Gdy się zachwycamy, wszystko staje się osiągalne, a uczenie przebiega samoistnie – mówi André Stern, i jako dowód potwierdzający te słowa przedstawia... siebie. Włada pięcioma językami, jest kompozytorem, gitarzystą, lutnikiem, dziennikarzem, fotografem, informatykiem, autorem bestsellerowych książek, prelegentem wygłaszającym rocznie 200 odczytów. I nigdy nie chodził do szkoły! Stern zawdzięcza wszechstronne i niestandardowe wykształcenie rodzicom. Ojciec prowadził prywatną szkołę w Paryżu, matka była nauczycielką.

Oboje mieli więc wiedzę i doświadczenie pozwalające na przeprowadzenie niezwykłego eksperymentu pedagogicznego. Nie chodziło o zastąpienie szkoły zwykłą edukacją domową. André i jego siostra nie korzystali z podręczników, nie realizowali żadnego programu. Umiejętnie sterowani przez rodziców uczyli się tego, co w danym momencie ich interesowało. Bez nakazów, ocen i ograniczeń czasowych. Jeśli wciągnęła ich muzyka, matematyka, historia faraonów czy język niemiecki, mogli zajmować się tylko tym nawet przez osiem godzin dziennie.

 

BOMBA POTENCJAŁU

Dziś Stern ma 46 lat, może zatem z perspektywy dorosłego człowieka spoglądać na swoje dzieciństwo i analizować efekty pomysłu rodziców. Chociaż jest zdeklarowanym zwolennikiem alternatywnych metod kształcenia, nie podważa sensu istnienia tradycyjnej szkoły. Problemem nie jest bowiem sama instytucja, lecz jej podejście do ucznia. – Przychodzimy na świat jako bomba potencjału i tracimy go, gdyż pozwala się nam na rozwijanie tylko niektórych talentów. W rezultacie „stajemy się uproszczoną wersją tego, kim moglibyśmy być” – przekonuje Stern. Na poparcie tej tezy przywołuje wyniki badań prof. Arko Gosha z Instytutu Neuroinformatyki uniwersytetu w Zurychu. Porównanie aktywności mózgu u nastolatków i przedstawicieli starszego pokolenia wykazało, że młodzi ludzie mają znacznie bardziej rozwinięty ośrodek odpowiedzialny za poruszanie kciuka.

Wyjaśnienie przyczyn nie nastręczało trudności – to efekt korzystania ze smartfonów i konsoli do gier. Jedną z cech mózgu jest bowiem neuroplastyczność, czyli zdolność tworzenia nowych połączeń między neuronami. To dzięki niej nabywamy nowych umiejętności, uczymy się, adaptujemy do rozmaitych zadań. Uzdolnienia zależą więc nie tylko od genów, bo przecież nikt nie rodzi się z talentem do obsługi smartfona. To potencjalna umiejętność, którą – podobnie jak wiele innych – można rozwinąć lub nie. Czy to oznacza, że wystarczy odpowiednio trenować mózg, by – podobnie jak mięśnie – nabierał mocy? Wychodząc z tego założenia, rodzice posyłają dzieci od najmłodszych lat na zajęcia dodatkowe, lecz efekty zazwyczaj rozczarowują. André Stern odwołując się do własnych doświadczeń, wyjaśnia, dlaczego.

 

PALIWO DLA MÓZGU

On mógł całkowicie poświęcić się temu, co go w danym momencie pasjonowało. Swoje zajęcia traktował jak zabawę. Rodzice nie występowali w roli nauczyciela, lecz przewodnika podsuwającego pomysły, udzielającego rad. André nauczył się płynnie czytać dopiero w wieku 10 lat, wcześniej pochłaniała go bowiem muzyka. Ale gdy odkrył przyjemność, jaką daje lektura książek, nie trzeba go było do niej zmuszać. Nauka niemieckiego zajęła mu tylko cztery miesiące. Nie były to jednak lekcje przerywane co 45 minut dzwonkiem, po którym zaczynała się matematyka czy biologia. Dziś po niemiecku wygłasza wykłady i pisze książki. Mógł zaspokajać dziecięcą ciekawość zgodnie z własnym rytmem, bardziej bawiąc się niż ucząc, tak długo, jak chciał. Szkoła tego dać nie może, ale – i to jest główne przesłanie Sterna – gdyby nie tyle egzekwowała wiedzę, ile nią zaciekawiała, mogłaby podtrzymywać naturalny entuzjazm, z jakim się rodzimy.

