W polskich kościołach wciąż jest co kraść. Dla przestępców kuszące są zwłaszcza relikwiarze.


W lubelskiej bazylice ojców Dominikanów od sześciuset lat przechowywano relikwię nad relikwiam – kawałki z krzyża Chrystusa. Pod względem wielkości fragmenty te były trzecie na świecie. Trafiły do Lublina prawdopodobnie z Rusi Kijowskiej.


Zapewniono im godną oprawę srebrno-złote relikwiarze o wysokości ok. 100 i ok. 70 cm. Bezcenne skarby były ozdobą bazyliki aż do 1991 r., kiedy w nocy z 8 na 9 lutego zostały skradzione. Rabusie do dziś nie zostali schwytani. Lubelska kradzież to wierzchołek góry lodowej. Z polskich kościołów giną zabytki, w tym relikwiarze. Dlaczego to właśnie one są szczególnie atrakcyjne dla złodziei? Po pierwsze ze względu na wyjątkową wartość historyczną, kulturową i duchową. Po drugie z powodu bogatego wykończenia, które można sprzedać z wielkim zyskiem. – Przy kradzieżach z obiektów sakralnych dominują przedmioty interesujące dla złodziei ze względu na kruszec, z którego są zrobione. Relikwiarze mają oprawę z metali szlachetnych, najczęściej ze srebra. To często misterna robota o dużej klasie artystycznej – mówi magazynowi „Śledczy” Piotr Ogrodzki, dyrektor Ośrodka Ochrony Zbiorów Publicznych przy Ministerstwie Kultury i Dziedzictwa Narodowego. Jak dodaje, w wielu przypadkach zabytki zostają zniszczone, jak np. relikwiarz św. Wojciecha skradziony z gnieźnieńskiej katedry ćwierć wieku temu.


20 marca 1986 roku o godzinie 7.40 do komendy MO (zwanej wówczas Miejskim Urzędem Spraw Wewnętrznych) w Gnieźnie zadzwonił proboszcz parafii archikatedralnej. Poinformował, że ktoś zrabował z katedry srebrne ozdoby z zabytkowego sarkofagu św. Wojciecha: postać świętego, orły i anioły. W tym wypadku złodziejom nie chodziło o sam XVII-wieczny relikwiarz, ale o kruszec. Po chamsku, łomami i brzeszczotami wyrwali i wycięli ozdoby, dewastując całość.


Śledztwo znalazło się w impasie, pomogło dopiero wyznaczone kilkaset tysięcy złotych nagrody. Milicjanci dostali cynk i 26 marca odnaleźli fragmenty zrabowanych przedmiotów w Gdańsku, w garażu wynajmowanym przez braci bliźniaków Marka i Krzysztofa M. oraz Waldemara B. Odciski z obuwia z domu braci M. opowiadały śladom znalezionym w katedrze. Na jednym z odzyskanych brzeszczotów odkryto odcisk palca Marka M., a ślady po srebrze wykryto też na ubraniach zatrzymanych. Wszystkim postawiono zarzut kradzieży z włamaniem na sumę 53 mln 740 tys. zł. Na podstawie zeznań Krzysztofa M. aresztowano pomysłodawcę napadu – Piotra N. Odpowiedzialni za kradzież dostali po 12–15 lat więzienia.


STYGMATY RABUSIA


Sprawa miała smutny epilog. W postaci... serii napadów na  27 kościołów na terenie województw lubuskiego, wielkopolskiego i dolnośląskiego, których dokonano od listopada 2004 r. do kwietnia 2006 r. 14 lipca 2006 lubuscy i dolnośląscy policjanci wraz z funkcjonariuszami Centralnego Biura Śledczego zatrzymali trzy podejrzane osoby. Wśród nich był Piotr N., skazany wcześniej za kradzież ozdób z relikwiarza  św. Wojciecha! Jak się okazało, złodziej opuścił zakład karny w roku 2001 i szybko wrócił do dawnego procederu. Dowody jego przestępstw były niezbite, policjanci odzyskali ponad 100 zabytków. Podczas śledztwa wyszło na jaw, że głównym odbiorcą zrabowanych dzieł był Massimiliano P., Włoch mieszkający w Niemczech. Dzięki współpracy z niemiecką policją odzyskano kolejne zabytki o samej wartości materialnej przekraczającej milion złotych.


