Dzień zapowiadał się pogod­ny i - jak mawiają Anglosasi - interes szedł jak zwykle. Dokładnie zaś rzecz ujmując - szła karawana mrówek. Lo­dowcem Khumbu w górę najsłynniejszej doli­ny Himalajów, po najczęściej na świecie opisy­wanym jęzorze lodu, wolno poruszał się sznur tragarzy w stronę Mount Everestu. Około 50 tragarzy wysokogórskich, w Nepalu zwa­nych HAP (od ang. high altitude porter), kro­czyło w górę, wyszukując trasę przez lodowiec. Ich zadaniem było wyznaczyć szlak, którym będą poruszały się liczne grupy wspinaczy gotowych spróbować swoich sił na Evereście. Mieli założyć liny poręczowe i przerzucić długie aluminiowe drabiny nad szczelinami głęboko wciętymi w lodowiec, tworząc z nich lekkie mosty dla pieszych. Przede wszystkim jednak mieli na swoich plecach i barkach prze­nieść w górę tony sprzętu w stronę kolejnych obozów założonych na zboczach sąsiadujących ze sobą ośmiotysięczników: Lhotse i Everestu. W wielkich pakach, beczkach i plecakach nieś­li namioty, żywność, kuchenki, butle z tlenem i śpiwory dla swoich klientów. A także pęki grubych lin potrzebnych do zamocowania poręczy na wyższych fragmentach Góry Gór..

Ruszyli w górę w tak dużej grupie, ponie­waż musieli się przygotować na przyjście nie­małej fali wspinaczy. Od kiedy ponad pół wieku temu pierwsi ludzie stanęli na szczycie tej naj­wyższej góry zwanej Czomolungmą lub Sagarmathą, a która przez brytyjskich mierniczych, ku czci szefa kolonialnych geodetów, nazwana została Górą Everesta, liczba śmiałków chcą­cych powtórzyć wyczyn sir Edmunda Hillarego rosła lawinowo. Były lata, gdy w krótkim oknie pogodowym szczyt próbowało zdobyć nawet kilkaset osób. W sumie na wierzchołku stanęło kilka tysięcy wspinaczy. Około dwie i pół setki nigdy nie wróciło w doliny - zamarzli z wyczer­pania lub spadli w przepaść. Niedawno prasę obiegły zdjęcia prawdziwych wycieczek idących na Everest - grupy chętnych powiązanych li­nami tworzyły niekończącą się kolejkę ludzi gotowych na wszystko, by spełnić marzenie o szczycie świata. Ludzi, którzy bez Szerpów nigdy tak wysoko by nie zaszli.

Prawdziwi himalaiści przyjeżdżają do Nepa­lu, Tybetu czy Pakistanu perfekcyjnie przygoto­wani do wspinaczki. Są gotowi kondycyjnie, mają za sobą lata doświadczeń w niższych górach jak Alpy, Kaukaz czy Andy. Pokonane setki długich, wielodniowych dróg na Alasce i przetrenowane sytuacje awaryjne, takie jak wycofywanie się w czasie złej pogody czy niespodziewany nocleg w jamie śnieżnej. Czują góry i żyją nimi. Jednak na Everest, z racji jego prymatu nad innymi gó­rami i relatywnie małych trudności technicznych, przyjeżdżają grupy ludzi przygotowanych słabiej. I to im właśnie pomagają Szerpowie. Pomaga­ją oczywiście za pieniądze - mając perfekcyjnie zaadaptowane organizmy, wynajmują się do no­szenia bagaży. Jak opisywał Jon Krakauer w książ­ce „Wszystko za Everest”, część Szerpów wręcz wciąga na szczyt swoich podopiecznych, a potem sprowadza bezpiecznie w doliny, by zainkasować premię za osiągnięcie magicznego wierzchołka.

