Choć od tamtych wydarzeń minęło kilkadziesiąt lat, sprawa tzw. wampira z Zagłębia wciąż wywołuje emocje. Czy rzeczywiście był nim Zdzisław Marchwicki? Czy jego brat Jan skończył na stryczku, bo posiadał wiedzę kompromitującą bezpiekę i ówczesne władze? W archiwum IPN natrafiliśmy na nieznane do tej pory dokumenty. Ich lektura jest porażająca.


Pierwsze zabójstwo zostało popełnione 7 listopada 1964 r. nieopodal Katowic. Ofiarą była Anna Mycek, którą znaleziono ze zmasakrowaną od uderzeń głową. Dla milicji było to „zwyczajne morderstwo” – w śląskiej aglomeracji rzecz niemal normalna. Potem jednak dokonano kolejnych, równie brutalnych. W sumie seryjny morderca zabił 21 kobiet.


Ponieważ kryminolodzy stwierdzili u wszystkich podobne obrażenia, w Komendzie Wojewódzkiej milicji w Katowicach powołano grupę śledczą „Anna” do wykrycia sprawcy. Na czele grupy stanął młody ambitny kapitan Jerzy Gruba. Za ujęcie mordercy miał dostać generalskie szlify. Dostał, ale znacznie później. To Gruba bowiem zapisze się w historii jako jeden z pacy katorów strajku górników kopalni Wujek w Katowicach.


Zarządzeniem Komendanta Głównego MO nr 22/66 z 13.10.1966 roku został powołany zespół koordynacyjny, któremu zlecono programowanie działań, zmierzających do ujęcia sprawcy przestępstw objętych sprawą kryptonim „Zagłębie”, oraz nadzór i kontrolę nad tymi działaniami. Szefem zespołu został szef oddziału służby kryminalnej KG MO Warszawa Stanisław Górnicki. Główne kierunki pracy zespołu zostały zaakceptowane na naradzie 17 października 1966 roku, w której uczestniczyli m.in. Generalny Prokurator PRL Kazimierz Kosztirko, wiceminister spraw wewnętrznych Franciszek Szlachcic, komendant główny MO Tadeusz Pietrzak. Ten dokument, do tej pory ściśle tajny, ujawnia skalę poszukiwań zabójcy kobiet.


NA KAŻDYM ROGU STAŁ MILICJANT


Lekarze z Zakładu Medycyny Sądowej Śląskiej Akademii Medycznej wykazali, że morderca uderzał „twardym podłużnym i tępym przedmiotem”. Zabójstwa miały podłoże seksualne. To, że w systemie socjalistycznym pojawił się masowy zabójca, było dla władz i organów ścigania szokiem.


Morderstwa w wielomilionowym skupisku ludzi, jakim był Śląsk, zdarzały się. Nawet kilka dziennie. Kiedy jednak później co kilka miesięcy zaczęto znajdować obnażone martwe kobiety z ogromnymi ranami na głowie, wybuchła psychoza. Gdy w podobny sposób zamordowano trzy kobiety, prokuratorzy i śledczy skojarzyli, że w regionie grasuje seryjny morderca – relacjonuje Wiesław Tomaszek, emerytowany technik kryminalistyczny z grupy „Anna”.


Po latach Tomaszek mówi, że „sprawa Marchwickiego” to było największe śledztwo, w jakim brał udział. – Mężowie odprowadzali żony do pracy, ojcowie czekali na córki po lekcjach. Na każdym rogu w Katowicach stał milicjant. Za ujęcie mordercy wyznaczono astronomiczną wówczas nagrodę miliona złotych – wspomina. Najwięcej kobiet „wampir” – bo tak nazywali go w przekazywanych sobie pełnych grozy opowieściach mieszkańcy Śląska – zabił w 1965 roku. Było ich dziesięć.


Wampir” nie miał określonego typu ofiary – ginęły blondynki, brunetki, grube, chude. Stare i młode. Kiedy w listopadzie 1966 roku została zamordowana 18-letnia Jolanta Gierek, córka przyrodniego brata Edwarda Gierka, który był wówczas I sekretarzem KW PZPR w Katowicach, morderca musiał się znaleźć. Za wszelką cenę.


