Na sali jest nas pięćdziesięcioro, najmłodszy chłopak ma 17 lat, najstarszy to 68-letni emerytowany bankowiec. W ciągu trzech godzin szkolenia zapoznajemy się z alfabetem cyfr: zero to koło ratunkowe, jeden to świeczka, dwa to łabędź, trzy – widły, cztery – krzesło, pięć – konik morski, sześć – wisienka, siedem – kosa, osiem – bałwanek, dziewięć – balonik. Przedmioty różnią się kolorami, świeczka jest liliowa, koło ratunkowe seledynowe itd. Następnie łączymy cyfry po dwie, tworząc obrazy, np. 10 to LiS (1 – liliowa świeczka, czyli L i 0 – seledynowe koło ratunkowe, czyli S), 19 to LiPa (liliowa świeczka, czyli L i pomarańczowy balonik, czyli P).

Po godzinnej przerwie każdy z nas podaje jedną cyfrę, w ten sposób na tablicy powstaje ciąg: 87163593746803133487128977154591674209196485656704. Spośród obecnych na sali tylko jedna osoba jest w stanie powtórzyć wszystkie cyfry – nasz mistrz. Mając 15 minut na zapamiętanie szeregu, mozolnie aplikujemy metodę sugestywnych skojarzeń. Myślimy obrazami. Prowadzący zajęcia przekonuje nas, że w miarę ćwiczeń zamiana liczby na obraz i odwrotnie będzie następować automatycznie, podczas słuchania lub czytania.

Po upływie kwadransa jak jeden mąż recytujemy bezbłędnie ciąg cyfr. To proste. Kot o wielkim uchu patrzy na przestępcę, który drażni piórkiem byka ciągnącego karocę, w której siedzi fotograf, który robi zdjęcie lamie, z morza wychodzi kot i zapala fajkę, na dachu elf kłóci się z kurczakiem bijącym żabę, kulawy wilk w barze podaje masło sowie z wąsami, z beczki wychodzi Zorro. Bezsensowna historyjka, ale o wiele prostsza do zapamiętania niż nagie cyfry, prawda?

To dopiero początek – kurs trwa dwa dni, w sumie 18 godzin. Naszym nauczycielem jest 31-letni Włoch Gianni Golfera. Po jednokrotnym przeczytaniu nie tylko jest w stanie powtórzyć bez zająknięcia dziesięciotysięczny ciąg cyfr, ale może odtworzyć wszystkie te liczby również w odwrotnej kolejności. W 2004 r. w prestiżowym „Brain Research Bulletin” napisano, że nauka nie jest w stanie określić granic jego pamięci.

Jestem jak niewierny Tomasz, trudno mi uwierzyć, że jako uczeń miałeś problemy z pamięcią. Na pewno byłeś małym geniuszem, a historię o kłopotach z zapamiętywaniem wymyśliłeś jako chwyt reklamowy.

Rozczaruję cię, ale nie byłem geniuszem. Faktem jest, że w szkole podstawowej nie należałem do orłów, dużo czasu poświęcałem na odrabianie lekcji, po kilka razy czytałem zadane rozdziały, a i tak nie mogłem ich zapamiętać. Gdy miałem 12 lat, zacząłem się poważnie martwić, że coś jest nie w porządku z moją pamięcią. Ponieważ marzyłem, żeby zostać lotnikiem, rodzina powtarzała mi, że muszę się uczyć. Punktem zwrotnym było spotkanie z profesorem Vitalim, który odkrył przede mną „ars memoriae”. To mnie zafascynowało. Powoli, zapoznając się z historią mnemoniki, czytając traktaty o mnemotechnice, zdałem sobie sprawę, jak bardzo ceniona była w przeszłości świetna pamięć. Stanowiła nie tylko powód do chluby, ale nawet ułatwiała karierę: Juliusz Cezar był w stanie dyktować siedem listów jednocześnie, Kwintylian, słynny retor i pedagog, znał imiona wszystkich mieszkańców Rzymu, doskonałą pamięć mieli też: Bonaparte, Mozart, jezuita Mateo Ricci, który nauczył się chińskiego w dwa tygodnie. Simonides z Keos, grecki poeta żyjący na przełomie VI i V wieku przed Chrystusem, był przez Cycerona uznany za prekursora „ars memoriae”, Picó Della Mirandola, włoski filozof, został magistrem w wieku 13 lat, Giordano Bruno…

On, zdaje się, jest twoim guru? Przetłumaczyłeś jego traktat „De umbris idearum”.

