Kościół, jak wierzą katolicy, jest rzeczywistością Bosko-ludzką. Świętość, sacrum, heroizm są w nim obecne dokładnie tak samo jak grzech, upadek czy czysto ludzka polityka. Prawdę tę można dostrzec w każdej niemal dziedzinie życia i w działaniu struktur kościelnych, także w sferze kanonizacji. Świętość bowiem – choć należy do rzeczywistości transcendentnej – to realizuje się w realnym świecie, a wyniesienie na ołtarze – to nie tylko uznanie, że ktoś trafił już „do domu Ojca” (by posłużyć się popularnym określeniem stosowanym przez media po śmierci Jana Pawła II), ale również uznanie kogoś za wzór dla ludzi jemu współczesnych, a także za symbol pewnej duchowej, światopoglądowej czy moralnej postawy, której promowanie jest, zdaniem Kościoła, w danej epoce szczególnie ważne.

To dlatego w średniowieczu tak wielu było świętych władców, a obecnie coraz częściej spotkać można święte matki, które jak Joanna Beretta Mola oddały życie, by urodzić się mogły ich zdrowe dzieci. O ile bowiem w średniowiecznej Europie szczególnie ważne było promowanie i propagowanie chrześcijańskich cnót wśród władców, których moralność kształtowała raczej twarda etyka walk plemiennych, o tyle w świecie współczesnym o wiele istotniejsze wydaje się promowanie postawy heroizmu codzienności, bohaterstwa, które dokonuje się w świecie zwykłych ludzkich doznań macierzyństwa, ojcostwa czy cichego życia poświęconego innym. W świecie po reformacji ideałem świętości (jednym z wielu, nigdy jedynym) i to zarówno w świecie chrześcijaństwa zachodniego, jak i wschodniego było natomiast jasne głoszenie prawd swojego wyznania, walki o nie, a gdy trzeba męczeństwa. Obecnie ten ideał, choć nadal obecny choćby w kanonizacji św. Jana Sarkandra, przeciw której protestowali luteranie, jest stopniowo wyciszany, a święci, którzy zginęli z rąk np. wyznawców anglikanizmu (by wymienić tu tylko św. Tomasza Morusa) – przedstawiani są raczej jako bohaterowie walki o wolność sumienia niż wierności katolicyzmowi.

ŚWIĘCI FUNDAMENTEM PAŃSTWOWOŚCI


Ścisłe powiązanie kanonizacji z polityką (a może lepiej byłoby powiedzieć – z metapolityką) najlepiej widać w okresie średniowiecznego kształtowania się państwowości (oczywiście jeszcze nie we współczesnym rozumieniu tego słowa). Wyniesiony na ołtarze święty, najlepiej męczennik, był niemal zawsze pierwszym potwierdzeniem faktu, że dane państwo zaczyna mieć własną tożsamość i jest uznawane nie tylko przez sąsiadów, ale i przez władców współczesnego świata. To dlatego władcy Polski, Węgier, Czech czy – w innym okresie i innym miejscu – Irlandii czy Anglii tak wielką wagę przywiązywali do tego, by jak najszybciej wyniesiono na ołtarze pierwszych misjonarzy, którzy przynieśli im Ewangelię. Po akcie kanonizacji nieodmiennie następował proces pogłębiania kultu, a z czasem uznania założyciela Kościoła lokalnego za patrona całego narodu czy państwa.

Takimi świętymi, którzy stali się „fundamentami” państwowości, dowodami na to, że chrześcijaństwo w danym kraju jest rzeczywistością żywą i dynamiczną, byli choćby w Polsce św. Wojciech, w Irlandii – św. Patryk, w Anglii – św. Alban (pierwszy jeszcze rzymski męczennik za chrześcijaństwo na Wyspach Brytyjskich). Ich kanonizacje, a później kult były mocno wspierane przez lokalnych władców, dla których święci patroni stawali się podstawą kształtowania nowych, już chrześcijańskich tożsamości.

