Mój jedenastoletni syn mieszka teraz ze mną. Razem z synem mojej dziewczyny założyli spółę, która w kwadrans zrujnowała ład wypracowany przez lata starokawalerstwa. Niemniej, o tym pisać nie zamierzam. Będzie o szkole.

Z racji tego, że wcześniej Julek mieszkał na drugim końcu Polski, temat edukacji średnio mnie dotyczył. Zaglądałem do dziennika elektronicznego i to wszystko. Szkoła w moim życiu wybuchła z siłą pocisku przeciwpancernego.

Zapisałem Julka na etykę

Nawet nie dlatego, że inni rodzice poruszali dużo zawiłych spraw, które można by załatwić w mailu. Po prostu usiadłem w ławce, na niskim krzesełku i dotarło do mnie, że chwilę temu też tak siedziałem, a na wywiadówki chodził mój ojciec. Kawał czasu przeminął w błysku. Tato rok temu umarł. Ja też nie jestem nieśmiertelny. Za czterdzieści lat Julek pójdzie do szkoły w sprawie swojego syna, a mnie już nie będzie.

Zaraz oczywiście zaczęły się schody. Zapisałem Julka na etykę. Tu byliśmy wyjątkowo zgodni z jego mamą. Zgłosiłem to w sekretariacie i jeszcze poszedłem do wychowawcy. Powiedział, że nie ma problemu, bo w klasie są dzieci, które już chodzą na etykę. Niestety. Tydzień później Julek powiedział, że był na religii, umiejscowionej, a jakże, w środku zajęć. Poleciałem do wychowawcy z awanturą, a on pouczył mnie, że powinienem złożyć odpowiednie pismo w sekretariacie. Czemu nie powiedział tego za pierwszym razem? Co z dziećmi, które niby na tę etykę chodzą?

Polsce prawem jest Wola Boża

Sporządziłem to nieszczęsne pismo. Wnioskowałem nie tylko o lekcje etyki dla syna, ale też przesunięcie religii na początek lub koniec zajęć. Powołałem się nawet na konstytucję, której teraz wszyscy bronią i jeszcze jakieś rozporządzenie Ministra Edukacji. Mógłbym dodać do tego dwie tony dzienników ustaw, efekt byłby ten sam czyli żaden. Jak wiemy, w  Polsce prawem jest Wola Boża i na swoje pismo nie dostałem odpowiedzi do dziś. Los Julka i jego etyki pozostaje, póki co nieznany.

Co z tą religią? Czemu musi być w środku zajęć? W sekretariacie powiedzieli mi, że mam rację, ale oni z tym nie mogą nic zrobić. Jeden z rodziców, w najgłębszym zaufaniu, zdradził powód takiego a nie innego ułożenia planu lekcji. Otóż, tylko o tej porze ksiądz jest władny stawić się w szkole. Odpowiedziałem, że najlepiej dla nas wszystkich byłoby, gdyby został na plebanii. Rodzic zrobił wielkie oczy.

Siedział w szkole od ósmej do piętnastej

Są i inne historie. Odrabiałem lekcje z synkiem mojej dziewczyny. Siedział w szkole od ósmej do piętnastej. Płakał, histeryzował. Po prostu nie miał siły i wcale mu się nie dziwię. W końcu zapytał, po co jest to zadanie domowe. Czemu nie mogli zrobić wszystkiego w szkole, gdzie spędził siedem godzin? Nie znalazłem wychowawczej odpowiedzi, bo takiej po prostu nie ma. Odpowiedziałem, że zadanie domowe jest pozbawione jakiegokolwiek sensu, ale życie polega także na robieniu rzeczy bezsensownych. Dlatego tak trudno je kochać. Młody jakoś to przełknął i odrobiliśmy lekcje.

Opowieści z trzeciej ręki nie sposób zliczyć. W naszej szkole wymyślono na przykład, że rodzice mają iść z dziećmi na basen, będący częścią wychowania fizycznego. Rodzicom, którzy próbowali na to wierzgnąć kazano rozplanować urlopy. Dobrze, że mnie tam nie było. Kazałbym jej spieprzać po czepek w podskokach.

Niby tym autyzmem miała pozarażać?

Czytam o siódmoklasistach tak obłożonych nauką, że chirurg obskakujący siedem szpitali ma więcej czasu dla siebie. Na co dzień stykam się z dyskryminacją ze względu na miejsce pochodzenia (poślijcie dziecko ze wsi do szkoły w mieście wojewódzkim, a dowiecie się co mam na myśl), odmienny temperament, czy nawet niezawinione ułomności. Przyjaciel niedawno opowiadał mi, że w podstawówce do której chodzą jego dzieci rodzice sprzeciwili się przyjęciu dziewczynki z autyzmem. Niby tym autyzmem miała pozarażać? Mój nieboszczyk ojciec miał receptę na takich ludzi: walić w mordę i patrzeć czy równo puchnie. Innej rady nie ma.