Bezsprzecznie, on jest moim mistrzem. Ten dominikański mnich, urodzony w Noli pod Neapolem, słynął z doskonałej pamięci, cytował po hebrajsku psalmy, od pierwszego do ostatniego słowa i odwrotnie – od ostatniego do pierwszego, ale przede wszystkim wierzył, że pamięć można rozwijać poprzez odpowiednie ćwiczenia. Swoją wiedzą na ten temat pragnął się dzielić. Nie możemy zapominać, że w jego czasach zdolność zapamiętywania była niezbędna; on sam jako mnich i jego współbracia musieli do 18. roku życia opanować na pamięć Biblię i mieli na to zaledwie dwa lata! Giordano Bruno kształcił swoją pamięć, korzystając z wydanego w 1491 roku „Phoenix sive artificiosa memoria”, którego autorem był doktor prawa Pietro Tomai. Przez 100 lat był to najbardziej popularny podręcznik mnemotechniczny, jego popularność przygasił dopiero traktat Giordana Bruna „De umbris idearum” opublikowany w Paryżu w 1582 roku. Gdy zetknąłem się z tym tekstem, olśniło mnie. Zacząłem wprowadzać w życie XVI- -wieczną metodę, a rezultaty zadziwiły nawet mnie samego. Postanowiłem rozwinąć i uwspółcześnić tę ideę, aby mogła służyć wszystkim.

Rezultaty, o których mówisz, są rzeczywiście fascynujące, znasz na pamięć 261 traktatów i książek filozoficznych, tysiąc wierszy...

Oczywiście nie nauczyłem się tego w ciągu tygodnia, potrzebowałem ponad 15 lat.

Jak to się dzieje, że nigdy nie zapominasz tego, czego raz się nauczyłeś? Każdy człowiek ma z tym kłopoty, nawet język obcy, który znamy dobrze, a latami nie używamy, idzie w zapomnienie...

To zależy od tego, jak dany tekst się zapamiętało. Istnieją trzy rodzaje pamięci: krótkoterminowa (zapisująca informację na okres od kilku sekund do tygodnia), średnioterminowa (dzięki niej pamiętamy od około dwu tygodni do roku) i długoterminowa (uwiecznia informacje na całe życie). W taki sposób pamiętamy imiona przyjaciół, własny adres, nie tylko obecny, ale i wszystkie poprzednie, nasze pokolenie zawsze będzie pamiętało 11 września 2001 roku, bo są to fakty, które nas emocjonalnie angażują.

A jak wytłumaczysz fakt, że jesteś w stanie po jednym usłyszeniu powtórzyć ciąg dziesięciu tysięcy cyfr, nie tylko od początku do końca, ale i z powrotem? Tu trudno mówić o informacji mającej coś wspólnego z emocjami. Może, po prostu, jesteś jedną z tych osób, które pamiętają absolutnie wszystko, masz fotograficzną pamięć, co jest, jeśli nie chorobą, to już na pewno odstępstwem od normy.

Nie, absolutnie nie mam pamięci fotograficznej. Pamiętam wyłącznie to, co chcę. Przez kilka lat specjaliści z uniwersytetu Vita- -Salute del San Raffaele w Mediolanie wspólnie z naukowcami z bostońskiego Institute of Technology badali mój mózg, aby odkryć, czy moja pamięć ma uwarunkowania genetyczne. Okazało się, że pod względem fizjologicznym mam przeciętny mózg. Prof. Antonio Malgaroli stwierdził, że moja pamięć jest wykształcona, wyedukowana właściwie – czyli w sposób, który umożliwia wykorzystanie nie tylko lewej, tzw. racjonalnej półkuli mózgu, odpowiedzialnej za słowa, zbiory, liczby, kolejność (szkolna koncepcja uczenia się polegająca na czytaniu i powtarzaniu bazuje na pracy tej właśnie połowy naszego mózgu), ale również prawej, czyli tzw. emocjonalnej. To uaktywnienie prawej półkuli stało się podstawą mojego sukcesu, tak jak było u Leonarda da Vinci (przepraszam za to porównanie), który był nie tylko naukowcem, twórcą wielu wynalazków, ale i znakomitym artystą.

Jesteś pewien, że naukowcy właściwie rozpoznali twój przypadek?

San Raffaele w Mediolanie to instytut słynący z badań nad mózgiem, więc z pewnością diagnoza jest słuszna. Można, oczywiście, podać ją w wątpliwość, tak jak to, że Ziemia kulą… Żartuję. Oczywiście, całkowitej gwarancji nie ma, zresztą czy w ogóle istnieje coś takiego jak pewność absolutna? Jedno jest niepodważalne, mogę to poprzeć własnym doświadczeniem – istnieją metody pozwalające każdemu człowiekowi ewidentnie poprawić zdolność zapamiętywania. Pamięć jest sztuką, której można się nauczyć.

Ciekawa jestem jaką pamięć mieli twoi rodzice, dziadkowie?

Z tego co wiem, normalną.