Jego poszukiwania prowadzono systematycznie. Opracowano model cech fizycznych i psychicznych hipotetycznego przestępcy tego rodzaju. Katalog liczył 483 cechy. Milicyjni wywiadowcy odwiedzili każde mieszkanie w rejonie Będzina. Bezskutecznie. W poszukiwania zabójcy włączyła się SB.


Doktor Jadwiga Kucia, wykładowca Uniwersytetu Śląskiego w Katowicach, była ostatnią ofiarą „wampira”. Zginęła od silnych ciosów w głowę w marcu 1970 roku. Jednak Zdzisława, domniemanego sprawcę, zatrzymano dopiero 6 stycznia 1972 roku. To właśnie za zlecenie zabójstwa dr Jadwigi Kuci zawisł na stryczku Jan Marchwicki, brat „wampira”. Zdzisława skazano za zamordowanie jej i kilkunastu innych kobiet. Henryk, jego młodszy brat, za pomoc w zabójstwie dr Kuci został skazany na 25 lat więzienia. Halina Flak, siostra Marchwickich, dostała 4 lata za to, że wzięła rzeczy pochodzące od zamordowanych kobiet. Jej syna Zdzisława skazano na taką samą karę. Józef Klimczak, kochanek Jana Marchwickiego i autor obciążających całą rodzinę zeznań, dostał wyrok 12 lat więzienia.


Kiedy do aresztu trafił Zdzichu, Jan Marchwicki uruchomił cały sztab swoich znajomości, aby zorientować się, za co aresztowano jego brata. Dotarł nawet do Ministerstwa Sprawiedliwości, gdzie dowiedział się od dawnego studenta, że Zdzisław ma postawiony zarzut zabójstwa kobiety. Odwiedził więc całą rodzinę i kazał zniszczyć wszystko, co jest związane z bratem – każdy kawałek papieru, buty i ubrania – wspomina Tomaszek. 18 września 1974 roku w Klubie Fabrycznym Zakładów Cynkowych „Silesia” w Katowicach odbył się publiczny proces. Decyzja o miejscu procesu (i jak niektórzy sądzą – wyroku) zapadła w Komitecie Wojewódzkim PZPR.


Ludowa sprawiedliwość domagała się ofiar. Rozprawie przewodniczył sędzia Władysław Ochman, razem z nim orzekał również sędzia Andrzej Rembisz i pięciu ławników.


Oskarżał osobiście prokurator Prokuratury Generalnej PRL Józef Gurgul i Zenon Kopiński, zastępca prokuratora wojewódzkiego w Katowicach. W akcie oskarżenia w sprawie „wampira”, podpisanym przez Gurgula i Kopińskiego, Zdzisława Marchwickiego oskarżono o zamordowanie czternastu kobiet i ciężkie zranienie sześciu, które cudem przeżyły. Nie mogło być innego wyroku jak kara śmierci. Bracia Jan i Zdzisław zostali powieszeni w milicyjnym garażu w centrum Katowic. Czy rzeczywiście byli winni?


Emerytowany dziś prokurator Józef Gurgul nie miał żadnych wątpliwości. Jednak poproszony jakiś czas temu przez miesięcznik „Focus Historia” o komentarz do tej sprawy – odmówił.


BEZPIEKA I ŁAPÓWKI


Z dokumentów znalezionych w archiwum IPN w Katowicach wynika, że od 1962 roku Jan Marchwicki był agentem SB ps. „Janusz”. Został zwerbowany przez kapitana Stanisława Wowra z SB w Sosnowcu. Donosił przez kilka lat na księży z parafii św. Jacka w Sosnowcu. W 1963 roku przekazał sześć informacji dotyczących księży z Sosnowca: Grunwalda, Krawca i Czajora. To bezpieka załatwiła mu później pracę kierownika sekretariatu na wydziale prawa. Z jego gabinetu korzystał często oficer SB, który „zabezpieczał” uczelnię. – Jasiu, jak na niego mówili studenci, był znanym homoseksualistą, notowanym przez milicję i SB. Bardzo inteligentny, przebiegły. Uczył się w Niższym Seminarium Duchownym w Poznaniu, a potem przez prawie trzy lata w Wyższym Seminarium w Krakowie. Wyrzucono go stamtąd z powodu jego skłonności. Marchwicki był zarazem „szarą eminencją” Uniwersytetu Śląskiego. Żył ze swoim młodym partnerem Józefem Klimczakiem w Katowicach we własnym mieszkaniu, nieopodal uczelni. Demoralizował studentów, brał łapówki. Miał ku temu wiele okazji, bo był przecież kierownikiem dziekanatu Wydziału Prawa i Administracji na Uniwersytecie Śląskim – wspomina Wiesław Tomaszek.