Kto wie, czy Piotr N. jeszcze kiedyś nie uderzy? Kradzieże z kościołów weszły mu w krew. – Piotr N. już w 1978 r. przyjechał z dwoma kolegami z Gdańska w okolice Siedlec, tam obrabowali kościół, a potem kradzioną syrenką udali się na Mazury. Na terenie Wojnowa, gdzie znajdują się słynne obiekty prawosławne i starowierców, dokonali zaboru ikon. Zostały one odzyskane na Jarmarku Dominikańskim, gdy miały już trafić do Skandynawii – mówi „Śledczemu” Mirosław Karpowicz, szef Krajowego Zespołu do Walki z Przestępczością przeciwko Dziedzictwu Narodowemu. Dodaje też: „Nie chciałbym nikogo stygmatyzować na całe życie i przypominać, że za świętokradztwo karano kiedyś paleniem na stosie. Jednak wieloletnia praktyka kryminalistyczna wskazuje, że powrót do przestępstwa wśród włamywaczy i złodziei tej kategorii jest zjawiskiem niemal powszechnym. Potwierdzają to smutne konstatacje konferencji międzynarodowych: wysokość kar nie odstrasza sprawców, a więzienia ich nie wychowują”.


Na szczęście jeśli przestępcy nie myślą o przetopieniu dzieła, wciąż istnieją szanse na jego odzyskanie. – Może minąć nawet kilkadziesiąt lat, ale w końcu takie rzeczy wypływają. Osoby, które wiedzą, że dany przedmiot pochodzi z przestępstwa, umierają, a obiekt trafia do ludzi, którzy nie mają pojęcia o kradzieży. Próbują sprzedać spadek, ujawniają się, a wtedy wkraczamy my – wyjaśnia Piotr Ogrodzki z OOZP.


Ośrodek, którym kieruje, śledzi rynek i prowadzi działalność prewencyjno-doradczą. Wszystkie muzea mają obowiązek uzgadniać z OOZP dokumentację, dotyczącą poprawy stanu bezpieczeństwa. Pozostałe instytucje, np. zabytkowe budynki sakralne, mogą korzystać z nieodpłatnego doradztwa. Ośrodek szkoli muzealników, bibliotekarzy, księży. Śledzi też informacje o zabytkach pojawiających się w obrocie, a w podejrzanych przypadkach zawiadamia policję. Ma jeszcze jedną broń: krajowy rejestr zabytków skradzionych i wywiezionych za granicę niezgodnie z prawem. Liczy on obecnie ok. 10 tys. obiektów, a na jego początku znajdują się m.in. relikwie z Lublina.


Piotr Ogrodzki podkreśla, że dobra dokumentacja to wielki atut. – Na stronie https://www.skradzionezabytki.pl mamy krajowy rejestr zrabowanych zabytków – mówi. – W polskim systemie prawnym udało się stworzyć ogólnodostępną bazę danych (za granicą podobną ma Interpol), prowadzoną przez Ministerstwo Kultury i Sztuki. Nikt w Polsce nie może się już tłumaczyć, że coś nabył i nie miał gdzie sprawdzić, czy zakup nie pochodzi z przestępstwa. Nie może zasłaniać się zasiedzeniem własności rzeczy ruchomej w dobrej wierze.


Jak długo trzeba czekać, by skradziony zabytek „wypłynął”? Czasami nawet kilkadziesiąt lat.


KWESTIA CZASU


W 1990 roku na rynku amerykańskim pojawił się ewangeliarz św. Samuela, ponadtysiącletni łaciński manuskrypt w pysznej oprawie, inkrustowanej szlachetnymi kamieniami. Kupili go Niemcy, rozpoznając w nim dzieło skradzione z ich kraju podczas wojennej zawieruchy. Pochodziło z bogatego skarbca w Kwedlinburgu, który przeniesiono do kopalni w obawie przed alianckimi nalotami, a potem powierzono opiece amerykańskich żołnierzy. W efekcie tej „opieki” kilkanaście zabytków przepadło. Po nitce do kłębka, dochodzenie z lat 90. doprowadziło do sprzedawców ewangeliarza. Byli nimi Jane i Jack Meador, rodzeństwo nieżyjącego już żołnierza US Army Joe Meadora, mieszkające w miasteczku w Teksasie. Ich brat faktycznie służył podczas II wojny w Kwedlinburgu. W jego sejfie spoczywały kolejne skarby: kilka relikwiarzy ze szlachetnych kruszców, szesnastowieczna księga w cennej oprawie i średniowieczny grzebień z kości słoniowej. Po kilkuletnich przepychankach prawnych Niemcy doszli do porozumienia z rodziną szabrownika i odzyskali wart grube miliony skarb. Poza kilkoma drobiazgami, które Joe Meador prawdopodobnie dał swoim kochankom. Ale może i one kiedyś się odnajdą?


