25 listopada 1990 roku. Niedziela. Późny wieczór. Pałacyk przy ulicy Foksal w Warszawie. Własność rządu. Tu zwolennicy premiera Tadeusza Mazowieckiego czekają na wyniki pierwszych w powojennej Polsce powszechnych, demokratycznych wyborów prezydenckich. Dziesięć dni przed wyborami na zadane przez CBOS pytanie: „Na kogo głosowałby Pan/Pani, gdyby wybory odbyły się w najbliższą niedzielę?” 30, 5 proc. Polaków odpowiedziało – na Wałęsę, 20,6 – na Mazowieckiego, 12,6 – na Tymińskiego. Gdy po zamknięciu lokali wyborczych telewizja państwowa podała wyniki „infasu”, czyli niemieckiej firmy pytającej przed lokalami wyborczymi, jak Polacy głosowali, mało kto na Foksal chciał wierzyć w to, co widzi. Lech Wałęsa 39,96 proc. głosów, Stanisław Tymiński 23,1 proc., Tadeusz Mazowiecki 18,08 proc., Włodzimierz Cimoszewicz 9,21 proc., Roman Bartoszcze 7,15 proc., Leszek Moczulski 2,50 proc. Niesamowity szok. Rzeczniczka prasowa rządu Małgorzata Niezabitowska przyjmuje kondolencje. Wicemarszałek senatu Zofia Kuratowska z wypiekami na twarzy mówi o Tymińskim: „To polityczny Kaszpirowski!”. Aleksander Małachowski wieszczy, że partia niezadowolonych, która głosowała na Tymińskiego, za rok internuje Wałęsę w Belwederze. Z pokoju obok słychać muzykę, kelnerzy wnoszą kanapki. Choć telewizorów jest w  pałacyku na Foksal kilka, to telewizja tylko jedna. Państwowa. Istnieje wciąż komunistyczny twór o  nazwie Komitet ds. Radia i Telewizji, którego prezesem jest Andrzej Drawicz. Powołał go na to stanowisko przegrany w wyścigu do prezydenckiego fotela, ale wciąż urzędujący premier Tadeusz Mazowiecki. Mimo takiego wpływu na telewizję kampania Mazowieckiego była słaba. Premier przed kamerą niewyraźnie bąkał, zastanawiał się nad każdym zdaniem. Śmiech budził spot wyborczy pokazujący premiera na spacerze w Łazienkach. Widać na nim było otaczających go oficerów BOR. Jednym słowem – zamiast zamierzonego efektu pokazania kandydata jako zwykłego człowieka – uzyskano obraz oderwanego od codzienności smutnego urzędasa. Otoczenie Mazowieckiego nie do końca zdawało sobie sprawę, jak potężną bronią w walce wyborczej jest telewizja. Za to świetnie rozumiał to Tymiński, mieszkający na stałe w Kanadzie. Zdawał sobie sprawę, że w telewizji ważniejsze niż słowa są obraz i muzyka. Jego sztab pokazywał zdjęcia z wieców wyborczych. Rozentuzjazmowane tłumy wielbiące kandydata. Okrzyki: „Polsce potrzebna jest świeża krew!”, ktoś podający dziecko kandydatowi – takie obrazki wklejono do spotów Tymińskiego. Najgorzej wypadł w telewizji Moczulski, który skrzeczącym głosem wyrecytował widzom swój program. Konsekwencją była jego całkowita przegrana. 

Stanisław Tymiński to 42-letni polonus. Mieszkał w Kanadzie i w Peru. Wraz z żoną Graciellą był właścicielem peruwiańskiej telewizji kablowej. Według amerykańskiego korespondenta „Gazety Wyborczej”  telewizja ta kradła programy za pomocą anteny satelitarnej. Obrzydzano zresztą kandydata na prezydenta na wiele sposobów. Adam Michnik na posiedzeniu Obywatelskiego Klubu Parlamentarnego nazywał go „indiańskim mesjaszem i hochsztaplerem”, przytaczano uzyskane z biura paszportowego informacje, że przyjeżdżał do Polski przez rządzony przez Kaddafiego Trypolis, stolicę światowego terroryzmu.

W  1990 roku wiece wyborcze  były całkowitą nowością. Ci, którzy dziś oburzają się na brutalizację życia politycznego, widocznie nie uczestniczyli w wiecu wyborczym Tymińskiego w Hali Gwardii w Warszawie (na ścianie wciąż wisiała reklama Peweksu). Na wiec przyszedł tłum biednie ubranych ludzi. Czapki uszanki ze sztucznego futra i ortalionowe kurtki. Taki PRL-owski sznyt. Wystąpienie Tymińskiego non stop przerywano. Zwolennicy Lecha Wałęsy krzyczeli: „Do Peru!”, „Kiszczak z tobą!”, „KGB!”, „Prowokator!”. „Doswidania!”, „Targowica ’90”, „Gdzie wtedy byłeś? W Trypolisie!”, „Oddaj polski paszport”, „Uciekaj póki czas!”.