Nie chodzi wyłącznie o samopoczucie, bo coraz więcej wskazuje na to, że aktywność artystyczna może realnie wpływać na tempo starzenia organizmu — i to w stopniu porównywalnym do aktywności fizycznej.
Nie tylko dla artystycznych dusz
W badaniu przeanalizowano dane oraz próbki krwi około 3500 dorosłych osób z Wielkiej Brytanii. Naukowcy wykorzystali tzw. zegary epigenetyczne, czyli narzędzia pozwalające określić biologiczny wiek organizmu na podstawie zmian zachodzących w DNA. Wyniki okazały się naprawdę ciekawe. Osoby regularnie obcujące ze sztuką starzały się średnio o około 4% wolniej niż osoby, które nie angażowały się w podobne aktywności. W praktyce oznacza to biologiczny „zysk” rzędu mniej więcej jednego roku. I co ważne — korzyści zauważono nie tylko u osób tworzących, ale również u tych, które po prostu regularnie uczestniczyły w kulturze.
Mowa tutaj o chodzeniu do teatru, na koncerty, wizyty w muzeach, jak również taniec, śpiew, malowanie czy zwykłe kreatywne hobby. To wszystko zaczyna być postrzegane nie jako luksus czy strata czasu, ale jako realny element dbania o zdrowie.
Wiem, że może to brzmieć dla niektórych abstrakcyjnie, jednak z punktu widzenia biologii ma wiele sensu. Przewlekły stres przyspiesza procesy zapalne, negatywnie wpływa na układ odpornościowy i może przyczyniać się do szybszego starzenia organizmu. Kreatywność oraz kontakt ze sztuką działają natomiast jak naturalny „hamulec bezpieczeństwa”.
Badacze zauważają, że:
- ekspresja twórcza pomaga regulować emocje,
- aktywności artystyczne obniżają napięcie psychiczne,
- regularny kontakt z kulturą poprawia dobrostan psychiczny,
- a to wszystko przekłada się na biologiczne procesy zachodzące w organizmie.
Właśnie tutaj pojawia się pojęcie wieku biologicznego. Metryka to jedno, ale organizm może starzeć się szybciej lub wolniej w zależności od stylu życia, poziomu stresu, snu, diety czy aktywności. Teraz wygląda na to, że do tej listy trzeba dopisać także sztukę.

To trochę zmienia sposób myślenia o „dbaniu o siebie”
Bo przez lata self-care został mocno zdominowany przez siłownię, suplementy, monitorowanie snu i liczenie kalorii. Tymczasem okazuje się, że równie ważne może być coś znacznie bardziej miękkiego i… ludzkiego. Wieczór z książką, pójście do kina, słuchanie muzyki albo szydełkowanie. Nie dlatego, że „warto się rozwijać”, ale dlatego, że nasz organizm zwyczajnie dobrze na to reaguje.
Coraz częściej mówi się o kulturze jako formie tzw. „interwencji niefarmakologicznej”, czyli sposobie wspierania zdrowia bez leków i bez medycznych procedur. To podejście bardzo do mnie trafia, szczególnie dziś, gdy jesteśmy przebodźcowani, zmęczeni i wiecznie online. Czasem naprawdę łatwo wpaść w myślenie, że odpoczynek musi być „produktywny”, a dbanie o siebie oznacza kolejną checklistę do odhaczenia. Badanie naukowców z University College London przypomina o czymś bardzo prostym – człowiek nie jest stworzony wyłącznie do pracy i optymalizacji. Potrzebujemy emocji, kreatywności i zwykłego doświadczenia piękna bardziej, niż chcielibyśmy przyznać.
Jednak dla mnie najlepsze w tego typu odkryciach jest to, że wdrożenie proponowanych rozwiązań jest proste i często nic nie kosztuje. Jasne, wyjście do kina czy teatru to pieniądze, ale śpiew lub taniec? Można to też połączyć z innymi radami związanymi ze zdrowiem. Powszechnie już wiadomo, że siedzący tryb życia jest dla naszego organizmu mocno destrukcyjny. Dlatego warto robić przerwy i ćwiczenia. A gdyby tak jedną z sesji wymienić na taniec? Nieważne, że nie czujecie rytmu, liczy się dobry kawałek i radość jaką się z tego czerpie. Natomiast wieczorem można odłożyć telefon, przestać scrollować i sięgnąć po książkę lub nawet komiks. Ja dzisiaj czytam kolejny tom Omniscient Reader’s Viewpoint, a wy?
