Francuska dziennikarka ukrywająca się pod pseudonimem Anna Erelle pokonała połowę drogi nazywanej „Szlakiem panien młodych dżihadu”. Nie dotarła do końca, bo stamtąd nie byłoby już powrotu. A ona przygotowywała jedynie reportaż o młodych muzułmankach, ich poglądach, marzeniach, wiedzy o świecie. Chcąc nawiązać z nimi bliższy kontakt, założyła profil na kilku portalach społecznościowych. Udawała świeżo nawróconą na islam nastolatkę o nicku „Melodie”. Dyskutowała z dziewczynami przez rok. I nagle zdarzyło się coś, czego nie przewidziała. Odezwał się do niej mężczyzna Abu Bilel. „Salam alejkum siostro. Widzę, że oglądałaś moje video. Niezła jazda, prawda? Jesteś muzułmanką?” – przedstawił się w sposób typowy dla bojowników Państwa Islamskiego (ISIS).

Faktycznie nim był. Erelle przypomniała sobie oglądane w internecie nagrania przedstawiające brodatego mężczyznę w mundurze, markowych okularach RayBan, z kałasznikowem w ręku i dżipem za plecami. W redakcji ustaliła, że Bilel jest jednym z groźniejszych terrorystów, bliskim współpracownikiem  przywódcy Państwa Islamskiego al-Baghdadiego. Po konsultacji z szefostwem postanowiła kontynuować internetową znajomość. Jej przebieg i efekty opisała w książce „Dans la peau d’une djihadiste” („W skórze dżihadystki”), wydanej w Polsce pod mylącym tytułem „Dżihadystka”.

 

Najlepszy kraj na Ziemi

Erelle miała sporo szczęścia, gdyż z obawy przed tajnymi służbami terroryści rzadko nawiązują osobisty kontakt z nieznajomymi. Zazwyczaj korzystają z pośrednictwa internetowych swatek.

Według Federalnego Urzędu Kontroli Konstytucji (kontrwywiadu) w Niemczech działa kilkanaście siatek werbunkowych. Na ślady podobnych grup natrafiono we Francji, Hiszpanii, Wielkiej Brytanii, Belgii i Holandii. Ich członkowie przeczesują portale, szukając dziewcząt zadających pytania o religię, zagubionych, pragnących zrobić coś dla cierpiących współwyznawców. Łatwym łupem są także nastoletnie czytelniczki internetowych magazynów „Al-Khansaa” czy „Al-Shamikha”, utworzonych specjalnie „dla islamskich bojowniczek”. Obok porad dotyczących mody i urody są w nich peany na cześć dżihadystów i zachęty, by do nich dołączyć.

Sara Khan, założycielka organizacji Inspire walczącej z dyskryminacją muzułmańskich kobiet, porównuje działalność werbowników do czatujących w internecie pedofilów: „Ich ofiary też szukają w sieci przyjaciół, kogoś, kto wysłucha, prześle dobre słowo, skomplementuje, wyzna miłość”. Najbardziej perfidne w tym procederze jest to, że z reguły prowadzą go kobiety. Zaczynają od niewinnych pogawędek, a gdy przynęta chwyci, dokonują „psychologicznego porwania”. Pogłębiają w ofierze poczucie wyobcowania, podważając resztki jej zaufania do szkoły, rodziców, instytucji. Potem podsuwają wizję świata, w którym wszystko wygląda inaczej. Co potwierdzają relacje kobiet już tam żyjących.

Polka w ISIS

Na 3 lata i 9 miesięcy więzienia sąd w Düsseldorfie skazał Karolinę R., która z mężem Faridem S. wyjechała do Syrii i wróciła do Niemiec, by zbierać pieniądze dla terrorystów. Zdążyła przekazać im 11 tys. euro i trzy kamery. Prawdopodobnie  jedną z nich Farid wykorzystał do nakręcenia filmiku pokazującego go przy stosie zwłok w Homs. „Zaszlachtowaliśmy te zwierzęta” – mówi.