Co robisz, jeśli nie chcesz czegoś zapamiętać?

Nie „włączam” mojego systemu zapamiętywania automatycznie, lecz wtedy gdy chcę coś utrwalić, jeśli to mi sprawia przyjemność. Oczywiście, każdy z nas ma rzeczy, wydarzenia, których wolałby nie pamiętać – mając kontrolę nad procesem zapamiętywania, możemy wybrać to, co pragniemy uwiecznić.

Wiem, że ostatnio brałeś udział w badaniach prowadzonych przez NASA nad pamięcią. Na czym polegała twoja rola?

Tym razem nie byłem królikiem, lecz ekspertem. Doświadczenia prowadzono na 80 astronautach – ich celem było ulepszenie procesu zapamiętywania w warunkach ekstremalnych. Najpierw pokazaliśmy astronautom 100 obrazków – każdy widzieli przez ułamek sekundy. Na każdym były dwa elementy, np. kot i widelec, jabłko i książka itp. Później pokazaliśmy im te same obrazki, na których był tylko jeden element, np. kot. Zadanie polegało na odgadnięciu brakującego składnika. Wszyscy udzielili 40 poprawnych odpowiedzi na 100. Następnie wylosowaliśmy cztery osoby, które uczestniczyły w moim dwudniowym intensywnym kursie. W drugim etapie eksperymentu ponownie poddaliśmy wszystkich 80 mężczyzn tym samym testom, tym razem w nietypowych warunkach, bo bez grawitacji. Co ciekawe, wszyscy osiągnęli ten sam wynik: 40 na 100, jedynie moi czterej uczniowie udzielili 80 poprawnych odpowiedzi na 100. A więc stosując moją metodę, podwoili swoją zdolność zapamiętywania.

To prawda, że będziesz konsultantem w badaniach nad działaniem pamięci na dużych głębokościach? Nurkowie opowiadają o tzw. efekcie szampana, który powoduje, że przekroczywszy pewną barierę głębokości, nie tylko ich pamięć, ale i percepcja oraz zdolność oceny zagrożenia maleją.


Właśnie przygotowujemy się do tych badań. Są nowatorskie, nigdy nikt się czymś takim nie zajmował, nie mogę więc powiedzieć, jakie będą wyniki, czy moja metoda się sprawdzi. Zobaczymy. A swoją drogą, czy to nie dziwne: idąc do księgarni czy biblioteki możemy znaleźć podręczniki obsługi komputera, poradnik o tym, jak uprawiać ogród, książki uczące jazdy na nartach, podręcznik origami, szydełkowania, tresury psa, a tak niewiele jest materiałów dotyczących pamięci, tego, jak ją rozwijać, poprawnie używać. Zdolność zapamiętywania jest niezwykle ważna. Zawsze powtarzam, że jesteśmy tym, co pamiętamy.

Czym zajmujesz się oprócz badań?

Pracuję w trzech sektorach, główny to badania naukowe, ale równie ważne jest dla mnie upowszechnianie wiedzy i doświadczeń – wydałem kilka książek. Mam nawet takie powiedzenie: „kiedy chcę przeczytać dobrą książkę, zasiadam do pisania”. To żart oczywiście, ale nie zmienia postaci rzeczy, że każda moja publikacja rozchodzi się w niezłym nakładzie. Trzeci sektor mojej działalności to kursy. Miałaś okazję poznać uczestników – od młodzieży po emerytów. Wiele osób traktuje ten spory przecież wydatek (dwudniowe szkolenie kosztuje 980 euro) jako inwestycję, która pomoże im w realizacji zamierzeń.

Porozmawiajmy o twojej metodzie. Powiedziałeś, że przy jej opracowaniu sporo zaczerpnąłeś z traktatu Giordana Bruna.

Studiowałem teksty antyczne i chylę głowę przed mistrzami sztuki pamięci, od których wiele się nauczyłem – mam na myśli zwłaszcza Giordana Bruna, którego zasługą było stworzenie systemu, dającego się praktycznie wykorzystać w każdym języku. Powiedziałbym tak – przejąłem bazy klasyczne, ale je uprościłem, wprowadziłem własne elementy – zresztą nieustannie rozwijam metodę Golfery, która jest moją metodą autorską. Jestem jedynym człowiekiem, zajmującym się jej nauczaniem, a także jednym z niewielu, którzy w ogóle trudnią się tą dyscypliną, czy raczej lepiej powiedzieć – sztuką. Moja metoda polega na myśleniu obrazami. To jeden z filarów sztuki zapamiętywania, wynikający bezpośrednio z naszej fizjologii: aż 85 proc. informacji zapamiętujemy dzięki zmysłowi wzroku, tylko 10 proc. poprzez zmysł słuchu, zaledwie 5 proc. zawdzięczamy powonieniu, smakowi, dotykowi.