Ofiary lawiny

Tego dnia Szerpowie ruszyli z bagażami nocą. Przy błękitnej poświacie księżyca i przy skąpych światłach latarek wolno i z rozwagą po­suwali się ku górze. Drogę dla klientów trzeba odbudowywać każdego roku. Poruszający się lód, śnieg i lawiny niszczą ją niemal w każdym sezonie. Swoją pracę Szerpowie wolą więc wykonywać nocą, choć wtedy temperatura jest najniższa – w Himalajach nawet latem może spaść i do –30°C, jednak dla Nepalczyków to nic nadzwyczajnego. Najważniejsze, że wtedy lód jest najbardziej stabilny. Gdy rankiem zaczyna świecić słońce i lód wokół się topi, robi się niebezpiecznie. A na lodowcu Khumbu niemal wszystko zależy od jednego wielkiego seraka wi­szącego wysoko nad lewą częścią lodowca. Serak to gigantyczna bryła wieloletniego lodu. Twar­dego, wypiętrzającego się pod wpływem ześli­zgujących się z góry miliardów ton spadającego rok w rok śniegu. Wielu wspinaczy widziało ten serak i wiedziało, jakim może być zagrożeniem. Pięć lat temu Himalayan Experience, jedna z firm wprowadzających z użyciem Szerpów klientów na Everest, odwołała wyprawy wła­śnie z obawy o stabilność tego seraka. Wkrótce urwało się z niego kilka brył lodu, które, tocząc się w dół, o włos minęły grupę kilkunastu wspi­naczy. Tragedia była tuż-tuż...

Wielu wspinaczy, przewodników i samych Szerpów spodziewało się kiedyś większej la­winy, spowodowanej przez ten serak, jednak to, co zdarzyło się 18 kwietnia 2014 roku, za­skoczyło wszystkich. O godzinie 6.45 rano od seraka oderwała się bryła i potoczyła w dół lo­dowca Khumbu. Krakauer powiedział potem, że była wielkości rezydencji w Beverly Hills! Idący w górę lodowca Szerpowie zamarli, gdy usłyszeli potężny huk. Czasu na ucieczkę praktycznie nie mieli. Tocząca się z prędkością przekraczającą zapewne 100 km/godz. w dół lodowca bryła niszczyła wszystko na swej drodze i rozpadała się na mniejsze fragmenty, z których każdy pociągał za sobą inne.

To wszystko utworzyło gigantycz­ną lawinę, o jakiej nie wspominały annały himalaizmu. Gdy ściana śnie­gu i lodu wysoka prawdopodobnie na 80-100 metrów uderzyła w krzątają­cych się Szerpów, mogli liczyć tylko na szczęście. W mgnieniu oka lawi­na pogrzebała 25 tragarzy. Gdy huk ucichł, pozostali przy życiu rzucili się do poszukiwań. Spod zwałów śniegu i lodu wydostali dziewięć osób. Nie­których w stanie krytycznym, niedotlenionych, odmrożonych, połamanych.

Ale żywych. Przez następne kilka dni wydobywano już tylko ciała. W sumie trzynaście. Gdy serak zagroził ponownie, wy­pluwając kolejne serie lodowych bomb, poszu­kiwania przerwano. Trzech Szerpów zostało pod śniegiem na zawsze. Był to najtragiczniej­szy wypadek w historii wspinaczki na Everest. Jednak przez media wieść o tragedii przemknę­ła szybko. Dlaczego? Ponieważ w lawinie nie zginął żaden obcokrajowiec.

 
 

Ludzie ze wschodu

Szerpowie to jedna z kilkudziesięciu grup społecznych żyjących w położonym u pod­nóża Himalajów królestwie Nepalu. Nepalscy Thakali są znani jako właściciele wielu hote­li i firm turystycznych, Gurungowie zdobyli sławę jako waleczni żołnierze w kolonialnych brytyjskich oddziałach Gurkhów, natomiast Szerpowie wyspecjalizowali się w pracy z tu­rystami. Rzecz jasna nie tylko oni pracują na stokach Everestu czy Annapurny, jednak mają tak przytłaczającą przewagę w tym biznesie, że od lat wszyscy himalajscy tragarze wysokogór­scy (a bywa, że i w Karakorum) są po prostu nazywani szerpami.