Na rozprawie Karolina R. pojawiła się w nikabie. Odmówiła składania zeznań. Niemieccy dziennikarze ustalili, że jej rodzice są katolikami, wyemigrowali z Polski, gdy była dzieckiem. Zamieszkali w Bonn, tam dziewczyna chciała zostać nauczycielką.

W 2011 r. nagle pojawiła się na zajęciach w burce. Nikt nie zapytał dlaczego, jedynie przed egzaminem maturalnym dyrektor kazał jej na moment odsłonić twarz, by potwierdzić tożsamość. Na nagłą przemianę córki nie zareagowali również rodzice. Tymczasem Karolina i jej brat Maksymilian dostali się pod wpływy salafitów – wyznawców radykalnego nurtu islamu. Dziewczyna oznajmiła, że „odnalazła prawdziwego Boga”. Bez wiedzy rodziców wzięła muzułmański ślub z salafitą Faridem; w 2012 r. urodziła syna, wyjechali do Syrii. Karolina z dzieckiem wróciła i w marcu 2014 r. podczas akcji policyjnej przeciw dżihadystom została aresztowana.

Karolina R. została pierwszą polską konwertytką na islam skazaną za terroryzm. Jej brat zginął w Iraku. W trakcie procesu salafici z Niemiec oświadczyli, że dołączyło do nich już wielu polskich imigrantów, więc nadszedł czas, by „ponieść przesłanie Allaha do ich kraju”.

Niemka występująca jako „Muhajirah” (Emigrantka) przekonuje, że wreszcie może być sobą. „Noszę nikab i nikt nie wytyka mnie z tego powodu palcami, nie wyśmiewa. Jesteśmy jak jedna wielka rodzina, która żyje zgodnie z zasadami wiary i honoru” – opowiada w swym wirtualnym dzienniku, wtrącając jakby od niechcenia, „że jest tu wielu bojowników niemających żon i bardzo chciałabym im pomóc”.

Inna emigrantkawerbowniczka „Umm Usmaan” przekonuje: „Nie musimy się o nic troszczyć. ISIS płaci za nasze mieszkania, co miesiąc dostajemy pieniądze i żywność, dużo podróżujemy. Jeśli zostałyśmy żonami, za każde urodzone dziecko otrzymujemy dodatkowe pieniądze. Żaden bezbożny kraj nie daje tyle kobietom”. Internautka o nicku Umm L. już bez ogródek nawołuje: „Wyjedź do Syrii. To najlepszy kraj na Ziemi, bo to kraj Allaha”.

 

Najpiękniejsze anioły

Młode muzułmanki nie mają własnych pieniędzy, nie wolno im także podróżować samotnie. Swatki dżihadu doskonale o tym wiedzą i podsuwają dwa rozwiązania. Oba prowadzące do tego samego celu.

Jeśli wyczują, że dziewczyna jest idealistką, która chciałaby zmieniać świat, proponują, by wyjechała z koleżanką. Zapewniają, że wszystko za nią zorganizują, kupią bilety, na miejscu zapewnią opiekę, a w przyszłości pomogą znaleźć męża. Dziewczynom, które chcą zmienić przede wszystkim własne życie, oferują pomoc w nawiązania kontaktu z mężczyzną szukającym żony. Gdy skorzystają z oferty matrymonialnej, będą mogły – już jako narzeczone – wyjechać na swój ślub bez towarzystwa przyzwoitki.

Antropolożka Dounia Bouzar rozmawiała z rodzicami 150 francuskich nastolatków obu płci, którzy potajemnie uciekli do Syrii lub Iraku. Ustaliła, że najmłodsze, 14, 15letnie dziewczęta opuszczały domy, kierując się szlachetnymi intencjami: by opiekować się osieroconymi dziećmi i rannymi bojownikami. Zapewniano je, że tym będą się zajmować. Motywy starszych dziewczyn stanowiły mieszaninę fantazji o ekscytujących, romantycznych przygodach z przeświadczeniem, że odzyskają dumę i godność, na jaką nie mogą liczyć w pogardzającej nimi Europie.

