Bitwa pod Kłuszynem to szczytowe osiągnięcie staropolskiej sztuki wojennej. Stanowiła część operacji, której pierwotnym celem był Smoleńsk. Do bitwy doszło 4 lipca 1610 r. około 8 km na zachód od wsi Kłuszyn, znanej dziś w Rosji głównie z tego, że urodził się w niej Jurij Gagarin. Polakom Smoleńsk ostatnio jest szczególnie bliski ze względu na katastrofę samolotu prezydenckie- go. Do 1514 r. miasto to i całe Księstwo Smoleńskie należało do Wielkiego Księstwa Litewskiego. Utracone na rzecz Moskwy, było głównym celem wojny, którą Rzeczpospolita rozpoczęła w 1609 r.

Marsz, marsz Żółkiewski

Chcąc odzyskać ową „bramę do Litwy”, wojska Rzeczypospolitej obległy Smoleńsk pod koniec września 1609 r. Podejmowane przez nas próby opanowania tego potężnie ufortyfikowanego ośrodka wciąż spełzały na niczym, choć nad obrońcami wisiało już widmo kapitulacji. Dlatego od połowy maja 1610 r. Rosjanie koncentrowali w Możajsku siły, które miały ruszyć z odsieczą Smoleńskowi. Reakcją strony polskiej było wydzielenie z armii oblegającej miasto skromnego korpusu wojsk pod Stanisławem Żółkiewskim i wysłanie ich na wschód – w stronę nieprzyjaciela.Efekt działań wojsk hetmana przerósł wszelkie oczekiwania. Mało tego, że w bitwie pod Kłuszynem rozbiły armię rosyjsko-szwedzką, która mogła stanowić zagrożenie dla sił oblegających Smoleńsk. Dzięki talentom dyplomatycznym Żółkiewskiego, po bitwie wojska Rzeczypospolitej wkroczyły do Moskwy, a tamtejsi bojarowie obrali polskiego królewicza Władysława Wazę nowym carem – w miejsce usuniętego z tronu Wasyla Szujskiego.

Dysproporcja sił

Na temat bitwy kłuszyńskiej krąży wiele mitów. Jednym z nich jest wielkość walczących armii. Powszechnie twierdzi się, że wojska polskie liczyły aż  7 tys. żołnierzy, a połączona armia rosyjsko-szwedzka (kontyngent przysłał król Szwecji Karol IX) ok. 35 tys. żołnierzy. Tymczasem w bitwę zostały zaangażowane znacznie mniejsze siły, niż dotąd uważano. Polaków było tam zaledwie ok. 2700, ale i ich przeciwników blisko o połowę mniej. Liczbę samych żołnierzy rosyjskich można szacować na 15 tys. „Szwedzkich” – w rzeczywistości przedstawicieli różnych nacji, tj. Finów, Szwedów, Anglików, Szkotów, Francuzów, Flamandów, Hiszpanów, Niemców – na 3330.

Licząc więc samych żołnierzy, dysproporcja sił wynosiła niemal siedem do jednego na niekorzyść Polaków. Ale jeśli uwzględnić wszystkich ludzi po stronie nieprzyjaciela, czyli także uzbrojonych chłopów i czeladź, to siły carskie można szacować na 38–48 tys.! W tym przypadku na jednego Polaka przypada od czternastu do osiemnastu nieprzyjaciół! Mimo że chłopów i czeladzi nie zalicza się do grona żołnierzy, pełnili oni określone funkcje militarne. Jak zanotował polski uczestnik bitwy: „osobna [tj. oprócz regularnego wojska] chłopstwa z orężem do boju 20000 [było], którzy koby- liny za wojskiem wozili [i] obóz ostrożyli [otaczali ostrogami/ kobylinami]”. Słabo uzbrojeni chłopi nie nadawali się do walki w polu, ale z po- wodzeniem mogli być użyci do budowy i obrony umocnień. Poza tym ich obecność wpływała na morale nieprzyjaciół: „gdy przychodzi do potrzeby [bitwy], pozad ich staw[i]ają dla tego samego, aby się wojsko więtsze zdało”. Nic dziwnego, że gdy Polacy stanęli w obliczu tak licznego wroga, byli nieco przytłoczeni jego ogromem: „Ćma niezliczona, aże strach było [s]pojrzeć na nie [wojska wroga] względem liczby małej wojska naszego”...

