Mowa o Tamagotchi Ring – najmniejszej, w pełni funkcjonalnej wersji wirtualnego pupila, którą nakłada się bezpośrednio na palec jak biżuterię. I nie, to nie zwykła atrapa czy designerski plastikowy sygnet, ale działający, miniaturowy komputerek z kolorowym ekranem, wewnątrz którego tętni życie kultowego stworka.
Czy kogoś w ogóle zdziwi fakt, że fani rzucili się na ten gadżet w przedsprzedaży tak szybko, że zmusili producenta do zamknięcia pierwotnych zapisów i awaryjnego uruchomienia drugiej tury zamówień? Mnie to kompletnie nie zaskoczyło. Tak samo, jak przed laty, tak i teraz każdy chce mieć swojego wirtualnego pupila, nawet na palcu. Dlatego, choć oficjalną rynkową premierę oraz wysyłkę gotowych egzemplarzy zaplanowano na luty 2027 roku, urządzenia u zagranicznych pośredników wyprzedały się na pniu, mimo narzuconych marż sięgających nawet 80 dolarów.
Inżynieryjny majstersztyk skurczony o połowę
Stworzenie tak mikroskopijnego gadżetu wymagało od inżynierów Bandai ponad dwóch lat intensywnych prac badawczych i całkowitego przeprojektowania architektury sprzętowej. Klasyczne Tamagotchi z 1996 roku mierzyło około 50 milimetrów wysokości. Nowy pierścionek ma zaledwie 28 milimetrów wysokości i 23 milimetry szerokości, co stanowi zaledwie 56 procent objętości oryginału. Całkowita grubość obudowy wraz ze zintegrowaną obrączką wynosi 35 milimetrów.
Do dyspozycji mamy tu kolorowy wyświetlacz LCD o przekątnej zaledwie 0,56 cala – to najmniejszy panel, jaki Bandai kiedykolwiek użyło w swoich urządzeniach. Aby zmieścić elektronikę w tak małym korpusie, zredukowano liczbę komponentów ze 116 (znanych z niedawnego modelu Tamagotchi Paradise) do zaledwie 64 elementów. Całkowicie zrezygnowano ze złącza USB na samej zabawce oraz skomplikowanych układów zabezpieczających port, zastępując je wbudowanym akumulatorkiem i przepiękną, dedykowaną stacją dokującą.

Kiedyś Tamagochi obsługiwało się przyciskami, w tej wersji stały się one jedynie nawiązaniem – trzema kropkami nadrukowanymi pod przednią szybką. Jak więc karmi się i zajmuje stworkiem? Sterowanie odbywa się za pomocą dwóch w pełni funkcjonalnych, fizycznych przełączników umieszczonych na bocznych krawędziach obudowy, dopasowanych kolorystycznie do tylnej części obudowy, by nie rzucały się za bardzo w oczy. Cóż, inżynierowie musieli sporo się nagłówkować, by wszystko się udało.
Jednak pomimo tak drastycznej miniaturyzacji oprogramowanie pozwala na wyhodowanie ponad 30 kultowych postaci znanych z trzech dekad historii marki. W zestawie z pierścionkiem znajduje się dopasowana kolorystycznie stacja ładująca z przezroczystą klapką, która sama w sobie wygląda bardzo dobrze.
Urządzenie zadebiutuje w trzech wariantach estetycznych: perłowo-różowym (Pink & Pearl White), czarno-srebrnym (Black & Metallic Silver) oraz niebiesko-złotym (Light Blue & Metallic Gold). W komplecie znajdują się również specjalne wkładki redukcyjne dopasowujące obrączkę do rozmiarów od 10 do 14 w standardzie japońskim – na to szczególnie uważajcie, jeśli będziecie chcieli zamówić sobie ten gadżet.
Absurd, któremu trudno się oprzeć
Oficjalna cena urządzenia w Japonii wynosi 7700 jenów, co przekłada się na około 180 zł. Z punktu widzenia czystej funkcjonalności mówimy o najbardziej uproszczonej formie rozgrywki, jaka kiedykolwiek trafiła do urządzeń z serii Tamagotchi. Zamiast rozbudowanych minigier czy funkcji społecznościowych znanych z większych modeli, otrzymujemy skondensowane doświadczenie opieki nad cyfrowym życiem zamknięte na palcu.

Tylko, jak widać po wynikach przedsprzedaży, to kompletnie fanom nie przeszkadza. Kolekcjonerzy po prostu muszą mieć to w swojej kolekcji, a reszta zapewne traktuje to jak ciekawy, nostalgiczny gadżet. Pytanie tylko… skoro inżynierom udało się zmieścić kolorowy ekran i pełny system operacyjny w obudowie o wielkości małego sygnetu, to, dlaczego wciąż jest problem ze stworzeniem zgrabnego, estetycznego zegarka z wirtualnym pupilem, który nie wyglądałby na nadgarstku jak wielka, plastikowa busola?
Tak czy inaczej, Bandai trafiło tutaj w punkt. Uwielbiamy nostalgiczne gadżety, zwłaszcza w zupełnie nowym wydaniu. Jasne, to trochę kicz i granie na sentymencie, ale ten segment właśnie na tym zawsze się opierał, więc raczej trudno mieć tu do kogokolwiek zażalenia. Kupujemy? Firmy tworzą. I tak to się kręci.
Źródło:Bandai
