W lipcu 2010 r. profesja dogoterapeuty trafiła do oficjalnej klasyfikacji zawodów w Polsce. Spotkało się to z protestami wielu naukowców, którzy wskazywali, że brak jest potwierdzenia skuteczności terapii z udziałem psa w badaniach naukowych. Argumentowali, że dogoterapia jest jedną z metod wspomagających terapię, edukację i rehabilitację, jednak nie jest to dyscyplina naukowa. Jej sukces opiera się głównie na charyzmie prowadzących.

„Takie działania mają swoją skuteczność, ale również skutki uboczne. Dopiero poznanie jednych i drugich oraz ich zbilansowanie może być podstawą podjęcia decyzji o terapii. Niestety, reklamy i słodko-entuzjastyczne opisy w prasie popularnej nie zawierają tych informacji. A zagrożeń jest naprawdę wiele” – podkreśla dr Witkowski, wymieniając m.in. pasożyty przenoszone przez zwierzęta i alergię na ich sierść.

 

Terapeutyczni niewolnicy

Istnieje też bardziej mroczna strona zooterapii. „Żywe stworzenie, które również ma swoje emocje, staje się kolejnym narzędziem w zestawie stosowanym przez psychologa w jego systemie terapii” – mówi Amy McCullough z American Humane Association, organizacji walczącej o prawa zwierząt. Jej zdaniem tacy terapeuci są często traktowani jak niewolnicy.

Psy przewodnicy osób niewidomych pomagają ludziom z niepełnosprawnością, ale są związane z jednym człowiekiem i podlegają ochronie prawnej. Zwierzęta terapeutyczne znajdują się w trudniejszej sytuacji, gdyż muszą obcować z dużą liczbą nowych dla siebie osób. U psów bardzo uspołecznionych, budujących złożone relacje społeczne, może to powodować spory stres. Zwierzaki często są wyrywane ze swojego naturalnego środowiska. „Warto przy tym pamiętać, że zupełnie czym innym jest kontakt człowieka z psem, który jest przystosowany do życia w naszym towarzystwie i wręcz go potrzebuje, a czym innym – wykorzystywanie w celach terapeutycznych dzikich stworzeń” – mówi prof. Pisula.

Jaskrawym przykładem takiego nadużycia jest delfinoterapia. Biorące w niej udział zwierzęta podlegają treningowi – tak samo jak delfiny występujące w oceanariach. Przebywają w małych zamkniętych zbiornikach z chlorowaną dla higieny wodą, są narażone na choroby przenoszone przez ludzi. Praca z niepełnosprawnymi dziećmi to dla delfinów taka sama katorga jak wyskakiwanie z wody przed publicznością.

 

Uwaga – pseudonauka!

Brak natomiast rzetelnych dowodów na jakąkolwiek wartość leczniczą kontaktu pacjenta z delfinami. Dotyczy to szczególnie pomysłów takich jak model sonoforetyczny, zgodnie z którym zwierzęta te miałyby wykrywać, a nawet leczyć schorzenia ludzkich narządów wewnętrznych za pomocą emitowanych przez siebie ultradźwięków. W książce „Zakazana psychologia. Tom II” dr Witkowski pisze, że nie ma rzetelnych dowodów na to, jakoby delfinoterapia była skuteczna w przypadku dzieci autystycznych. Może ona natomiast stanowić zagrożenie i dla samych delfinów, i dla ludzi. Te morskie ssaki tylko na zdjęciach wyglądają na uśmiechnięte i łagodne. W rzeczywistości to dzikie stworzenia, które – choć obdarzone dużą inteligencją – bywają też agresywne.

O tym jednak właściciele ośrodków, którzy zarabiają na naiwnych pacjentach, wolą nie wspominać. „Nie jest to metoda tania – w USA 10 sesji to koszt rzędu 5,5 tys. dolarów” – mówi dr Witkowski. Co jakiś czas powraca pomysł zbudowania ośrodka delfinoterapii także w Polsce, ostatnio w podwarszawskim Mszczonowie. Na szczęście – i dla zwierząt, i dla cierpiących dzieci – nic z tego jeszcze nie wyszło.