Często zdarzało się również tak, że na ołtarze wynoszeni byli pierwsi władcy, którzy przyjęli wraz ze swoimi dworami i państwami chrześcijaństwo, albo tacy, którzy jako pierwsi stali się wzorami prawdziwie chrześcijańskiego zachowania dla swoich poddanych. Najbardziej chyba znanym przykładem takiego świętego jest król Węgier Stefan, który nie tylko wprowadził i umocnił chrześcijaństwo w swoim państwie, ale także założył szereg arcybiskupstw i biskupstw oraz klasztorów. Innymi nie mniej znanymi władcami, którzy do tej pory są niezwykle czczeni w kraju (krajach?) swojego pochodzenia, są ruscy książeta Borys i Gleb, zamordowani przez swojego brata Światopełka, który wywołał wojnę domową, by przejąć władzę. Dwaj jego bracia, choć wiedzieli, co jest celem uzurpatora, nie chcąc nasilenia walk, oddali swoje życie w pokorze. Ich postawa, choć nie jest męczeństwem za wiarę w sensie ścisłym, uznawana jest przez chrześcijan wschodnich za dodatkowy model świętości, czyli męczeństwa z przyczyn pozareligijnych, ale przyjętego z motywacji chrześcijańskiej (na takiej podstawie Rosyjska Cerkiew Prawosławna kanonizowała ostatniego władcę Rosji Mikołaja II).

SPÓR O PRYMAT WŁADZY

 


Średniowiecze to jednak także okres, niezwykle istotnego dla rozwoju późniejszej cywilizacji zachodniej, sporu o inwestyturę, a szerzej zakres władzy duchownej i świeckiej. W starciu między zwolennikami przyznania lokalnym władcom pełnej władzy nad nominacjami biskupimi, i co za tym idzie nad Kościołami w ich państwach, życie złożyło wielu biskupów, którzy – dla potwierdzenia znaczenia ich sprzeciwu wobec uzurpacji władz państwowych – byli błyskawicznie wynoszeni na ołtarze i otoczeni kultem lokalnych wspólnot chrześcijańskich (i to mimo że polegli zazwyczaj z rąk władców). Św. Tomasz Becket zamordowany został na rozkaz króla Henryka II właśnie dlatego, że odmówił podporządkowania się prawom, które ograniczały władzę Rzymu nad Kościołem angielskim.

Wysoce możliwe jest także to, że podobne były kulisy śmierci św. Stanisława. Konflikt między królem Bolesławem Śmiałym a biskupem krakowskim mógł bowiem dotyczyć albo zakresu władzy królewskiej, albo – na co chętnie wskazuje w swoich poematach, ale i dziełach teologicznych Karol Wojtyła (także jako Jan Paweł II) – pytania, na ile władca może przekraczać obowiązujące wszystkich normy moralne. Biskup Stanisław miał być tym, który o owych granicach (a co za tym idzie o ograniczeniach władzy królewskiej) przypominał. I za to miał zginąć. „Patronat ładu moralnego, jaki wiążemy ze św. Stanisławem, łączy się przede wszystkim z uznaniem powszechnie obowiązującego autorytetu prawa moralnego, prawa Bożego. Prawo to obowiązuje wszystkich, zarówno poddanych, jak i panujących.

To jest siła Stanisława: jedno prawo dla wszystkich. Ono jest normą moralności, ono jest kryterium podstawowej wartości człowieka” – mówił Jan Paweł II podczas swojej pierwszej pielgrzymki do Polski. I choć opinia ta wyrażona jest we współczesnym nam języku i XX-wiecznych kategoriach moralności społecznej, nie ulega wątpliwości, że to właśnie za wierność Ewangelii, wbrew interesom (nawet poprawnie rozumianym) państwa poniósł śmierć św. Stanisław.

Kanonizacyjna historia biskupa i króla nie kończy się zresztą wraz ze śmiercią Stanisława. Mord polityczny skutkował bowiem ucieczką króla z kraju i jego wstąpieniem do jednego z węgierskich klasztorów benedyktyńskich, gdzie pojednany z Bogiem miał zakończyć życie. Jego pobożność, oddanie i życie modlitewne było zaś w owym klasztorze tak wielkie, że po jego śmierci opat, mnisi i okoliczni mieszkańcy mieli rozpocząć kult Bolesława Śmiałego. I tylko fakt, że wcześniej zabił biskupa, który też miał zostać wyniesiony na ołtarze, przeszkodzić miał – zdaniem części historyków – w uczynieniu świętym „wielkiego pokutnika”, jakim po wygnaniu z kraju stał się polski władca. Polityka zatem, tym razem na poziomie ściśle narodowym, mogła przyczynić się do tego, że wielcy polscy grzesznicy nie mają swojego oficjalnego patrona.