We wrześniu 1970 roku porucznik Cilecki z gr. IV Wydziału III SB spisał notatkę służbową z rozmowy z TW „Lech”. Agent streszczał rozmowę Ewy Stankiewicz (ówczesnej asystentki na Wydziale Prawa i Administracji) z Janem Marchwickim, dotyczącą mechanizmu brania łapówek za przyjęcia na studia. Z donosu wynika, że Marchwicki kompletował listę tych kandydatów na studia, którzy szukali protekcji. Wybierał dzieci osób zamożnych. Lista była przekazywana dyrektor Karpińskiej, która doręczała ją rektorowi. Protegowany zdawał egzamin pisemny ze wszystkimi. Gdy poszło mu źle, Marchwicki wymieniał w jego teczce pracę złą na dobrą. Gdy z kolei protegowanemu poszło źle na egzaminach ustnych, Marchwicki polecał mu pisać odwołanie do rektora, i taka osoba trafiała na studia z listy rektorskiej. Marchwicki żalił się, że z tego zyskownego interesu dostawał resztki. Nieprawidłowości w przyjęciach kandydatów na studia prawnicze nie stanowiły tajemnicy dla SB co najmniej od 1969 r. Sprawa korupcji nigdy nie została wyjaśniona.


Podczas śledztwa Jan Marchwicki opowiadał o udziale w gigantycznej aferze korupcyjnej na uczelni i jej głównych autorach: „Ob. Aleksander Chmielewski  – pracownik SB – pozostawił mi kartkę z nazwiskami  swoich protegowanych, nie tylko z KW MO. Oczywiście wszyscy zostali przyjęci, ale przez to musiałem dwa nazwiska skreślić z listy Wojewódzkiej Rady Narodowej, a ci kandydaci mieli pierwszeństwo. Wiem, że w tej sprawie wezwał mnie ob. rektor Popiołek, który był u siebie w gabinecie z I sekretarzem KU PZPR, i pytał się, co się stało. Odpowiedziałem, że chodzi o ludzi ob. Chmielewskiego. Rektor nic się nie odezwał i kazał mi iść. […] Jeżeli chodzi o Aleksandra Chmielewskiego, to tutaj muszę dodać, o czym nie chciał pisać w protokole por. Jan Kowalski, że właśnie w czasie, kiedy byłem zabierany na rozmowy do KW MO, pouczał mnie, abym nie poruszał sprawy łapówek i uważał na podpis protokołów – chodziło o to, aby między ostatnim zdaniem protokołu a podpisem nie było miejsca, gdyż przesłuchujący mogą coś niekorzystnego tam dopisać. Tak samo wspominałem, że Aleksander Chmielewski pobrał od syna organisty Skibińskiego 1000 zł na załatwienie węgla i nie załatwił ani nie oddał pieniędzy. Por. Kowalski odparł, że to sprawa prywatna i w protokole tego pisać nie będzie”.


Za przyjęcia na studia Marchwicki wziął w sumie 1,2 mln złotych! Istnieją teorie, według których SB zależało na tym, aby go uciszyć. Aby przestał kompromitować bezpiekę, zaangażowaną w niezwykle wstydliwy i paskudny proceder.


