Odetchnij od ekranu. Robotyka, która nie chce z Tobą rozmawiać
Dla każdego, kto chce się wyciszyć bez ciągłego sięgania po smartfona, sama obudowa stanowi mocny argument. Mori mierzy niecałe 30 cm wysokości (zależnie od wysunięcia kapelusza), a jego zaokrąglony korpus pokryty jest tkaniną zawierającą 25 procent naturalnej wełny. Spod szerokiego, podświetlanego kapelusza wyziera para sympatycznych, świecących oczu. Na zdjęciach całość wygląda jak mała lampka biurkowa, która urwała się z filmu animowanego i postanowiła zostać w naszym domu na stałe. Z chęcią zrobiłabym dla takiej sylwetki trochę miejsca na szafce.

Geneza projektu dobrze tłumaczy jego formę. Współzałożyciel OKA, Hua Wang, przyznał, że spędził dekadę na projektowaniu mechanizmów, które miały przyciągać ludzi z powrotem do ekranów ich telefonów. Teraz chciał zrobić coś odwrotnego. Tworząc Mori, chciał stworzyć robota, który naturalnie wtopi się w domową przestrzeń, zamiast być kolejną wielką, inwazyjną maszyną.
Z racji, że ma być to swego rodzaju ucieczka przed telefonem, sterowanie odbywa się z poziomu samej lampki i opiera się na prostych, intuicyjnych gestach. Położenie obu dłoni na podstawie uruchamia prowadzoną sesję ćwiczeń oddechowych, z kolei poklepanie kapelusza powoduje jego obniżenie i zmienia robota w zwykłą lampkę nocną z wyciszonymi reakcjami.

W ten sposób światło i dźwięki natury budują tło do odpoczynku, bez potrzeby przekopywania się przez aplikacje i menu, a więc bez wybijania się z odpoczynku niepotrzebnymi powiadomieniami oraz innymi rozpraszaczami.


Co najważniejsze, Mori nie używa słów. Jego cały zasób komunikacyjny to dźwięki, wyraz oczu, światło oraz ruch. Te ograniczenia to chyba jego największa zaleta, bo ostatnie, czego pragnę przy łóżku, to obiekt, z którym muszę prowadzić dialogi. Spojrzenie czy delikatny skłon zostawiają przestrzeń na własną interpretację, dokładnie tak jak w przypadku postaci z kreskówek. A gdy ta urocza forma zacznie nas męczyć, tryb zwykłej lampki daje wygodną opcję wyłączenia „osobowości” urządzenia.
Prywatność w sypialni to priorytet
Ekspresyjne oczy i czujniki rodzą jednak absolutnie racjonalne pytania o prywatność we własnym domu. Producent zapewnia, że główny moduł AI działa lokalnie, a obraz z kamery i dźwięk z mikrofonu są przetwarzane bezpośrednio na urządzeniu i natychmiast usuwane. W pamięci pozostają jedynie anonimowe dane pozwalające odróżnić domowników, co na pewno wiele osób uspokoi. To dobre podejście, choć i tak przed zaproszeniem robota z kamerą na komodę warto dokładnie przejrzeć uprawnienia aplikacji.

OKA obiecuje też, że Mori uczy się naszych nawyków i z czasem nabiera indywidualnego charakteru. Do tej obietnicy podchodzę jednak z dystansem – dopiero długie użytkowanie pokaże, czy powtarzalny gest stanie się uroczy, czy po prostu przewidywalny i nudny. Tworzenie robota, który ma pozostać przyjemny w odbiorze także po tym, jak opadnie pierwszy zachwyt nowością, to ogromne wyzwanie projektowe i nie każdy potrafi mu sprostać. Tu, mimo wszystko, mamy też funkcję lampki, więc Mori raczej zawsze będzie w użytku.

Największą przeszkodą pozostaje jednak cena, która jest naprawdę wysoka. W programie First Access Mori kosztuje aż 649 dolarów (ok. 2600–2700 zł bez podatków i wysyłki). Kwota ta zawiera dwuletni abonament na treści Nature Time (producent uspokaja, że podstawowe funkcje nie będą wymagały płatnej subskrypcji). To naprawdę drogi eksperyment w poszukiwaniu domowego towarzystwa. Grzybowa lampka sama w sobie łatwo znajdzie miejsce w mieszkaniu, ale przy tej cenie OKA musi udowodnić, że te świecące oczy są faktycznie warte wydania takich pieniędzy.