Tego, że odzyskanie cennego dzieła nawet po dłuższym czasie jest możliwe, dowodzi także polski przypadek z Zuzeli. W sierpniu 2005 roku pewien warszawski dom aukcyjny zaoferował barokowy relikwiarz w kształcie krzyża ołtarzowego (pacyfikał). Wykonany ze srebra i złota, zawierał relikwie św. Andrzeja. Pochodził z XVII w., a cena była okazyjna – 38 tys. zł. Okazało się, że prawie 30 lat wcześniej został skradziony z kościoła w Zuzeli, rodzinnej miejscowości prymasa Stefana Wyszyńskiego. Sprzedający twierdził, że otrzymał go w prezencie od umierającego dziadka. – Jeden z pracowników muzeum w Krakowie zawiadomił nas, że na rynku pojawił się relikwiarz, który w latach 60. znajdował się w kościele w Zuzeli. W katalogu skradzionych zabytków relikwiarza nie było, a miejscowy ksiądz niewiele pamiętał. Zawiadomiliśmy policję, a ta znalazła zgłoszenie o kradzieży w archiwalnych rejestrach – odsłania kulisy sprawy Piotr Ogrodzki. Wynika z nich, że brakowało dowodów potwierdzających, iż zabytek został skradziony. Na szczęście w tym wypadku policja nie zawiodła. – Inspektor Mirosław Karpowicz ustalił, że w latach 50. i 60. dzieci przystępujące do pierwszej komunii fotografowały się przy tym pacyfikale. Dzięki tym zdjęciom udało się dowieść, że chodzi o ten sam przedmiot, co wystawiony na aukcji. Ostatecznie został odzyskany, mimo że nowy właściciel się procesował – mówi Ogrodzki.


Wychodzimy z założenia, że nawet przedawnienie ścigania sprawcy kradzieży (ostatnio wydłużone z 10 do 15 lat) nie przenosi na niego własności. Inaczej byłby to triumf rabusiów i paserów – mówi Mirosław Karpowicz.


MAFIJNE KONEKSJE


Kradzieże sakralnych dzieł sztuki, w tym relikwiarzy, mogą łączyć się z działalnością mafii. – Nawet jeśli przestępstwa dokonują pospolici złodzieje, wejście na rynek ze skradzionym dobrem przejmują czasem zorganizowane grupy przestępcze. Zdarza się, że takie grupy, parające się handlem narkotykami i bronią, przy okazji zajmują się też obrotem zabytkami – opowiada Karpowicz.


Zabytki są łakomym kąskiem zwłaszcza dla przestępców mających międzynarodowe powiązania. – Przynajmniej za granicą traktuje się je jako zabezpieczenie transakcji w handlu bronią czy narkotykami. W tych rozliczeniach ich wycena czarnorynkowa sięga 10 proc. rzeczywistej wartości – wyjaśnia Piotr Ogrodzki z OOZP.  Nic więc dziwnego, że nasze zabytki odnajdujemy czasem w obcych rękach. W 1994 r. na wystawie w Jeleniej Górze skradziono zabytkowe figurki lwów, przechowywane zwykle w sejfie Świątyni Wang w Karpaczu. Sprawców kradzieży nie zatrzymano, ale postawiono zarzuty niemieckiemu paserowi – adwokatowi, który zabrał je swoim klientom. I to nie byle jakim: rosyjskim przestępcom, skazanym za udział w zorganizowanej grupie przestępczej o charakterze zbrojnym.


MAPA ZAGROŻEŃ


W 2010 r. mieliśmy tylko kilka udokumentowanych przypadków kradzieży zabytków sakralnych w skali całego kraju. Kiedy powstawaliśmy 20 lat temu, kradzieży w obiektach sakralnych było półtora tysiąca rocznie i sporą ich część stanowiły zabytki – opowiada Piotr Ogrodzki. – Ktoś oczywiście może powiedzieć, że zbiory zostały już tak przetrzebione, iż nie ma co kraść. Ale tak nie jest. Jeśli chodzi o teren Małopolski, to zawsze należał on do najbardziej zagrożonych w Polsce. Ze względu na to, że z punktu widzenia przestępców jest tam co penetrować – komentuje Karpowicz.


Oczywiście, plaga kradzieży relikwii dotyczy całego świata. Tylko w ostatnich kilku miesiącach zrabowano m.in. w Moskwie ikonę-relikwiarz św. Sergiusza, a w Madrycie domniemane resztki krzyża Chrystusa.


Czy zabytki te odnajdą się, czy też przepadną gdzieś na czarnym rynku? I czy Lublin odzyska swoje relikwie Krzyża Św.? Policjanci nie tracą nadziei, że je odnajdą. Prędzej czy później, na Wschodzie bądź na Zachodzie.


Autor: ADAM WĘGŁOWSKI - Dziennikarz „Focusa Historia”, publikował  m.in. w „Tygodniku Powszechnym”, „Zwierciadle” oraz „Metropolu”. Specjalizuje się w nierozwiązanych zagadkach historii  i polskich wątkach  w kulturze masowej.