Dziecko wszystko robi z pasją, którą w imię dostosowywania do norm obowiązujących w społeczeństwie wyhamowują rodzice, szkoła, otoczenie. „Gdy się hamuje, trzeba potem popychać, jednak entuzjazmu już się nie wskrzesi” – mawia Stern. A entuzjazm to paliwo dla mózgu, bo radość, jaką wywołuje, sprzyja uwalnianiu neuroprzekaźników i rozwojowi ośrodków odpowiedzialnych za różne umiejętności. Nie tylko za sprawność kciuka. André Stern jest przykładem stuprocentowego samouka. Ale nawet on, chcąc poszerzyć wiedzę o sztuce średniowiecza, chodził na wykłady do Collège de France, a budowania gitar uczył się pod okiem lutnika. Dlatego podkreśla, że nie ma znaczenia, czy podstawową wiedzę zdobywa się w szkole,czy poza nią, ważne by nie „wyhamować” i zajmować się tym, co zaciekawia, intryguje. O to najpierw mogą zadbać rodzice, potem trzeba już powalczyć samemu. Taką drogę najczęściej wybierali ci, którzy realizując swoje pasje, zmienili świat.

 

REWOLUCJA BEZ DYPLOMU

Dwie wielkie rewolucje technologiczne – przemysłowa i informatyczna – były w dużej mierze dziełem samouków. James Watt pracował jako mechanik w wytwórni przyrządów naukowych uniwersytetu w Glasgow. Nieustannie coś ulepszał, co dostrzegł jeden z profesorów i poprosił go o naprawę uszkodzonego atmosferycznego silnika parowego napędzającego pompy i dmuchawy. Mechanik przyjrzał się urządzeniu i zamiast je remontować, zaczął kombinować, jak zmienić jego konstrukcję, by pochłaniało mniej energii. Problem tak wciągnął Watta, że skonstruował pierwszą maszynę parową. Dzięki niej rewolucja przemysłowa mogła ruszyć pełną parą. Inni jej pionierzy też nie legitymowali się dyplomami. George Stephenson, projektant pierwszego parowozu, pracował jako kontroler w przepompowni wody.

Bracia Orville i Wilbur Wright rzucili studia, by zająć się produkcją i sprzedażą rowerów. Chcieli zarobić na realizację ich pasji – oderwania się od ziemi. Cel osiągnęli, zbudowali pierwszy samolot. Technicznym samoukiem był też Robert Fulton. Studiował malarstwo, a przeszedł do historii jako konstruktor pierwszego statku parowego. Wiek później jego śladem podążył William Gibbs. Zgodnie z rodzinną tradycją zdobył dyplom prawnika i ekonomisty, ale bardziej interesował się planami statków. Najpierw je kopiował, potem zaczął rysować własne projekty. Niektóre pomysły, m.in. wodoszczelne grodzie zmniejszające ryzyko zatonięcia zainteresowały marynarkę wojenną. Popłynęły fundusze i Gibbs z bratem mógł założyć własną firmę projektową. W czasie II wojny światowej 63 proc. amerykańskich okrętów wojennych zbudowano według jego planów!

 

GENIUSZE I KOMPUTERY

Historia powtórzyła się w naszych czasach. Specjalistyczny serwis internetowy Stack Overflow szacuje, że 69 proc. twórców oprogramowania komputerowego to samoucy. Większość z nich otrzymała średnie wykształcenie, ale dalej szli już własną drogą. Tak jak ci najwięksi. Bil Gates rozpoczął studia licencjackie na Harvardzie, ale szybko zrezygnował i wrócił do pasji z dzieciństwa. Już jako 13-latek znajdował luki w systemach operacyjnych komputerów udostępnianych szkole na ściśle określony czas przez różne firmy. Dzięki temu mógł z nich korzystać bez limitu i za darmo. Jak dalej potoczyła się jego kariera – wiadomo. Steve Jobs, współtwórca Apple, wytrzymał na studiach prawniczych tylko semestr. Larry Ellison męczył się przez dwa lata na Uniwersytecie Stanowym Illinois, potem zaliczył tylko semestr na chicagowskim. Wolał biznes – założył firmę Oracle, która wyrosła na największego światowego producenta oprogramowania i systemów zarządzania bazami danych dla przedsiębiorstw.