Podczas wykładu starałeś się przekazać słuchaczom, że w świadomym procesie zapamiętywania, jakim jest np. uczenie się, powinniśmy przekładać docierające do nas informacje na ciąg sugestywnych obrazów, starając się przy tym tak je kreować, aby nas emocjonalnie angażowały, aby dotyczyły nas samych.


To główna zasada. Dlaczego kobiety pamiętają daty urodzin swoich dzieci, nawet jeśli mają ich kilkanaścioro? Dlaczego pamiętamy datę naszego ślubu? Użyteczna w tworzeniu obrazów jest także przesada czy też wyolbrzymienie. Załóżmy, że do pomieszczenia wchodzi stu mężczyzn, w tym jeden bardzo wysoki, albo odwrotnie – liliput, albo ktoś niezwykle otyły. Kogo zapamiętamy? Oczywiście najwyższego, najniższego i grubasa, bo są inni od pozostałych. Następny przykład: jesteśmy na parkingu, z którego wyjeżdżają dwa samochody, zaś kierowcy dwu innych szukają wolnego miejsca. Ile aut potrafilibyśmy opisać? Założę się, że właśnie te cztery – po prostu pamiętamy lepiej to, co się rusza. Jeśli czekamy na przystanku razem z kilkudziesięcioma innymi osobami, wśród których jest dwoje skaczących dzieci i tańcząca kobieta, to zapamiętamy właśnie ich. Nie bez powodu bezruch jest najprostszą formą mimetyzmu. W przekładaniu informacji na obraz pomocne jest też stosowanie skojarzeń raczej dziwnych, zaskakujących – zasadę tę często stosują fachowcy od reklam. Wielu osobom utkwił w głowie taki obrazek: dziecko w czasie burzy pyta rodziców: „Mogę przyjść do waszego łóżka?”. „Możesz”. „A Puffi też może?”. „Może”. Spodziewalibyśmy się, że do łoża wskoczy piesek albo kotek, a tymczasem Puffi to słoń.

Ile czasu na opanowanie twojej metody potrzebuje ktoś, powiedzmy, średnio inteligentny?

Zanim odpowiem na to pytanie, zastanówmy się, czym właściwie jest inteligencja. Według mnie to nic innego jak zdolność rejestrowania, przyjmowania nowych informacji i kojarzenia ich z będącymi już w naszym mózgu. Tak więc, żeby poprawić inteligencję, trzeba poprawić pamięć. Jak to zrobić? Czytanie i powtarzanie do znudzenia to najgorszy sposób zdobywania informacji i każdy to chyba przyzna – monotonnie klepiąc zadany wiersz, żaden uczeń nie stał się bardziej inteligentny. Kreatywne uczenie się to coś zupełnie innego, to niezwykła przygoda. Mam nadzieję, że moja metoda jest wstępem do niej. Moim zdaniem na opanowanie metody Golfery każdy człowiek potrzebuje dwu dni. Potem trzeba ćwiczyć.

Jesteś autorem poradnika „101 rad jak poprawić pamięć”. Piszesz, by pić dużo wody, unikać słodyczy, nie przesadzać z węglowodanami, uczyć się w tych samych porach dnia, mieć porządek na biurku. Czy naprawdę styl życia ma wpływ na naszą pamięć?

Ma ogromny wpływ. Kwintylian, retor rzymski, którego już wspominałem, wprowadził przerwy śródlekcyjne – i miał rację. Jesteśmy w stanie maksymalnie się skoncentrować na tym, co robimy, przez 20 minut. Po 45 minutach nasza koncentracja maleje o 75 proc. i potrzebujemy 10 minut przerwy. Przeprowadzono kiedyś badania, podczas których dwóch mistrzów szachowych zasiadło do gry tuż po obiedzie. Jednemu podano białe mięso i sałatę, drugiemu makaron z sosem i kawałek czekoladowego tortu. Wygrał ten, który zjadł mięso. Po kilku dniach eksperyment powtórzono, ale mężczyznom zamieniono menu. Co ciekawe, i tym razem wygrał gracz uraczony mięsem. Nie znaczy to, że namawiam do mięsnej diety, ale odpowiedni wybór posiłku może mieć znaczenie na przykład przed ważnym egzaminem, wystąpieniem, itd. Wiadomo też, że nie można uczyć się, będąc przejedzonym, ale też nie daje efektów nauka o pustym brzuchu. Uczenie się codziennie mniej więcej o tej samej porze też jest istotne – ponieważ jest to rodzaj sygnału, jaki wysyłamy do mózgu. Porządek na biurku sprawia, że nasza uwaga nie ulega rozproszeniu, łatwiej się skupić.