ŚWIADKOWIE WIERNOŚCI RZYMOWI


Kolejna epoka wydała kolejnych męczenników, którzy oddawali życie za to, by pozostać w jedności z papiestwem. Św. Tomasz Morus, biskup Jan Fisher czy angielscy kartuzi, którzy zostali skazani na śmierć tylko dlatego, że odmówili uznania władzy królewskiej nad Kościołem (wbrew stanowisku, co warto podkreślić, zdecydowanej większości biskupów i duchownych angielskich) – zostali wyniesieni na ołtarze właśnie za świadectwo wierności Kościołowi w czasach szczególnie trudnych. Ale – w okresie późniejszym – byli często wyciągani na sztandary w walce o rząd dusz między anglikanami a katolikami. Ich wierność sumieniu, Ewangelii i Rzymowi były więc wykorzystywane przez obie strony. Anglikanie w postawie Morusa dostrzegali raczej element stałego dla katolików nieposłuszeństwa władzy państwowej, który jest dowodem na to, że „papiści” nie powinni mieć prawa do sprawowania urzędów państwowych. Dla katolików natomiast Morus pozostał dowodem na „okrucieństwo” protestantów, ale i symbolem tego, czym jest prawdziwy katolicyzm, wymagający niekiedy sprzeciwu wobec władcy.

Podobne spory polityczno-narodowo- historyczne budziły również postacie świętych z terenów dawnej I Rzeczypospolitej. Św. Andrzej Bobola (patron Polski) czy św. Jozafat Kuncewicz byli dla strony polskiej (a może bardziej katolickiej) ludźmi, którzy oddali życie za jedność z Rzymem; dla prawosławnych natomiast byli ludźmi, którzy ponieśli słuszną (choć może przesadnie okrutną) karę za to, że niszczyli Cerkiew i odciągali od niej wiernych. Na kontekst religijny nakładał się tu dodatkowo kontekst narodowy, w którym o wiele istotniejsze od sporów doktrynalnych było skojarzenie katolicyzmu z polskością, a prawosławia z ruskością (Unii zaś z lojalnością wobec Rzeczypospolitej). A co za tym idzie – przeniesienie faktu kanonizacji z poziomu czysto duchowego na poziom polityczny, w którym święci stali się sztandarami pewnych stronnictw.

Ten etap Kościoły (bo rzecz dotyczy nie tylko katolików, ale i prawosławnych czy nawet – choć tu nie ma mowy o wynoszeniu na ołtarze – protestantów) mają już jednak za sobą. Obecnie śmierć męczenników w sporach wewnątrzchrześcijańskich jest interpretowana i przedstawiana (i znowu trudno nie dostrzec w tym wpływu dominującego nurtu myślenia) raczej jako skutek wierności sumieniu w trudnych czasach. Dzięki temu Tomasz Morus może być wspólnym bohaterem tak protestantów, jak i katolików. Podobnie jest zresztą z masowo mordowanymi (tak przez katolików, jak i przez reformowanych) w pewnym okresie reformacji anabaptystami, którzy coraz częściej przedstawiani są jako ludzie zdolni mimo naporu władzy zachować wierność swoim przekonaniom.

WOLNOŚĆ SUMIENIA W TRUDNYCH CZASACH


To interpetacyjne przesunięcie związane jest nie tylko z polityczną poprawnością, ale również z wydarzeniami politycznymi XVIII, XIX i XX wieku, kiedy to wierność sumieniu przeciw państwu stawała się wartością, z którą trudno byłoby polemizować. Męczennicy rewolucji francuskiej (a i tacy, choć próbuje się o tym zapominać, byli), męczennicy rewolucji październikowej czy wojny domowej w Hiszpanii – to bowiem ludzie, którzy – choć wiedzieli, że wyparcie się wiary może uratować im życie, wybierali wierność mimo wszystko. I ginęli – jak w Hiszpanii – z wbijanymi w gardła krucyfiksami, wieszani na różańcach, czy – jak w Rosji – zagładzani w obozach śmierci.