Brylujący dziś w mediach Elon Musk zdobył jedynie licencjat z fizyki i ekonomii. Chociaż przyznano mu stypendium, na Uniwersytecie Stanforda studiował przez... dwa dni! Po co mu dyplom, skoro już w wieku 10 lat nauczył się programowania, a jako 12-latek zarobił pierwsze pieniądze, sprzedając zaprojektowaną przez siebie grę? Do elitarnego grona pionierów rewolucji informatycznej dołączył jako twórca internetowego systemu płatniczego PayPal.

Poza brakiem dyplomów wyższych uczelni komputerowych geniuszy łączy jeszcze jedno. Rodzice nie „wyhamowywali ich naturalnego entuzjazmu”. Wręcz przeciwnie, już w dzieciństwie kupowali im komputery i pozwalali odkrywać możliwości tych urządzeń. A ich nieustannie przybywa i jak pisze w książce „The
Art of Self-Directed Learning” (Sztuka samokształcenia) propagator alternatywnych metod nauczania Blake Boles „dzięki internetowi nastała złota era dla samouków”. W sieci znajdą wszystko, czego potrzebują, od odpowiedzi na proste pytania po wykłady i kursy na poziomie uniwersyteckim.

 

UNIWERSYTET ONLINE

– Uczniowie zdobywają dziś w szkole tylko jedną trzecią wiedzy. Większość czerpią z innych źródeł, od rodziców, korepetytorów i z internetu – szacuje prof. Małgorzata Żytko, kierownik Katedry Edukacji Szkolnej i Kształcenia Nauczycieli Uniwersytetu Warszawskiego. Chcąc nie chcąc, wszyscy stajemy się więc w coraz większym stopniu samoukami. Dostęp do wiedzy przestał być problemem, gdyż za pośrednictwem internetu można, nie ruszając się z miejsca i nie płacąc
czesnego, korzystać z dorobku prestiżowych uczelni świata. Sebastian Thurn prowadził na Uniwersytecie Stanforda zajęcia z informatyki i sztucznej inteligencji. W 2011 r. zorganizował internetowy kurs z wykładami, zadaniami domowymi, testami i egzaminem końcowym. Zgłosiło się 160 tys. chętnych z całego świata. Ale gdy rosło wirtualne audytorium, zmniejszała się frekwencja na rzeczywistych wykładach Thurna. Zaniepokojony naukowiec zaczął sprawdzać, dlaczego traci
słuchaczy. Okazało się, że studenci płacący rocznie kilkadziesiąt tysięcy dolarów czesnego też woleli się uczyć samodzielnie, za pośrednictwem internetu.

Do końca kursu wytrwało 40 tys. uczestników. Po takim sukcesie Thurn zrezygnował z „wykładania dla 20 osób” i uruchomił internetowy serwis Udacity, zwany uniwersytetem online. Jego ukończenie nie jest równoznaczne z uzyskaniem dyplomu Stanforda, ale daje specjalistyczną wiedzę na poziomie tej uczelni. Już trzy miliony osób, najczęściej prowadzących własne biznesy, skorzystały z tej możliwości samokształcenia. Dwukrotnie więcej użytkowników ma platforma Coursera też założona przez naukowców ze Stanfordu, która udostępnia online kursy prowadzone przez ponad 100 placówek naukowych, w tym uniwersytety: Columbia, Yale, Princeton i Duke. Jednak miano najpopularniejszego nauczyciela i jednego ze stu najbardziej wpływowych ludzi świata tygodnik „Time” przyznał Salmanowi Khanowi. Samoukowi.

 

AKADEMIA PANA KHANA

Po studiach technicznych na MIT Khan pracował w funduszu hedgingowym, lecz zrezygnował, by zająć się tym, co go pasjonowało: pedagogiką. W 2006 r. uruchomił wirtualną szkołę Khan Academy. Na jej stronie internetowej zaczął umieszczać filmy z miniwykładami. Dziś jest ich już 9 tys. Największe wrażenie robi jednak liczba uczniów. Strony z edukacyjnymi filmami odnotowały 580 mln wejść; testy i ćwiczenia rozwiązywano 3,8 mld razy! Według szacunków „Psychology Today” z Akademii Khana regularnie korzysta 10 mln osób. Łatwiejsze wykłady to pomoc dla tych, którzy czegoś nie zrozumieli w szkole, trudniejsze – idealne narzędzie dla samouków pogłębiające ich zainteresowania, odpowiadające na pytania. Tak powinna zdaniem Khana działać szkoła epoki internetu, do której coraz mniej przystaje tradycyjna metoda nauczania: słuchaj, powtórz, zapamiętaj.