Blogerki dżihadu umiejętnie wzmacniają te naiwne marzenia. Przekonują, że właśnie teraz powstaje kalifat – doskonałe państwo islamskie, i ci, którzy wezmą udział w jego tworzeniu, przejdą do historii. A jeśli nawet polegną na wojnie z niewiernymi, czeka ich pośmiertna nagroda. O raju, w którym 72 dziewice czekają na szahidów (męczenników za wiarę), słyszał każdy. Ostatnio zaczęto też popularyzować wizję rajskiego szczęścia w wersji kobiecej. Według niej „męczennice” trafią do najwyższej sfery nieba, gdzie staną się najczystszymi aniołami. Tych ziemskich i niebiańskich rozkoszy kobieta nie zazna jednak bez mężczyzny. A on – zapewniają werbowniczki – już na nią czeka.

 

Najtańsza panna młoda

„Zaufaj mi. Jeśli przyjedziesz i zostaniesz moją żoną, będę cię traktował jak księżniczkę” – przeczytała „Melodie” w kolejnym poście Abu Bilela. Dziennikarka odpowiedziała, że musi się zastanowić. Oczywiście nie zamierzała poślubić dżihadysty, ale możliwość dowiedzenia się, jak terroryści przekonują kobiety do wyjazdu w najbardziej niebezpieczny rejon świata, stanowiła wielką pokusę. Po naradzie w redakcji postanowiła kontynuować grę.

Bilel zasypywał ją czułymi słówkami. Gdyby faktycznie była zagubioną nastolatką z muzułmańskiego getta na przedmieściach francuskiego miasta, miałaby nad czym myśleć. Bo wpisy pojawiały się na jej profilu nawet kilkanaście razy dziennie, a dołączane do nich fotografie pobudzały wyobraźnię. Przystojny, brodaty mężczyzna; broń w ręku potwierdzająca, że jest bojownikiem świętej wojny; markowe okulary i zegarek świadczące, że stać go na więcej niż odrobinę luksusu. Czego więcej może pragnąć dorastająca dziewczyna, która po przebudzeniu i przed zaśnięciem czyta, że ten książę z bajki wybrał właśnie ją na towarzyszkę życia?

Nie wiadomo, ilu młodym muzułmankom terroryści składają propozycję matrymonialną osobiście, a ile pośrednicy kuszą zapewnieniami, że mężczyźni na zdjęciach niczego nie pragną bardziej niż ożenku. Często tak jest, bo odwieczna tradycja wymaga, by chłopak zabiegający o dziewczynę zapewnił jej mieszkanie i obdarował upominkami przyszłych teściów. Wielu młodych muzułmanów na to nie stać.

 

W Państwie Islamskim – i jest to jeden z wabików, jakimi przyciąga się do niego samotnych mężczyzn – ten wymóg nie obowiązuje. Kto znajdzie kandydatkę, może się żenić. Przywódcy ISIS rezygnują z tradycji, bo tego wymaga polityka demograficzna. Bez kobiet, które urodzą terrorystom dzieci, kalifat długo nie przetrwa.

Anna Erelle należała do wybranych osobiście przez potencjalnego męża. Bilel już nie tylko obsypywał ją komplementami, ale wyznawał miłość i skarżył się na tęsknotę. Identycznie zachowują się inni dżihadyści, więc rozmarzone, naiwne dziewczyny wierzą, że są kochane. 

 

Najszczęśliwszy  mężczyzna na świecie

Terroryści wiedzą, że są namierzani przez tajne służby i zamiast kandydatki na żonę może do nich przylecieć dron. Zabezpieczają się więc na różne sposoby. Najczęściej tuż przed wyjazdem z dziewczyną kontaktują się werbowniczki  i sprawdzają jej wiarygodność. Abu Bilel zastosował inne rozwiązanie. Zaproponował „Melodie” rozmowę przez Skype’a. Dziennikarka w pierwszym odruchu odmówiła. Miała 28 lat, udawała nastolatkę, bała się zdemaskowania. Zaszła jednak już tak daleko, że żal było się wycofywać. Osłoniła więc hidżabem włosy i część twarzy, nałożyła odmładzający makijaż... „Nosisz hidżab codziennie?” – zapytał zalotnik. Potwierdziła. „Jestem z ciebie dumny. Masz piękną duszę...” – Bilel przez dłuższą chwilę milczał, wpatrywał się w ekran smartfona. Nie dostrzegł niczego podejrzanego i dokończył: „...cała jesteś piękna”. Potem znów zaczął ją namawiać na wyjazd do Syrii: „Wiele kobiet marzy, by być z nami, żołnierzami Allaha”.  Rozwiewał jej obawy przed wojną, tłumacząc, że jako wysokiej rangi dowódca potrafi zapewnić bezpieczeństwo swojej rodzinie.