Zagadkowe pole bitwy

Kolejnym mitem jest to, że bitwę z 4 lipca 1610 r. stoczono... pod Kłuszynem. W rzeczywistości doszło do niej 8 km na zachód od tej wsi. Jak wyjaśniał hetman Żółkiewski: „ruszyłem się ku Kłuszynu, gdziem się spodziewał zastać wojsko nieprzyjacielskie, od obozu naszego jakby we czterech mil, i szedłem całą noc. Na rozświcie przednia straż ex fremitu castrorum [ze wrzawy obozowej] postrzegła wojsko nieprzyjacielskie, które przybliżyło się było dalej do nas pominąwszy Kłuszyn”. Wojska sprzymierzonych nie nocowały pod Kłuszynem, więc i do bitwy doszło w innym miejscu. O ile historycy zdawali sobie z tego sprawę już w poprzednim wieku, o tyle dokładne ustalenie miejsca bitwy udało się dopiero w 2009 r. Jest nieco bardziej przesunięte na południe, niż do tej pory sądzono.

Rycerze z innej epoki?

W XVI wieku Europa Zachodnia przeżyła zmierzch rycerstwa. Dawni panowie pól bitewnych ustąpili miejsca nowym formacjom: piechocie uzbrojonej w piki (spisy) i muszkiety, dynamicznie rozwijającej się artylerii oraz odzianym w zbroje kirasjerom którzy strzelali do przeciwnika z nowego wynalazku – pistoletu kołowego. Tymczasem w Polsce epoka rycerstwa trwała w najlepsze. Dosto- sowało się ono znakomicie do zmieniających się warunków pól walki i wciąż zwyciężało. I to w coraz lepszym stylu. Husaria pod Kłuszynem musiała szarżować nie tylko na odzianych w zbroje kirasjerów. Także na piechotę, która – chroniąc się za prze- szkodami (płoty i kobylice) – dysponowała długimi spisami i ręczną bronią palną, z bliskiej odległości zdolną przebić każdą zbroję. Oprócz tego armia rosyjsko-szwedzka uzbrojona była w 15 dział.

Łamanie płotów i pik

 

Jak wielką determinację wykazała husaria pod Kłuszynem, obrazuje sposób atakowania piechoty. W zachodniej Europie uważano, że pika jest bronią, na którą koń nie jest w stanie natrzeć. Naturalny strach rumaka przed nadzianiem się na ostry przedmiot miał dominować nad wolą jego jeźdźca, który go na tę pikę kierował. W tych też czasach zalecano piechocie, aby stawała za różnymi przeszkodami, by szanse na zwycięstwo kawalerii zredukować do zera. Tak też postąpiła piechota pikiniersko-muszkieterska pod Kłuszynem. Zdawałoby się, że rycerstwo polskie nie ma żadnych szans.... Tymczasem husarze piersiami rumaków nacierali na płoty, obalali je i, szarżując dalej, uderzali na piechotę („natarli naszy tak mężnie, że z sobą płoty znieść musieli”). Część koni nadziewała się na piki, łamiąc je. A to wszystko w obliczu nieprzyjaciela, który „ledwo nie w bok muszkiety naszym [husarzom] kładł”.

Skok do historii

W trakcie bitwy nieprawdopodobnego wyczynu dokonała chorągiew husarska Andrzeja Firleja. Jakimś sposobem pokonała kobylice (czyżby je przeskoczyła?) i rozbiła stojących za nimi pikinierów! Moment ten opisał Adam Marchocki, bratanek rotmistrza walczącego pod Kłuszynem: „Tu też między inszymi godzien był wspomnienia dobre- go Pan Jędrzej Firlej i Krzysztof Wasiczyński rotmistrze, albowiem za kobylicami przy swym obozie wszystka piechota cudzoziemska stała, w sprawie [w szyku] cali; mianowicie spiśnik. Dlatego tam przyszedłszy Pan Firlej ze swą chorągwią całą jeszcze, bo insi wszystkie kopie [postradali] ok[rzyknę]li się [...] mężnie się o nie uderzywszy”. Husarz Samuel Hutor Szymanowski pisał:

Długo snadź będzie każdy to w pamięci chował
Moskal, czego tam zacny Firlej dokazował.
Przezeń pierwszy moskiewskiej kłuszyńska wygrana
Potrzeba, barzo ciężka i niespodziewana,
Gdzie jak w ogień z usarską wpadł chorągwią swoją
Na twardego śpisznika odzianego zbroją,
Którego rozerwawszy, gdy mu szyki zmeli,
Wnet i drugie chorągwie oń się uderzyły
I wygrali potrzebę dość niespodziewaną,
Przez zacnego Firleja wprzód kredensowaną.
Który lubo w świebodnej na ten czas młodości
Jeszcze kwitnął, lecz pełen męstwa i dzielności.