RELACJA OSTATNIEGO Z MARCHWICKICH


Zdzisław Flak odsiedział prawie trzy lata. Jak twierdzi, za kratami znalazł się, bo nie chciał potwierdzić, że był świadkiem rozmowy, podczas której wujkowie planowali zabójstwo kobiety. Flak nie ukrywa, że uważa się za ofiarę „sprawy wampira”. Unika wspomnień. 17 lat temu zmienił nazwisko. Z trudem udaje się namówić go na spotkanie. Jest dobrze zbudowanym, szpakowatym mężczyzną, który nadal boi się fatum, jakie ciąży na jego rodzinie. I przeszłości, od której nie może uciec.


Kiedy w grudniu 1972 roku przyszli po mnie nad ranem milicjanci, nie wiedziałem, o co chodzi, i że właśnie zmienia się całe moje życie – wspomina w rozmowie ze „Śledczym”. – Najpierw była długa rewizja, a potem przewieziono mnie na komendę do Katowic i zaczęły się jeszcze dłuższe przesłuchania. Na początku było grzecznie. W pokoju siedział prokurator Edmund Nakonieczny. Na biurku przed nim maszyna do pisania z wkręconą czystą kartką papieru. Mówił do mnie: „Dzidek, za godzinę wyjdziesz, tylko potwierdź, że byłeś wtedy a wtedy w mieszkaniu Jana Marchwickiego w Katowicach razem z Henrykiem, Zdzisławem i Klimczakiem i usłyszałeś słowa: „Co ty pieprzysz, ona już jest sztywna”. To zdanie pamiętam do dzisiaj, bo przez dwa i pół roku śledztwa wciąż padało. No i potwierdziłem – opowiada Flak. Jednak mówi, że nigdy nie pamiętał, aby do takiego spotkania doszło. – Byłem skołowany tym wszystkim. Dopiero potem dowiedziałem się z akt, że te słowa były zeznaniami Klimczaka, który je potem wycofał – dodaje.


Śledczy za wszelką cenę chcieli uzyskać przyznanie się do winy i obciążenie następnych podejrzanych. Tego wymagali od nich przełożeni.


Różne chwyty stosowali: długie przesłuchania o różnych porach, szpicle w celi, rygor. Kiedyś w czasie spaceru, niby przypadkowo, mogłem zobaczyć Klimczaka. Wobec mnie śledczy byli grzeczni, bo wiedzieli, że byłem porywczy i mogłem coś sobie zrobić. Nie ze wszystkimi byli tak delikatni. Mama mówiła mi, że ją śledczy kpt. Zamkowski przykuwał do kaloryfera, bił i wymuszał zeznania – wspomina Zdzisław Flak, ostatni z żyjących oskarżonych z rodziny Marchwickich. Mężczyzna nie wyklucza, że będzie domagał się kasacji wyroku.


Zdzisława Marchwickiego obciążyła także jego żona Maria. Przesłuchującym ją milicjantom powiedziała krótko, że „był zboczony”. Przedstawiła postać Zdzisława tak sugestywnie, że odpowiadał cechom psychofizycznym sprawcy. Jednak odmienne zdanie na temat Zdzisława Marchwickiego miały jego dwie kochanki. Uczestnicy procesu pamiętają taki dialog pomiędzy Zdzisławem Marchwickim a sędzią Ochmanem:


Marchwicki: „Ja nie chcę już po prostu zeznawać, bo nie mam nic do powiedzenia. Wiele zawiniłem, to na pewno, że tak postąpiłem, tego żałuję, no ale dzisiaj to już za późno”.


Ochman: „No to ostatnie pytanie: oskarżony się przyznaje czy nie?


Marchwicki: „No cóż, że się przyznaję czy nie, Najwyższy Sądzie, cóż to jest za różnica”.


Ochman: „Czy oskarżony jest mordercą?


Marchwicki: „No, z tego, co słyszałem, co się dowiedziałem, no to chyba tak”.


Chyba tak? Wątpliwości co do winy oskarżonych w procesie podnosili nawet milicjanci i prokuratorzy. Głośno wyrażał je między innymi pułkownik Zygmunt Kalisz. Jeden z prokuratorów prowadzących śledztwo w sprawie „Anna” – Leszek Polański po pięciu latach zrezygnował z pracy. Mówił, że „chyba nieszczęśliwy człowiek pada ofiarą”. Wątpiących Jerzy Gruba nie tolerował – bezlitośnie usuwał z grupy „Anna”, co kończyło ich karierę.