Rewolucyjny pomysł zyskał rzeszę zwolenników, którzy podchwytują go i adaptują w swoich krajach. Jego entuzjastą jest m.in. prof. Lech Mankiewicz z Centrum Fizyki Teoretycznej PAN. To on zainicjował akcję tłumaczenia wykładów Khan Academy na język polski – efekt można zobaczyć na stronie edukacjaprzyszlosci.pl, którą otwiera informacja: „8 000 000 obejrzanych filmów”. – Już niedługo świat podzieli się na tych, którzy potrafią korzystać z takich narzędzi jak internetowa akademia i tych, którzy tego nie robią, wpadając w pułapkę standaryzowania programów i systemów nauczania. A im więcej ujednolicania, tym mniej miejsca na kreatywność i innowacyjność, bez których nie dogoni się świata – wyjaśnia prof. Mankiewicz. Jak każdy rewolucyjny pomysł, również ten doczekał się krytyków. Wytykają Khanowi naiwną wiarę, że komputer może zastąpić nauczyciela i brak wiedzy pedagogicznej. Odpowiada im krótko: „Nie jestem nauczycielem, ale czy to oznacza, że nie powinienem zajmować się biznesem?”.

 

NIEMOŻLIWE, CZYLI MOŻLIWE

„Samouk wyróżnia się tym, że gdy szkoła lub praca przestaje odpowiadać celowi, do którego dąży, nie trzyma się ich kurczowo. Schodzi z wydeptanej ścieżki, odrzuca kompas i mapę. Wkracza na dziewiczy, nieznany teren, biorąc pełną odpowiedzialność za siebie, swoją karierę i życie” – podsumowuje Blake Boles w „Sztuce samokształcenia”. Tak dzieje się w każdej dziedzinie. I każda właśnie samoukom zawdzięcza wiele przełomowych dokonań. Gdzie byłoby dziś kino bez Stevena Spielberga, który nie ukończył ani uniwersytetu, ani szkoły filmowej? Bez Woody’ego Allena, który po tygodniu zrezygnował z nauki na Uniwersytecie Nowojorskim? Bez Quentina Tarantino, który zakończył edukację w wieku 16 lat na rzecz pracy w wypożyczalni kaset wideo? Hans Zimmer, zdobywca dwóch Oscarów, kompozytor muzyki do ponad 120 filmów, wyznał, że jego edukacja muzyczna trwała dwa tygodnie (tyle wytrzymał z nim nauczyciel gry na fortepianie). Podpatrywał innych, założył zespół, nawiązał współpracę z zawodowymi kompozytorami i wspiął się na szczyt. Jimmy Hendrix też uczył się gry na gitarze sam, a został wzorcem, do którego porównuje się innych wirtuozów.

Nowe szlaki w malarstwie przetarli Paul Gauguin – z zawodu urzędnik giełdowy i Vincent van Gogh – protestancki misjonarz. Samoucy odcisnęli swe piętno nawet w architekturze. Jeden z symboli Nowego Jorku – spiralny gmach Muzeum Guggenheima – zaprojektował Frank Lloyd Wright, który naukę na Uniwersytecie Stanowym Wisconsin przerwał po dwóch semestrach. Pół wieku później wręczono mu jednak dyplom... doktora honoris causa. Wright zaprojektował ponad 500 obiektów i został klasykiem współczesnej architektury. W jego dorobku znalazł się m.in. projekt rezydencji Henry’ego Forda – samouka, który zaczynał jako praktykant u zegarmistrza, a kończył jako twórca najpotężniejszego koncernu samochodowego świata. Ford pokpiwał z udzielających mu wskazówek utytułowanych doradców, że „ekspert to ktoś, kto ci mówi, czego nie można zrobić”. Samoucy nie słuchają ekspertów, lecz siebie. Dlatego mogą robić to, co innym wydaje się niemożliwe – zmieniać świat.