Do Nepalu przywędrowali ze wschodnie­go Tybetu, przez jedną z wysokich przełęczy w głównej grani Himalajów - prawdopodob­nie przez Nangpala w okolicy ośmiotysięcznika Czo Oju. Antropolodzy i historycy ba­dający ludy Nepalu wciąż nie mają pewności, kiedy nastąpiła ta wysokogórska migracja. Ścierają się dwie koncepcje, według których stało się to 600 lat temu lub 300-400 lat temu. Wiadomo za to na pewno, że przybysze z Ty­betu osiedlili się w rejonie zwanym Khumbu (tak jak słynny lodowiec pod Everestem) i że z czasem zaczęto nazywać ich Szerpami, co po tybetańsku oznacza „ludzie ze wschodu”. Region Khumbu wkrótce stał się za mały dla przedsiębiorczych Szerpów, ruszyli więc na zachód Nepalu, poruszając się tradycyjnym szlakiem, jakim wędrowały karawany hand­lujące solą wydobywaną z wysychających górskich słonych jezior. Według legendy w czasie czterech dużych fal takiej migracji powstały cztery wielkie szerpańskie klany, które do dziś dnia podzieliły się na około 20 mniejszych. W sumie w Nepalu żyje niemal 150 tys. Szerpów. Oczekuje się, że młodzi mężczyźni będą szukać żony w innym klanie niż swój. Choć Szerpo­wie są buddystami, zdarza się wśród nich wielożeństwo oraz wielomęstwo (poliandria) - gdy kobieta poślubia kilku braci lub kuzynów.

Oszustka na Everście

Lawina, która w 2014 r. zabita 16 Szerpów na stokach Everestu wstrzymała na jakiś czas napływ wspinaczy. Sami Szerpowie też zastrajkowali, żądając m.in. ubezpieczeń i emerytur. Nic jednak nie trwa wiecznie, zaledwie miesiąc po tragedii niejaka Wang Jing, bizneswoman z Chin, absolutnie zmotywowana, by zdobyć Mount Everest, stanęła u stóp lodowca Khumbu. Nie chcąc narażać się na niewygody i zagrożenia związane z jego przekraczaniem, pokonała go... śmigłowcem! Maszyna wysadziła ją na wysokości 7000 m, skąd kobieta ruszyła w towarzystwie pięciu Szerpów. Osiągnęła szczyt Everestu, jednak środowisko wspinaczkowe uznało jej wy­czyn za „oszustwo”.

Stworzeni do zdobywania szczytów

Długo nie rozumiano jednak, na czym konkretnie - od strony biolo­gicznej - polega przystosowanie Szerpów do życia na większych wy­sokościach. Podejrzewano, że mają więcej hemoglobiny we krwi, a więc i cząsteczek przenoszących tlen, jed­nak ta hipoteza się nie potwierdziła. Ba! Badania udowodniły nawet, że Szerpowie mieszkający w górach mieli mniej hemoglobiny... niż ich kuzyni z nizin! Dopie­ro niedawno, po kolejnych badaniach pro­wadzonych w Himalajach przez Chińczyków i Amerykanów, okazało się, że dzięki pięciu genom, wyglądającym nieco inaczej u Szer­pów niż u większości z nas, krew tych twar­dych górali jest nieco rzadsza, a więc może płynąć szybciej i bez zbędnych oporów przez naczynia krwionośne. A to wystarcza, by byli nie do pobicia w górach.

Zanim ludzie Zachodu zaczęli penetrować Himalaje, Szerpowie wyspecjalizowali się w ho­dowli jaków, używanych jako zwierzęta jucz­ne, dające także mleko i wełnę. Hodowla tych zwierząt mocno wpłynęła na sposób budowania tradycyjnych kamiennych domostw Szerpów - kilka-kilkadziesiąt jaków zajmuje parter, zaś rodzina mieszka piętro nad nimi.

Najbardziej nawet wytrzymałe zwierzęta znoszące bez trudu zimno i dużą wysokość nad poziom morza (a co za tym idzie - niską zawartość tlenu w po­wietrzu) nie zapewniają jednak dostatku, gdy łąki przez lwią część roku pokrywają śnie­gi. Dlatego Szerpowie szukają innych źródeł zarobku, jak uprawa roli, handel czy przede wszyst­kim - turystyka.

Już pierwszych wysokogórskich Szerpowie byli zatrudniani do po­mocy. W wyprawie zakończonej zdobyciem wierzchołka Everestu w 1953 roku wzięło udział aż 362 tragarzy wysokogórskich! Dzisiaj bez nich nie obejdzie się niemal żadna ekspe­dycja. Ich permanentna aklimatyzacja do życia na dużej wysokości jest po prostu bezcenna. Można ich wynająć przed wyjazdem, przez wyspecjalizowane agencje z Katmandu, które załatwiają też wszelkie niezbędne zezwolenia, albo na miejscu. Jak opowiadają bywalcy Ne­palu, przed lotniskiem w Lukli zawsze kłębi się tłum Szerpów walczących o pracę.