„Melodie” poprosiła o czas do namysłu. W jednej z następnych rozmów powiedziała, że się zdecydowała, ale chciałaby zabrać ze sobą koleżankę, niespełna 15letnią Jasminę. Nie miał nic przeciwko temu. Pochwalił się, że dowodzi stuosobowym oddziałem i bez trudu znajdzie wśród podwładnych chętnego do poślubienia Jasminy. Jej wiek nie stanowił żadnej przeszkody, bo – jak oznajmił – prawo szariatu pozwala na zawieranie małżeństw już z 14latkami. Dziennikarka udała zadowoloną i uspokojoną. „Jestem najszczęśliwszym człowiekiem na świecie” – napisał terrorysta. Potem przekazywał już szczegółowe informacje dotyczące podróży. Ponieważ wszystkie „szlaki panien młodych dżihadu” zbiegają się w Turcji, również „Melodie” miała przez Amsterdam polecieć do Stambułu.

 

Najtrudniejsza  decyzja dobrej córki

Co roku na lotniskach i dworcach policja zatrzymuje kilkadziesiąt nieletnich muzułmanek wybierających się do ISIS. Są wśród nich dziewczyny z Europy Zachodniej, Kanady, Stanów Zjednoczonych i Rosji.

Rozkochana za pośrednictwem internetu 19-letnia Amerykanka Shannon Conley nie tylko zamierzała wyjechać do Syrii, by wziąć ślub, ale zbierała pieniądze na zakup broni dla terrorystów. Została za to skazana na cztery lata więzienia. Inne nastolatki z reguły odsyłano do domów i obejmowano policyjnym nadzorem. Tak stało się na przykład w styczniu ubiegłego roku z 16-letnią Austriaczką o bośniackich korzeniach, którą ujęto tuż przed wyjazdem z Salzburga. Jej starszą o rok koleżankę wygarnięto z pociągu już na terenie Rumunii. 14-letnia Hiszpanka, której danych personalnych nie ujawniono, zostawiła rodzicom kartkę z informacją „Mamo, tato, żegnajcie. Jadę do raju”. Zatrzymano ją na granicy hiszpańskiej enklawy Ceuta z Marokiem. Towarzysząca jej 19-latka zeznała, że w Maroku miały do nich dołączyć jeszcze trzy dziewczyny, którym pewnie udało się dotrzeć do celu.

Szansa na uratowanie omamionych dziewczyn jest tylko wtedy, gdy rodzice natychmiast powiadomią policję o ich zniknięciu. Jeśli przegapią ten moment, tracą dzieci na zawsze. W 2013 r. zniknęły Zahra i Salma Halane, 16-letnie bliźniaczki z Manchesteru. Po kilku miesiącach przekazały ojcu wiadomość, że przebywają w Syrii i są już mężatkami. Brytyjska policja nie zdążyła też zatrzymać trzech uczennic z renomowanej londyńskiej szkoły Bethnal Green Academy, które w kwietniu ub. r. widziano po raz ostatni na lotnisku w Stambule.

Ucieczce trudno jest zapobiec, gdyż werbownicy uczą dziewczyny, jak uśpić czujność rodziców, i tłumią w nich poczucie winy z powodu porzucenia najbliższych. Przebywająca w Syrii blogerka Umm Layth tłumaczy, że odejście od rodziców to najtrudniejsza decyzja: „Gdy po przekroczeniu granicy po raz pierwszy zatelefonujesz do domu, usłyszysz płacz i błagania o powrót. To będzie ciężka próba, ale nigdy nie zapominaj, że najważniejszym zadaniem, jakie masz do wykonania, jest wspieranie męża w walce o zbudowanie ummy, wspólnoty wiernych”.

