Myszy jako broń pojawiły się w Starym Testamencie. Najpierw za sprawą Mojżesza Jahwe ukarał Egipcjan ich plagą. Potem zaatakowały one Filistynów, którzy zabrali Izraelitom Arkę Przymierza – dodatkowo ukarani zostali wtedy jeszcze wrzodami na pośladkach. Ale prawdziwą karierę gryzonie zrobiły w średniowieczu. Myszy zyskały wówczas miano najbardziej odstraszającego środka przeciwko łamaniu praw boskich i ludzkich. O ile grom z jasnego nieba zadawał śmierć natychmiast, o tyle stado gryzoni, najpierw prześladujące, a na koniec pożerające żywcem winowajcę, stanowiło okrutny sposób karania. Dlatego w europejskich kronikach roiło się dosłownie i w przenośni od mysich stad, które na lądzie i morzu – zawsze skutecznie – wymierzały zasłużoną karę grzesznikowi.

ZA OTRUCIE STRYJÓW


Polska legenda o królu Popielu (noszącym z racji rzadkich włosów przezwisko Chościsko od słowa chost/chwost, czyli ogon), za karę zjedzonym przez myszy, po raz pierwszy pojawiła się u Galla Anonima. „Powiadają też starcy sędziwi – pisał w pierwszej polskiej kronice – że ów Popiel wypędzony z królestwa, tak wielkie cierpiał prześladowanie od myszy, iż z tego powodu przewieziony został przez swoje otoczenie na wyspę, gdzie tak długo w drewnianej wieży broniono go przed owymi rozwścieczonymi zwierzętami, które tam przypływały, aż opuszczony przez wszystkich dla zabójczego smrodu [unoszącego się z] mnóstwa pobitych [myszy] zginął śmiercią najhaniebniejszą, bo zagryziony przez [te] potwory”.

Sporo miejsca temu tragicznemu wydarzeniu poświęcił ponad trzy wieki później Jan Długosz. Nie tylko szczegółowo przedstawił przyczynę inwazji myszy, ale ponadto wskazał główną winowajczynię. Według niego bezpośrednim powodem było wytrucie przez żonę Popiela wszystkich stryjów tego władcy. Małżonka miała na imię Rycheza i pochodziła z Niemiec. Zupełnie tak samo jak królowa Rycheza, żona Mieszka II, którą Jan Długosz – nie bez racji – obwiniał za całe zło, jakie nawiedziło Polskę za panowania tego króla.

Starsza, Popielowa Rycheza, obmyśliła pewien podły spisek – namówiła męża do zaproszenia do zamku w Gnieźnie stryjów i ich otrucia. Sama przygotowała truciznę, dolaną do miodu. Zgładzonych krewniaków króla, dla większego pohańbienia, nie pogrzebano, lecz ciała ich wrzucono do Gopła. I tam właśnie, w jeziorze, w miesiąc po uczcie, z owych ciał wylęgły się stada drapieżnych gryzoni, które zaatakowały zamek. Resztę już znamy.

PASTORAŁ WE KRWI

 

Pierwszym oficjalnie odnotowanym Europejczykiem, którego spotkała kara boska w postaci myszy, był pewien niemiecki rycerz. Jak wynika z kroniki Thietmara, w 1012 r. rycerz ów siłą uszczuplił dobra kościoła św. Klemensa. Dlatego pewnego dnia został w swej sypialni zaatakowany przez wściekłe stado. Z początku próbował się bronić za pomocą kija, potem sięgnął po miecz. Gryzoni było tak wiele, że musiał salwować się ucieczką. Kazał swoim sługom zamknąć się w wieży i tam czekał na agresorów. Obrona trwała krótko i rycerz, grabieżca kościelnego mienia, poniósł zasłużoną karę.

W XII wieku historię te powtórzył inny znany niemiecki kronikarz, Annalista Saxo, który dodatkowo zlokalizował zagrabione przez rycerza dobra kościelne. Znajdowały się one w Bodenfelde nad Wezerą. Ten sam kronikarz, w relacji dotyczącej roku 1026, wspomina mimochodem, że brat żony cesarza Konrada, komes Bernard, miał córkę Idę, którą wydał za rycerza Henryka z Laufen, przy czym ten z kolei został zaatakowany i zagryziony przez myszy.