 

„Z pomocy Szerpów korzystają nie tylko wspinacze. My także często wynajmujemy ich, gdy organizujemy trekkingi w rejonie Everestu” - opowiadają Katarzyna i Andrzej Ma­zurkiewiczowie, przewodnicy trekkingowi po Himalajach. „Kiedy idziemy z grupą, oni noszą bagaże, torują drogę, jeśli spadnie śnieg, często również gotują. Są świetnie przygotowani fi­zycznie i odporni na zmiany temperatur. Tylko pozazdrościć!”.

Zbigniew Skierski, prezes Klubu Wysoko­górskiego Warszawa, opowiada, że zazwyczaj Szerpowie są nastawieni pokojowo i przyjacielsko. „Zdarzało mi się bywać zapraszanym do ich domów, gdzie ciepło i życzliwie gościli mnie tym, co mieli. Jednak i ich cierpliwość bywa wystawiana na próbę” - opowiada. „W 1988 r. pod Makalu umówiliśmy się z Szer­pami, że idziemy z karawaną do bazy. Jednak nie zrozumieliśmy się dokładnie, do której bazy, a pod ośmiotysięcznikiem Makalu są trzy. Zakończyli więc pracę i złożyli bagaże w najbliższej - zwanej Makalu Hotel. Tymcza­sem za nią jest jeszcze miejsce zwane Hillary Base Camp, a jeszcze dalej to, o które nam chodziło - Kukuczka Base Camp. Doszło do pyskówki. Nie chciałem zapłacić, bo nie dotar­liśmy do celu. Szerpowie otoczyli mnie wtedy ciasnym kręgiem i zaczęli wygrażać kijami. Jeden zamachnął się na mnie siekierą, która zatrzymała się centymetry od mojej głowy. Jednak ani drgnąłem i nie ustąpiłem - chyba dlatego, że poczułem, iż spłynął na mnie ro­dzaj jakiegoś niebiańskiego spokoju. Ustąpili i po chwili ustaliliśmy, jak to zrobić, by wy­prawa dotarła do celu” - wspomina Skierski.

Góra komercji

W tamtych czasach Szerpowie zarabia­li 1-1,5 dolara dziennie. Dziś gra idzie o dużo większe stawki. Szerpowie asystujący w noszeniu bagaży nie­dzielnym wspinaczom na Evereście zarabiają ponad sto dolarów za pomoc w wy­prawie. Ci, którzy indywidualnie opiekują się wspinaczami powyżej bazy - kilka razy więcej. Do tego dochodzą premie - za przekroczenie bariery 8000 metrów i za szczęśliwe wprowa­dzenie klienta na szczyt. Stawki różnią się bardzo w zależności od doświadczenia i Szerpy, i wspi­nacza. Jednak wedle wielu relacji dobry tragarz i przewodnik może zarobić rocznie kwotę pięciu i więcej tysięcy dolarów. To ośmiokrotność rocz­nej średniej pensji w Nepalu.

Nic więc dziwnego, że na wszelkie próby „wyrugowania” z wysokogórskiego biznesu Szerpowie reagują alergicznie. Tak jak wio­sną 2013 roku, kiedy pod Everestem pojawił się Szwajcar Ueli Steck, Włoch Simone Moro i brytyjski fotograf John Griffith. Ci jedni z naj­lepszych alpinistów świata poruszali się w ścia­nie bardzo szybko, sprawnie i... kompletnie bez pomocy Szerpów. Atmosfera była więc napięta. Wystarczył jeden drobny pretekst - himalaiści strącili na Szerpów okruchy lodu - by Nepalczycy ruszyli do bójki. Na wysokości 6400 me­trów n.p.m. w ruch poszły pięści i kamienie. Europejczycy w mig zwinęli obóz i wyjecha­li z komentarzem, że pod Everestem króluje już teraz komercja, a prawdziwe osiągnięcia himalajskie tylko przeszkadzają Szerpom we wprowadzaniu turystów hurtem na szczyt.