Opinie biegłych psychiatrów o „wampirze” zajmują ponad sto stron. Na podstawie ekspertyz Zdzisława Marchwickiego uznano za osobnika o „cechach psychopatycznych”. Wykluczono chorobę psychiczną.


Obszerną opinię psychiatryczną o Zdzisławie Marchwickim wydał amerykański psychiatra dr James A. Brussel. Pomógł on ująć „Dusiciela z Bostonu”. Psychiatra stwierdził, że sprawca opisanych morderstw jest schizofrenikiem typu paranoidalnego. Podał jego wiek – około 40 lat. Sposób zadawania ran narzędziem tępokrawędzistym wskazywał na to, że morderca był mańkutem. W żaden sposób nie wskazywało to na Zdzisława Marchwickiego, który był praworęczny, a za narzędzie zbrodni uznano znaleziony w mieszkaniu pejcz – opowiada Wiesław Tomaszek. Ekspertyzę dr. Brussela utajniono.


15 marca 1970 roku w Sosnowcu niejaki Piotr Olszowy zamordował żonę, dwoje dzieci, po czym podpalił dom i popełnił samobójstwo. Leczył się psychiatrycznie, był schizofrenikiem. Pojawiła się teoria, jakoby to on, a nie Marchwicki, był „wampirem”.


Jednak ponieważ ciało Olszowego było zwęglone, nie można było pobrać odcisków palców. W chwili zamordowania dr Kuci był na imieninach 3 km od miejsca zbrodni, i na chwilę wyszedł. Nigdy nie dowiemy się, w jakim celu...


BEZPIEKA I REAKCYJNY „WAMPIR”


Służba Bezpieczeństwa niezbyt przykładała się do śledztwa w sprawie wielokrotnego zabójcy kobiet. I interesowało ją co innego niż milicję.


Bardziej nam przeszkadzali niż pomagali. Tak naprawdę, to chyba SB nie chodziło o złapanie „wampira”, ale o zbieranie „haków” na ludzi – tłumaczy jeden z milicjantów, który szukał „wampira”. Zachowały się setki meldunków operacyjnych, w których sprawdzano informacje z donosów obywateli. Pisały zdradzane kobiety i opisywały – prawdziwe bądź zmyślone – szczegóły ich pożycia, świadczące o tym, że miały kontakt z potencjalnym „wampirem”. SB sprawdzała także osoby, które pełniły funkcje w obozach koncentracyjnych, służyły w hitlerowskich jednostkach likwidacyjnych. W „Analizie motywu działania sprawcy na podstawie ustaleń śledczych i operacyjnych w sprawie krypt. Anna” z 8 listopada 1968 r. kpt. Jerzy Gruba napisał: „Dlaczego za rejon działania sprawca wybrał Zagłębie? […] W porównaniu do innych regionów kraju, w tym także Śląska, społeczeństwo Zagłębia jest najmniej podatne na propagandę kleru, potępia otwarcie jego polityczne aspiracje. W tej sytuacji czynnikiem, który mógłby podważyć zaufanie tego społeczeństwa do władz, jest wykazanie ich bezsilności” – przekonywał Gruba.


Dzisiaj z oskarżonych w tamtym procesie na pewno żyje tylko Zdzisław Flak. Henryk Marchwicki zginął w niewyjaśnionych okolicznościach w latach 90., kiedy po wyjściu z więzienia zaczął domagać się kasacji wyroku. Podobno spadł ze schodów. Klimczak wyszedł z więzienia i wyjechał. Dokąd? Jedni opowiadają, że do Szwecji, drudzy – że zmienił nie tylko nazwisko, ale i twarz, i mieszka na Podbeskidziu.


Autor: TOMASZ SZYMBORSKI - Dziennikarz TVP SA, reporter śledczy, specjalizuje się w historii najnowszej Polski. Stypendysta Departamentu Stanu USA, laureat Nagrody Watergate SDP w 2003 r.