 

Najdalsza podróż

Szczegółowe informacje o czasie wyjazdu, trasie, punktach kontaktowych każda „panna młoda dżihadu” otrzymuje indywidualnie. Ogólne rady może znaleźć w internecie. W 2013 r. uciekła z Glasgow do Syrii 19letnia Aqsa Mahmood, absolwentka elitarnej żeńskiej szkoły Craigholm. Dziś prowadzi blog, w którym radzi dziewczynom, co robić, by bez problemów dotrzeć do kalifatu. Radzi im przede wszystkim, by nikomu nie ufały i od początku ukrywały swoje plany. „Jeśli interesujesz się islamem i szukasz na ten temat wiadomości w internecie, nie podłączaj się do domowej sieci WiFi. Jeśli wybierasz się w podróż z koleżanką, powiedz rodzicom, że idziesz do niej. Ona niech powie, że wybiera się do ciebie”. Radzi też, co spakować: długie sukienki, repelenty, ciepłą piżamę, środki przeciwbólowe, kremy przeciwsłoneczne, telefon z systemem Android (każdy inny zostanie odebrany) i prezenty dla przyszłego męża.

„Z pewnością się ucieszy, gdy zobaczy cię w krótkiej kolorowej sukience albo dobrej jakości bieliźnie”.

„Melodie” otrzymała instrukcje bezpośrednio od „narzeczonego”. Miała być miła dla rodziców, w dniu wylotu ubrać się jak zwykła dziewczyna lecąca do Turcji na wakacje, nie zostawić w domu notatek, usunąć z komputera wszystkie wpisy i adresy. W Stambule miała wyrzucić telefon, kupić nowy i dopiero z niego zadzwonić do Bilela. Zrobiła wszystko, co kazał, lecz zamiast koleżanki towarzyszył jej... fotoreporter.

 

Największa pomyłka Bilela

W Stambule miała na nią czekać kobieta, która zorganizuje przejazd przez Turcję. Anna Erelle chciała dotrzeć do granicy z Syrią i dopiero tam zerwać kontakt z terrorystą. Wydarzenia potoczyły się jednak inaczej. Zapewne miały tak wyglądać od początku, a ostrożny Abu Bilel nie zdradził zawczasu prawdziwego planu. Nie miał przecież pewności, czy dziewczyna go nie zdradziła i nie jest śledzona.

Zadzwonił do „Melodie”, by upewnić się, że dotarła na lotnisko w Amsterdamie. „Naprawdę jesteś tam? Nie mogę uwierzyć, że już wkrótce będziesz przy mnie. Kocham cię, moja żono” – wykrzykiwał radośnie. Potem spoważniał, przypomniał, by płaciła tylko gotówką. Znów obsypał ją czułymi słówkami, po czym lekko skonsternowany powiedział, że w Stambule nikt nie będzie na nią czekał. „Podróż samochodem trwałaby dwa dni. To za długo. Kup dwa bilety do Urfy i przyleć z Jasminą samolotem”.

Dziennikarka zrozumiała, że nie pozna żadnego członka sieci werbowników dostarczających kobiety do ISIS. Jednak nie to było najgorsze. Urfa leży tuż przy granicy turecko-syryjskiej, a islamiści czują się tam bardzo pewnie. Gdyby wylądowała na tamtejszym lotnisku, od razu by ją przejęli i nie zdołałaby się już wyrwać z ich rąk. Zaczęła się wycofywać, udając strach przed samodzielną podróżną. Bilel najpierw drażnił jej ambicję, nazywał lwicą, która pokona każdą przeszkodę. Gdy wciąż odmawiała, tłumacząc, że chyba jest śledzona, pokazał swe prawdziwe oblicze. „Zamknij się i rób, co każę” – wrzeszczał.

Przerwała rozmowę, wróciła do Paryża. Bilel w wysyłanych co parę minut postach groził, że mu za to zapłaci, wyzywał od dziwek i suk. Wściekało go to, że został ośmieszony przed kompanami przez kobietę! Takiej zniewagi nie mógł darować.

