednostka błyskawicznie poszłaby na dno. Co i kto stoi za feralnym postrzałem? Bo za mocno huśtało Wariant rakietowy zdają się potwierdzać rozmiary otworów oraz fakt, że uderzenie nastąpiło nad powierzchnią wody. Torpedy są dużo mniejsze, ich średnica wynosi od 35 do 55 centymetrów. Przede wszystkim jednak nie maja one w zwyczaju „wyskakiwać z wody” tuz przed trafieniem celu. Oficjalna wersja armatora, który dziesięć godzin po pierwszym wycieku informacji zaczął dementować wypowiedz własnego inspektora, jest – delikatnie mówiąc – mało przekonująca. Również Marine ośmieszyła się próbą wciskania przysłowiowego kitu. Prawda jest taka, że jeśli to nie meteor uderzył w statek, to uczynił to pocisk. Pytanie tylko: jaki? Pewne jest, że za incydentem nie stoi niemiecka marynarka. Nie posiada bowiem broni tego kalibru. Poza tym najbliższym obszarem, na którym okręty NATO mogą przeprowadzać ćwiczebne strzelanie rakietowe, jest wyznaczony do tych celów rejon Zatoki Biskajskiej. Co więcej, Marine od lat przeprowadza takie ćwiczenia dużo dalej – na południe od Przylądka Dobrej Nadziei. Odpowiedź na pytanie „kto” zdaje się kryć w kolejnych niewygodnych pytaniach. Dlaczego kontenerowiec nie zawrócił do Rostoku? Trafienie nastąpiło mimo wszystko na wodach terytorialnych Niemiec, zaledwie godzinę drogi od tego portu. Dlaczego więc statek popłynął do szwedzkiej Karlskrony, gdzie jednostkę odizolowano od zainteresowanych sprawą dziennikarzy, a incydent starano się wyciszyć? Dlaczego niespełna kilka godzin później prowizorycznie naprawiona jednostka popłynęła do docelowego portu w Finlandii? Dwa dni po tym, kiedy kilku uznanych dziennikarzy specjalizujących się w tematyce morskiej wyśmiało teorię pnia, policja w Rostoku ukręciła sprawie łeb. Podano kolejne rozwiązanie zagadki, równie mało wiarygodne jak poprzednie. Tuż przed kolizją cieśniną przepływał zaopatrzeniowiec, transportujący na swoim pokładzie konstrukcję wsporników przeznaczoną dla wieży wiertniczej. Podczas sztormu statek zgubił ważący kilkadziesiąt ton wspornik, a załoga tego nie zauważyła. „Za mocno huśtało”– policja zacytowała załogę nieuważnej jednostki. Dziwnym zbiegiem okoliczności wspornik nie zatonął, lecz pływał na wodzie, a jeden z jego członów wystawał kilka metrów nad jej powierzchnią.


Międzynarodowy rodowód superbroni


To konsekwentne tuszowanie sprawy „od góry” pozwala przypuszczać, że za feralnym postrzałem kryje się międzynarodowy projekt zbrojeniowy, którego test wymknął się spod kontroli. Tajemnicą poliszynela jest praca szwedzkiego koncernu SAAB nad supernowoczesną torpedą wykorzystującą efekt superkawitacji. Ogólnie wiadomo, że „większa część wpływowych marynarek wojennych świata” prowadziła prace w tym kierunku, jednak bezskutecznie. Oficjalnie jedynie Rosjanie zaprezentowali swoją supertorpedę jako „dojrzały rynkowo produkt”. Pocisk pokazano z myślą o sprzedaży na międzynarodowych targach broni. Przypuszczalnie „Szkwał”, jak oficjalnie nazywa się torpeda, jest dzisiaj na wyposażeniu marynarek Chin i Iranu. Torpeda wykorzystuje efekt superkawitacji, co w skrócie oznacza, że pocisk porusza się nie w wodzie, ale w otaczającej go bańce gazu, którą sam wytwarza. Zmniejsza to tak radykalnie tarcie, że w zasadzie torpeda taka nie płynie, lecz leci. Supertorpeda osiąga dzięki temu niespotykaną prędkość maksymalną ponad 200 węzłów (370 km/godz.). Teoretycy uważają, że pocisk taki mógłby osiągnąć nawet prędkość dźwięku. Rosjanie podczas zimnowojennych zmagań przewidywali użycie „Szkwału” do niszczenia amerykańskich grup lotniskowców. Awaria przy odpaleniu takiej torpedy rakietowej była przypuszczalnie przyczyną zatonięcia rosyjskiego okrętu podwodnego Kursk w 2000 r. Szwedzka firma podobno ostro pracuje nad torpedą i prowadzi testy na pokładzie jednego z okrętów podwodnych. Wydatki związane z rozwojem takiej superbroni sugerują, że projekt jest międzynarodowy. Zaś pozbawione sensu tłumaczenia wypadku w Niemczech i nabranie wody w usta przez armatora mogą potwierdzać udział jakiejś niemieckiej firmy. Szkoda tylko, że tego typu niekontrolowane zabawy wojenne mogą doprowadzić do kolejnego trafienia cywilnej jednostki „niechcący”, przez „niezidentyfikowany pocisk nieznanego pochodzenia”. Na jednym z podobno najbezpieczniejszych akwenów morskich Ziemi, jakim jest Bałtyk.