Pielęgniarka w „beznumerkowej” przychodni chce wywołać do gabinetu kolejną osobę. Wie, że zmieniły się przepisy, więc żeby nie naruszyć danych osobowych pacjentów, rozgląda się po zgromadzonych i pyta: Kto z państwa z grzybicą? Ten, może nienajwyższych lotów żart, dobrze oddaje niezdarne próby ominięcia absurdów dnia codziennego, związanych z przestrzeganiem granic prywatności. Komplikacje wynikają z tego, że te granice są wciąż płynne, a niektóre dopiero w trakcie ustalania. Najdotkliwiej odczuwamy to w miejscu pracy, gdzie z powodu rozwoju technologii jesteśmy wciąż „na widelcu”.

Stąd dylematy: czy jeśli zza biurka rezerwuję przez internet bilety do kina, to naruszam interes pracodawcy? Czy przełożony ma prawo bez uprzedzenia zajrzeć do korespondencji na służbowym serwerze? Kiedy może odsłuchać rozmowy ze służbowego telefonu? A jeśli wyłączę aparat podczas wakacji, to czy narażę się na zarzuty? Zresztą, jakie wakacje i jaka prywatność, skoro nie sposób zerwać się z elektronicznej smyczy?

OBOWIĄZKI – TAK, ALE ŻYCIE OSOBISTE TEŻ SIĘ LICZY

„W sensie potocznym prywatność w miejscu pracy rozumiana jest jako ochrona danych osobowych (adresu domowego, numeru telefonu, fotografi), godności osoby oraz dóbr osobistych, w tym tajemnicy korespondencji” – tłumaczy Maciej Chrabonszczewski z Katedry Filozofii Kolegium Ekonomiczno-Społecznego SGH na łamach pisma „Prakseologia”. Dodaje, że chodzi także o prywatność rozmów prowadzonych z telefonów służbowych, zgodnie z orzecznictwem Europejskiego Trybunału Praw Człowieka. A jeśli telefonów, to także komunikatorów.

Prześledźmy to na przykładzie stosunkowo świeżej sprawy Bogdana Mihaia Bărbulescu, ponieważ wyrok Wielkiej Izby Trybunału w sprawie rumuńskiego inżyniera można traktować jako zalecenie ustawodawcze dla państw Rady Europy. Bărbulescu został zwolniony w 2007 roku za naruszenie przepisów – w frmie obowiązywał całkowity zakaz korzystania ze służbowych sprzętów do celów osobistych. Wcześniej, na życzenie pracodawcy, założył konto komunikatora internetowego, za którego pośrednictwem odpowiadał na pytania klientów. W połowie lipca 2007 roku wylądował „na dywaniku”. Dowiedział się, że przez ostatnie dwa tygodnie konto było monitorowane, a on używał go nie tylko do celów zawodowych. Zaprzeczył, ale wydruk korespondencji z bratem i narzeczoną świadczył o czym innym.

Przyczyna zwolnienia: „naruszenie wewnętrznych regulacji obowiązujących w spółce, zakazujących korzystania z zasobów spółki w celach osobistych”. Bărbulescu zaskarżył pracodawcę, argumentując, że zostało złamane jego prawo do korespondencji z naruszeniem konstytucji i kodeksu karnego, ale w rumuńskim sądzie przegrał. Nie pozwolono mu także powołać świadków, którzy mieli potwierdzić, że firma nie doznała szkody na skutek frywolnych (zawierały treści seksualne) wiadomości do narzeczonej. Sprawa poszła dalej, do Trybunału Strasburskiego i toczyła się aż do września 2017 roku, do momentu gdy Wielka Izba Trybunału stwierdziła, że nie da się „całkowicie ukrócić w miejscu pracy prywatnego życia pracownika”. Owszem, ograniczenia są dopuszczalne, ale należy zachować równowagę pomiędzy interesem frmy a prawem pracownika do ochrony sfery prywatnej. Zwłaszcza że „w latach swojej aktywności zawodowej większość ludzi posiada znaczne, jeśli nie największe, możliwości rozwijania związków ze światem zewnętrznym”.