Ale na tych przypadkach nie kończyły się ataki żarłocznych gryzoni w Niemczech. W innej kronice, klasztoru w Ebersheim, również w opisie roku 1026 możemy przeczytać dramatyczną historię biskupa Alewika. Biskup ten, oburzony niezgodnym z jego życzeniem wyborem opata w jego diecezji, wtargnął na czele sług do klasztoru, zabrał z niego święte księgi, szaty i naczynia, a przy okazji także opróżnił cały klasztorny skarbiec.

Wkrótce biskup Alewik zachorował na podagrę. Prawie przez cały rok leżał w łóżku. Pewnego dnia w sypialni pojawiły się dziwnie wyglądające myszy, które odtąd obgryzały mu palce u nóg i rąk. Przerażony i okrutnie cierpiący biskup nakazał nawet zawiesić swoje łoże na sznurach podwieszonych do powały, ale to nic nie pomogło. Zmarł w męczarniach, ciągle atakowany przez żarłoczne gryzonie.

Inna niemiecka opowieść traktuje o złym biskupie Moguncji Hattonie. Spisana pierwotnie w drugiej połowie XIV wieku, została spopularyzowana przez braci Grimm. Otóż hierarcha ten w czasie wielkiego głodu – prawdopodobnie na początku X wieku – zamiast wesprzeć swoimi zapasami poddanych, zebrał wszystkich biedaków z okolicy w dużej szopie, zamknął ją i kazał podpalić. Kara boska za taki postępek mogła być tylko jedna – dopadło go stado żarłocznych myszy. Uciekając przed nimi, Hatton schronił się na wyspie na Renie koło Bingen, w wieży zwanej do dzisiaj Mysią. Ale i tam gryzonie dopadły i pożarły okrutnego biskupa.

Kolejny podobny przypadek wydarzył się w Strasburgu. Otóż tamtejszy biskup Widerolf podobno źle obszedł się z relikwiami świętej Attalii przechowywanymi w klasztorze św. Stefana. Za karę zaatakowały go myszy. Przerażony biskup schronił się na statku, ale i tam dopadły go gryzonie. Istnieje również wersja mówiąca, że zrozpaczony hierarcha skoczył do wody, przypłynął na ląd i wyznał winy, gorąco przepraszając świętą. Jego skrucha została przyjęta.

Myszy harcowały nie tylko w Niemczech. W Danii znana jest legenda o jarlu Asbjornie, odpowiedzialnym za śmierć króla św. Kanuta. Owego jarla-królobójcę napadły za karę wielkie szczury. Próbował się przed nimi schronić najpierw na strychu swego domu, a potem na statku, którym wypłynął w morze. Jednakże szczury dopadły go i tam, oczywiście zagryzając.

Przenieśmy się jeszcze na Wyspy Brytyjskie. W „Gesta regum Anglorum” William z Malmesbury opisuje przypadek śmierci jednego z przeciwników cesarza Henryka IV. W trakcie uczty we własnym zamku, owego rycerza opadła nagle chmara myszy. Wszyscy współbiesiadnicy próbowali go bronić. Rycerza udało się przetransportować do łódki, która wypłynęła w morze. Myszy dopłynęły jednak do łodzi i zaczęły przegryzać jej burty. Rycerz nie miał szans... Historia ta trafiła nawet – za pośrednictwem Marcina z Opawy – do „Roczników Małopolskich”.

MYSZY LUBIĄ ŁYSYCH


Wydawałoby się, że jedna mysia egzekucja wystarczy w polskiej historii. Tymczasem nie, choć ta druga nie była już ani tak głośna, ani spektakularna jak wyrok wykonany na Popielu. Tym razem okrutny mysi posiłek zapisany został w „Roczniku Świętokrzyskim” pod rokiem 1238. Sprawa dotyczyła księcia Mieszka, syna Konrada Mazowieckiego – tak samo jak Popiel, także z racji rzadkich włosów, przezwanego Chościszko. Został on podczas uczty zaatakowany przez hordy myszy, przed którymi nikt z obecnych nie umiał go uratować. Opis tego, co miało miejsce na dworze księcia Mieszka, bardzo przypomina wydarzenie, znane ze wspomnianego dzieła Williama z Malmesbury. Z pominięciem tylko ucieczki łodzią na morze. Na Mazowszu było to rzeczywiście niemożliwe. Ale nie to każe krytycznie patrzeć na ten przekaz. Jak ustalił bowiem historyk Oswald Balzer w „Genealogii Piastów”, Mieszko Kondratowic, zwany Chościszko, w chwili śmierci miał 8 lub 9 lat i nie był księciem kujawskim. Czyżby zatem myszom wystarczyło to, że z pechowym Popielem łączył go... fatalny stan owłosienia?