Pokonanie kobylic i przełamanie broniących je pikinierów jest wydarzeniem bez precedensu w historii wojen. Była to w stanie uczynić tylko...

Skrzydlata jazda

Trzon armii polskiej pod Kłuszynem, bo aż 3 na 4 żołnierzy, stanowili husarze – noszący zbroje kopijnicy. Używali kopii znacznie dłuższych (do 6,2 m) niż dawni rycerze. To  pozwalało im nacierać nawet na pikinierów z długimi (do 6 m) spisami. Husarze najbardziej znani są z noszenia skrzydeł. Warto podkreślić, że kolejnym mitem jest, że używano ich tylko na paradach. W rzeczywistości robiono to także i w boju, na co są wiarygodne świadectwa. W epoce bitwy kłuszyńskiej skrzydeł nie noszono na plecach, lecz troczono je przy siodłach. Na plecy husarze zarzucali skóry drapieżników (tygrysów, lampartów, lwów, gepardów, wilków i niedźwiedzi) oraz barwne kilimy. Z kolei do kopii mocowali długie, powiewające na wietrze proporce. Tak skrzydła, jak i skóry oraz proporce miały jeden podstawowy cel: płoszyć, nieprzyzwyczajone do takiego widoku, konie nieprzyjaciela.


Skrzydlata jazda wyróżniała się czymś jeszcze na tle dawnego rycerstwa. Część husarzy malowała swoje konie. Zwyczaj ten nazywano „farbowaniem w bród”, zapewne dlatego, że tak pomalowany rumak wyglądał, jakby w bród przekroczył rzekę. Czerwoną rzekę. Do farbowania używano bowiem wywaru brezylii czerwonej z ałunem. Husaria była bez wątpienia najlepszą jazdą ówczesnego świata. W Europie nie miała sobie równych, o czym świadczy szereg starć z różnorodnym przeciwnikiem. Tak ze Wschodu, jak i z Zachodu. Tak z Północy, jak i z Południa. Tak z piechotą, jak i z jazdą. A jak to wyglądało na świecie?

Zaprawiona w bojach kawaleria samurajów, postawiona w bitwie pod Nagashino w 1575 r. w analogicznej sytuacji (konieczność szarżowania na nieprzyjaciela, używającego broni palnej i długich pik, chronionego przez bambusowe płoty) – skapitulowała. I to mimo układu sił znacznie korzystniejszego dla niej niż dla husarzy pod Kłuszynem! Nie bez powodu husarze byli niesłychanie pewni siebie. Z XVII w. pochodzi pewna anegdota, przekazana nam przez francuskiego dworzanina Jana III Sobieskiego. Pisał: „Historia Polski obejmuje szczegół, że gdy pewien król pragnął się cofnąć przed nieprzyjacielem, następującym nań z przemagającą siłą, husarze przeszkodzili temu, oświadczywszy wyniośle, że nie ma powodu obawiać się, kiedy jest pod ich osłoną, gdyż jeżeliby niebiosa zapaść się miały, toby je podtrzymano na ostrzach kopii”.

Samospełniająca się przepowiednia?

Z takimi to ludźmi ruszył Stanisław Żółkiewski na nieprzyjaciela, którego uważano za kilkunastokrotnie liczniejszego od sił własnych. I decyzja ta nie wywołała żadnego sprzeciwu jego rycerzy. Nie tylko jakość żołnierzy, którymi dysponował hetman, skłoniła go do tak ryzykownej decyzji. Jego prawnuk (Jan Sobieski) po latach pisał o swoim pradziadku: „jeszcze w młodym wieku przejeżdżając wieś pewną, Świńczą zwaną, pod Rzeszowem, […] tam mu jakaś stara białogłowa, odwiódłszy go na stronę, a przypatrując mu się pilnie – wszystkie jego szczęścia i śmierć opowiedzieć miała. Słyszeliśmy to nieraz z ust tych, którzy pod ten czas żyli, a byli domowymi i familiares jego”. Może więc to przepowiednia staruszki wpłynęła na decyzję hetmana o zaatakowaniu nieprzyjaciela pomimo tak kolosalnej dysproporcji sił?