I choć wydawać by się mogło, że w tym wypadku nie powinno być dyskusji na temat tego, czy ludziom zamordowanym tylko z powodu wiary należy się kult i szacunek, to takie dyskusje jednak trwają. Hiszpańscy socjaliści pod wodzą Zapatero przez kilka lat prowadzili zmasowaną kampanię przeciwko kanonizacji tysięcy brutalnie zamordowanych chrześcijan. Powodem sprzeciwu miało być to, że śmierć owym męczennikom zwyczajnie się należała, bowiem sprzeciwiali się „postępowi ludzkości”.

Inna rzecz, że zdarzało się, iż kanonizowane ofiary rewolucji stawały się sztandarami bojowników o powrót starych reżimów. Przykładem może tu być pierwsza z kanonizacji Mikołaja II, dokonana przez Rosyjską Cerkiew Prawosławną za granicą, która była raczej dowodem na monarchistyczne przekonania zdecydowanej większości hierarchów tego wyznania niż na rzeczywistą świętość ostatniego władcy Rosji. Braki w wytłumaczeniu tej trudnej do zrozumienia przez Polaków decyzji nadrobił dopiero patriarchat moskiewski w 2000 r., publikując szczegółowe uzasadnienie i podkreślając, że uznanie świętości ostatniego cara Rosji nie oznacza wcale kanonizacji ustroju, jakiego był przedstawicielem. Istotą świętości Mikołaja II jest bowiem pokorne i chrześcijańskie przyjęcie śmierci z rąk oprawców, a nie fakt, że był świetnym władcą (bo – jak przyznają autorzy raportu – nie był), który przyczynił się do rozwoju Rosji.

WZÓR DZIAŁALNOŚCI SPOŁECZNEJ

 


Przykład męczenników komunizmu czy faszyzmu (by wymienić tu tylko całkiem niedawno wyniesionego na ołtarze austriackiego katolika, który odmówił służby w Wehrmachcie Franza Jägerstättera), choć ich wyniesienie na ołtarze było aktem czysto religijnym, ma jednak do spełnienia swoją rolę we współczesnym duszpasterstwie czy w nauczaniu moralności. Wspomniany już Jägerstätter, tak jak Morus, ma bowiem pokazywać, że postawa prawdziwie katolicka musi oznaczać w pewnych okolicznościach odrzucenie prawa państwowego i podporządkowanie się prawu moralnemu czy nauczaniu Kościoła. Są takie okoliczności, w których każda inna decyzja oznacza zdradę Ewangelii i wyrzeczenie się wiary.

Nie jest zatem przypadkiem, że już w XXI wieku Jan Paweł II to właśnie Morusa uczynił patronem polityków, sygnalizując wyraźnie, że jego postawa wobec władcy powinna być wzorem dla nich, w sytuacji gdy ich państwo legalizuje aborcję czy eutanazję. Zgoda na tego typu działania, podkreślał Jan Paweł II, a także Benedykt XVI, oznacza zdradę. Polityk katolik musi więc w takiej sytuacji zachować się tak jak Morus. Zwykły katolik natomiast, gdy domaga się od niego działań sprzecznych z jego wiarą (może tu chodzić o aptekarza, który ma sprzedawać farmakologiczne środki wczesnoporonne, czy ordynatora, który ma wskazać placówkę aborcyjną), powinien zastosować się do przykładu Jägerstättera, uznając, że wierność Ewangelii jest istotniejsza niż wierność prawu stanowionemu.

I w tym sensie niewątpliwie kanonizacje mają wymiar polityczny. Stawiając przed oczami wiernych (ale i ludzi niewierzących) konkretne przykłady, mają bowiem przyczynić się do popularyzacji pewnego typu postaw, które – choć mogą nie być powszechne czy akceptowalne przez władze poszczególnych państw – to dla Kościoła pozostają wzorcami zachowań. I dlatego przynajmniej część z procesów kanonizacyjnych wywołuje tak mocny sprzeciw mediów czy opinii publicznej. Święci przypominający, że istnieje jedna prawda, a wierność jej jest warunkiem zbawienia, nie mogą się cieszyć uwielbieniem świata, który z nieuznawania jednej prawdy uczynił sobie polityczny i światopoglądowy sztandar. Kościół zaś nie może zrezygnować z głoszenia swojej nauki i stawiania za wzór postaci, które są jej uobecnieniem. I w tym znaczeniu spór między państwem a Kościołem – jak za czasów walki o inwestyturę, tak i obecnie – jest nieunikniony. Święci zaś tak za życia, jak i po śmierci są istotną bronią w tej odwiecznej debacie.