Nowy elektryczny SUV Volkswagena bije konkurencję na głowę. Problem w tym, że trafił tylko do Chin

Volkswagen pokazał nowego elektrycznego SUV-a, który w tabelce potrafi zawstydzić niejednego konkurenta. Zasięg do 730 km, ultraszybkie ładowanie i gabaryty prawdziwego rodzinnego krążownika. Jest tylko jeden haczyk: to samochód szyty na miarę Chin, a reszta świata może co najwyżej popatrzeć.
...
fot. Volkswagen China

Ta premiera jest jednak ciekawa nie dlatego, że ktoś znów obiecuje kosmiczny zasięg. Najbardziej intrygujące jest to, co Volkswagen uznaje dziś za kluczowe, żeby w ogóle liczyć się w najtrudniejszym dla siebie rynku.

Zasięg, ładowanie i liczby, które mają robić wrażenie

Najmocniejszy nagłówek to deklarowany zasięg: do 730 km w chińskim cyklu CLTC, przy dwóch wariantach baterii LFP o pojemności 82,368 kWh oraz 95,04 kWh. Brzmi jak zaproszenie do podróży bez kalkulatora w głowie, ale warto pamiętać, że CLTC jest zwykle bardziej optymistyczny niż WLTP czy EPA. To nadal świetna karta przetargowa, tylko po prostu w innym języku pomiaru.

Do tego dochodzi architektura 800 V i ładowanie przekraczające 300 kW, z obietnicą uzupełnienia energii od 10 do 80 procent w okolicach 20 minut. W praktyce to sygnał: ten model ma nie tylko daleko jechać, ale też szybko wracać do gry po krótkim postoju. Czyli dokładnie to, czego oczekuje się dziś od EV klasy wyższej.

W napędzie stawia się na konkrety: wersja z jednym silnikiem ma 230 kW mocy, a konfiguracja z dwoma motorami dokłada z przodu jednostkę 140 kW. Czyli jest wybór między spokojniejszym tylnym napędem a pełnym AWD dla tych, którzy lubią mieć zapas trakcji i pewność w każdych warunkach.

fot. Volkswagen China

Duży SUV i nowa twarz marki, która ma pasować do Chin

To nie jest kompakt udający rodzinne auto. Mówimy o nadwoziu długości 5000 mm, szerokości 1954 mm i rozstawie osi 3030 mm, czyli rozmiarze, który daje realną przestrzeń, a nie marketingową obietnicę. W sam raz dla segmentu, w którym liczy się wygoda, a nie tylko zwinność w mieście.

Stylistycznie widać, że Volkswagen nie chce tu wyglądać jak samochód zaprojektowany pod Europę i przetłumaczony na rynek azjatycki. Jest bardziej futurystycznie: wąskie pasy świateł, gładki przód bez klasycznej osłony i sylwetka z nutą coupe. To projekt, który ma mówić: jestem nowy, jestem cyfrowy, jestem na czasie.

Co ważne, w tle jest też kontekst całej rodziny ID. UNYX, budowanej pod strategię in China, for China. To nie pojedynczy eksperyment, tylko konsekwentne tworzenie osobnej linii produktów i doświadczeń zakupowych, mocno skrojonych pod lokalnego klienta.

fot. Volkswagen China

Cyfrowy asystent, jazda od parkingu do parkingu i dużo software’u

Najciekawsze rzeczy dzieją się tu w oprogramowaniu. W pakiecie ma pojawić się rozbudowane wsparcie kierowcy opisywane jako L2++, z funkcjami prowadzenia od miejsca parkingowego do miejsca parkingowego w mieście i na drogach szybkiego ruchu. Do tego pełne aktualizacje OTA, czyli samochód ma się zmieniać i poprawiać bez wizyt w serwisie.

Dochodzi także asystent AI oparty o duży model językowy, czyli kolejny element, który dziś staje się obowiązkowy w segmencie nowoczesnych EV w Chinach. W praktyce to nie musi być rewolucja w codziennej jeździe, ale jest to odpowiedź na to, jak szybko rosną oczekiwania dotyczące interfejsu i cyfrowych funkcji w aucie.

Warto też odnotować kulisy techniczne: rozwój ma mieć silny komponent technologii lokalnej, z udziałem rozwiązań wywodzących się od chińskiego partnera, a część danych o aucie wypłynęła z procesu homologacyjnego i rejestracyjnego. To pokazuje, jak bardzo dzisiejsza motoryzacja przypomina branżę smartfonów: sprzęt jest ważny, ale tempo rozwoju software’u i integracja z ekosystemem decydują o odbiorze produktu.

fot. Volkswagen China

Dlaczego ta premiera jest ważniejsza niż fakt, że nie kupimy jej w Europie?

Najbardziej uderza mnie nie sam zasięg, tylko to, że Volkswagen w Chinach przestaje grać bezpiecznie. Ten model wygląda jak deklaracja: nie będziemy już tylko gonić, chcemy w końcu ustawiać poprzeczkę w ładowaniu, elektronice i wrażeniu nowości. A to rynek, na którym bez świeżości i szybkości produktu można zniknąć z radarów w jednym sezonie.

Jest też druga strona. Jeśli coraz więcej modeli powstaje jako lokalne projekty, dopasowane do gustu i tempa jednego kraju, globalna tożsamość marek zacznie się rozmywać. Dla klienta w Europie to może oznaczać mniej emocji i mniej unikalności, bo stylistyka będzie kierowana pod największego odbiorcę, a nie pod tradycję marki.