Dziennikarka zamknęła konto „Melodie” na portalu. Tydzień później, już pod pseudonimem Anna Erelle, opublikowała swój artykuł. Abu Bilel odpowiedział w internecie, że ją dopadnie i zabije. Chociaż prawie nikt nie zna jej prawdziwej tożsamości, musiała zmienić mieszkanie i numer telefonu. Po zamachu na redakcję „Charlie Hebdo” została objęta ochroną policyjną. W wywiadzie dla dziennika „The Guardian” powiedziała, że otrzymała niepotwierdzone informacje o śmierci prześladowcy. Wciąż jednak żyje w strachu, bo nawet jeśli Abu Bilel został zabity, zdążył umieścić w sieci film wzywający „braci z całego świata do zabicia tej kobiety”.

Gdyby „Melodie” dotarła do ostatniej stacji na „szlaku dziewic dżihadu”, nie otworzyłyby się przed nią bramy wymarzonego raju. Odkryłaby, że nie ma tam prądu, brakuje wody, a czuły kochanek ma już trzy inne żony i kilku synów.

Rzadko się zresztą zdarza, by narzeczone od razu stawały na ślubnym kobiercu. Według powołującego się na źródła w niemieckim wywiadzie dziennika „Süddeutsche Zeitung”, kobiety przybywające z Europy najpierw są kierowane do zamkniętych ośrodków, gdzie oswaja się je z drastycznymi regułami obowiązującymi w Państwie Islamskim. Potem przekazuje przyszłym mężom. Niekoniecznie tym, do których przyjechały, bo internetowy flirt to tylko maskarada, której celem jest zwabienie do ISIS.

O ucieczce nie ma mowy. Terroryści to nie naiwni rodzice, których łatwo zmylić. Tareena Shakil, jedna z nielicznych szczęściarek, którym udało się uciec z Syrii, opowiadała dziennikarzom, że gdy odmówiła wyjścia za mąż za nieznanego osobnika, została przez niego ciężko pobita. Ale mogło być gorzej. Jedną z jej koleżanek odtrącony „narzeczony” oddał kolegom z oddziału. Zgwałciło ją trzydziestu mężczyzn. Tak zhańbiona kobieta może odzyskać dobre imię już tylko w jeden sposób – zostając szahidką i ginąc w samobójczym zamachu.

 

W zamkniętych ośrodkach dziewczyny są uprzedzane o skutkach odmowy. Uzbrojone nadzorczynie straszą  przerażone nastolatki, że w razie nieposłuszeństwa zostaną wypatroszone i poćwiartowane. Po takich lekcjach potulnie godzą się z losem. Jako żony dżihadystów muszą się im całkowicie podporządkować, bez pozwolenia nie mogą wyjść z domu, kontaktować się z innymi osobami, telefonować do rodziców. Szczelnie odizolowanych od świata nikt już nie pyta, co czują, czego pragną, o czym marzą. Dlatego ogromną wartość mają takie świadectwa jak relacja kierowcy Foada, który korzystając z zezwolenia na przejazd przez Syrię, spotkał się ze swą 15-letnią siostrą Norą.

Kilka miesięcy wcześniej dziewczyna uciekła z Francji. „Gdy zobaczyła, jak wchodzę do pokoju, wybuchnęła płaczem i rzuciła mi się w ramiona. Była blada i wychudzona” – opowiadał Foad reporterowi Agencji Reutera. Przerażony jej stanem zaproponował, by ukryła się w ciężarówce i wróciła z nim do domu. Nora chwyciła się za głowę, biła nią o ścianę i płacząc powtarzała: „Nie mogę, nie mogę, nie mogę”. Chwilę później w domu pojawili się uzbrojeni mężczyźni. Foad wyjaśnił, że jest jej bratem, więc pozwolili mu odjechać. Telefon Nory natychmiast umilkł i od spotkania w październiku 2014 r. rodzinie nie udało się już nawiązać z nią kontaktu. Bo żona dżihadysty ma milczeć. I rodzić następnych dżihadystów.