Słaby opór Moskali

Uczciwie trzeba jednak przyznać, że nie cała armia przeciwnika była tak wysokiej jakości, jak armia szwedzka. Wojsko rosyjskie nie stanowiło naówczas wielkiego wyzwania dla Polaków. Choć ceniono je za niesłychanie twardy opór, stawiany w obronie umocnień, o tyle w otwartym polu, w obliczu husarii, nie miało wielkich szans. Mimo więc olbrzymiej przewagi liczebnej, którą dysponowało, „naszym, którzy na moskiewskie hufy przyszli, łacniejsza była sprawa, bo Moskwa [tak zwano Rosjan] nie strzymała razu [uderzenia], jęli uciekać, nasi gonić”. Rosjanie uciekli do swojego obozu, pozostawiając na pastwę losu sojuszników, którzy dzielnie stawiali opór Polakom. To właśnie przeciwko nim, a nie jak do tej pory uważano – przeciwko Moskalom musiała husaria szarżować aż po 8, a nawet 10 razy.

Morderczy wysiłek

 

Rycerze Żółkiewskiego opuścili swój obóz i wyruszyli na Kłuszyn jeszcze przed zmrokiem 3 lipca. Maszerowali całą noc, przybywając na pole bitwy o świcie 4 lipca. W kilkugodzinnej bitwie z wypoczętym przeciwnikiem (Szwedzi i Rosjanie nocowali w obozach, pod które podeszło wojsko koronne) musieli szarżować po kilka razy. Brali też udział w pościgach za nieprzyjacielem. W ich trakcie niektóre chorągwie zapędzały się aż 20 km od pola bitwy. Po czym, jeszcze tego samego dnia, Polacy powrócili do własnego obozu, oddalonego w linii prostej o około 27 km od pola bitwy. Łącznie niektóre roty przebyły nawet 120 km! I dokonała tego kawaleria nosząca na karku zbroje, w lipcowy dzień (i noc). Zaiste morderczy wysiłek tak dla ludzi, jak i koni. Nic dziwnego, że jeden z husarzy napisał później: „siły ustawały […] konie też już na poły zemdlone mając, bo od świtania dnia letniego, aże po obiad godzin 5 pewną z nimi bez przystanku czyniąc, już i siłę, z ochotą zegnali, nad naturę ludzką robiąc”.

Kłuszyńskiej potrzeby owoc

Bitwa, czyli jak ją w XVII w. zwano – „potrzeba” pod Kłuszynem, otworzyła wojskom Rzeczypospolitej drogę na Kreml. Rzeczpospolita Królestwa Polskiego i Wielkiego Księstwa Litewskiego była u szczytu powodzenia. Królewicz polski Władysław Waza został obrany carem Rosji. Wojska Rzeczypospolitej wkroczyły do Moskwy i pozostały tam przez dwa kolejne lata. I to wszystko kosztem życia zaledwie ok. 80 husarzy, którzy polegli w kłuszyńskiej „potrzebie”. Główny cel tej wojny – Smoleńsk – zdobyto i zwrócono Litwinom w 1611 r. Siedem lat później zakończono tę wojnę. Smoleńsk po- został w rękach litewskich, a tytuł cara w rękach Władysława Wazy.

Owoce bitwy kłuszyńskiej były jednak nie tylko natury politycznej. Pamięć tego zwycięstwa od dawna zagrzewała Polaków i Litwinów do walki z wielokrotnie liczniejszym wrogiem. Już w 1654 r., gdy potężna armia rosyjska najechała Wielkie Księstwo, a nieliczna armia litewska miała stawić jej czoło, przypomniano jej zwycięstwo pod Kłuszynem. Pamięć tej bitwy szczególnie mocno trwała w rodzinie hetmana Żółkiewskiego. Jego prawnukiem po kądzieli był Jan Sobieski, który wychowywał się w kulcie swojego bitnego pradziada. Jak sam notował: „Ci tedy rodzice nasi […] wprawowali nas z młodu, abyśmy nie byli degeneres przodków swych, wystawując nam na oczy, jeszcze w dziecinnym będąc wieku, wielką sławę ich, ochotę i odwagę na zaszczyt kościoła i ojczyzny, kazawszy nas zaraz z abecadłem tego wiersza uczyć z nagrobku pradziada naszego [Stanisława Żółkiewskiego] – o quam dulce et decorum est pro patria mori [o jak słodko i zaszczytnie jest umierać za ojczyznę]”.Sobieski, będąc już królem, z dumą wspominał bitwę kłuszyńską i rolę, którą w niej odegrał jego sławny przodek. Do bitwy i jej wodza, ku pokrzepieniu serc, wracały też ujarzmione pokolenia Polaków w XIX w. Mimo to nigdy nie zdobyła sobie tego miejsca w zbiorowej świadomości społeczeństwa polskiego, co bitwy pod Grunwaldem czy Wiedniem. A szkoda, bo jak mało która, ta na nią w pełni zasługuje.