W internecie nie  brakuje zdjęć i filmów dokumentujących przyjaźnie wbrew naturze. Bo jak inaczej mówić o papudze, która wtula się w śpiącego kota, psie i tygrysie harcujących pospołu na trawniku, młodym orangutanie wlokącym wielką gałąź z pomocą psa? Jeden z takich nietypowych związków dorobił się nawet własnej strony internetowej.

Owen i Mzee – młody hipopotam i 130-letni żółw. Owen wraz z rodziną żył w rzece Sabaki. W 2004 roku potężne tsunami zdewastowało tereny przybrzeżne w Kenii. Większość hipopotamów zginęła. Fala wyrzuciła Owena na rafę koralową. Znaleźli go rybacy z wioski Malindi i z wielkim wysiłkiem przewieźli na brzeg, skąd został przetransportowany samochodem terenowym do ogrodu zoologicznego Haller Park w Mombasie. Owena wpuszczono do stawu, w którym już mieszkał Mzee, żółw olbrzymi. Ssak przylgnął do gada jak do hipopotamiej mamy. Od pierwszego dnia oba zwierzaki nie rozstawały się, razem spały, pływały i wyjadały liście z tych samych gałęzi. Mzee przywykł do hipopotamich dowodów wierności i czasami nawet chodził krok w krok za Owenem.

Jednak o ile reakcje Owena można zrozumieć, o tyle zupełną zagadką jest zachowanie starego żółwia. Przerażony młody hipopotam zobaczył stworzenie podobne kształtem, wielkością i kolorem do krewniaków, od których tak gwałtownie został oddzielony. „Hipopotamy żyją w grupach społecznych i samotność była rzeczą niezwykłą dla Owena. Takie zwierzę instynktownie będzie wchodziło w związki z innym. W tym przypadku żółw był jedynym kandydatem” – komentuje Bill Given, zoolog pracujący w ogrodzie zoologicznym w Denver.

Samotność w zoo

W amerykańskim stanie Tennessee istnieje przytułek dla słoni. Trafiają tam zwierzęta, które występują w cyrku. Gdy się zestarzeją, „pracodawca” chętnie się ich pozbywa. W  przytułku chodzą wolno na dużej przestrzeni. Żaden słoń nie chce być sam – nowi przybysze szybko zaprzyjaźniają się ze starymi pensjonariuszami. Z wyjątkiem Tary, która zaraz po przyjeździe przywiązała się do psa o imieniu Bella. W przytułku nie brakuje bezdomnych psów – tyle że one i słonie zupełnie nie zwracają na siebie uwagi. Natomiast Tara i Bella od pierwszego dnia stały się nierozłączne – wielka stara szara słonica i niesięgający jej nawet do kolan płowy kundel. Któregoś dnia suczka zachorowała poważnie, miała operowany kręgosłup, nie chodziła. Tara nie odstępowała na krok od ogrodzenia budynku, w którym leczono psa. W końcu jeden z opiekunów wyniósł Bellę, by przyjaciółki mogły się przywitać. Spotkania stały się codziennym rytuałem, dopóki suka nie wydobrzała. Upłynęło osiem lat. Którejś nocy pies został zaatakowany przez kojoty i zginął. Słonica przez kilka tygodni nie ruszała się z miejsca, w którym znaleziono zakrwawione ciało Belli. Wyraźnie cierpiała z żalu po utracie przyjaciółki, prawie nie jadła. Ale dlaczego Tara, mając do wyboru inne słonie, wybrała na towarzysza psa? „Nie znając przeszłości zwierzęcia, nie jesteśmy w stanie prawidłowo interpretować jego zachowań. Ten słoń mógł mieć już kontakt z psami” – tłumaczy dr Andrzej Kruszewicz, dyrektor warszawskiego zoo.

Ogrody zoologiczne są nietypowym środowiskiem i dochodzi w nich do nietypowych spotkań, jak chociażby to w Berlinie. 10 lat temu kot, który nie wiadomo skąd przybłąkał się do tamtejszego zoo, wszedł do pomieszczenia niedźwiedzia himalajskiego. Znęciła go pełna miska jedzenia, ale na jednym posiłku się nie skończyło. Muschi (kot) zaprzyjaźnił się z Maeuschen (niedźwiedziem). Od tej pory bawią się, śpią, jedzą razem.

Przytul, ale nie patrz

Przykładów takich przyjaźni nie brakuje także na naszym podwórku. 

Z pomocą dr. Kruszewicza w inkubatorze wykluł się pelikan. „To paskudne stworzenie – małe czarne ptaszysko z wielką głową. Cały czas kiwa się na boki, syczy, wyrzeka i chce być karmione. Dostawał do towarzystwa pluszowe zabawki, ale to nie było to. Aż któregoś dnia do zoo trafił malutki bocian” – opowiada dr Kruszewicz. Zamieszkały razem i były zachwycone. Dorastały każdy w swoim tempie. Pelikan rósł cały, a bocianowi rosły przede wszystkim nogi. Któregoś dnia pelikan odkrył, że worek, który ma pod dziobem, świetnie nadaje się do zabawy i ciągle wsadzał do niego bociana. Bocian siedział w środku, rozpychał się i syczał, gdy był wypluwany i połykany, i znowu wypluwany i połykany. „Po jakimś czasie bocian przestał się mieścić do worka, więc pelikan starał się go chociaż trochę przytrzymać za głowę lub cokolwiek. Oba ptaki uwielbiały uciekać ze swojej zagródki. Wykorzystywały każdą chwilę nieuwagi. Gdy chciałem przyprowadzić je z powrotem, rozpoznawały mnie i dawały nogę. Jednak wystarczyło złapać bociana – pelikana nie trzeba było już szukać, szedł karnie za mną, człapiąc płetwami po betonie” – mówi dr Kruszewicz.