Istnieją dowody, że różnice indywidualne w angażowaniu teorii umysłu pojawiają się wcześnie w rozwoju. „Istotną rolę odgrywa umiejętność przełączania się z zadania na zadanie. Myślenie o umysłach innych ludzi wymaga wyparcia, chwilowego wyhamowania myślenia opartego na mojej własnej wizji świata. Lepsze w zadaniach wykorzystujących teorię umysłu są dzieci, które mają starsze rodzeństwo lub urodziły się w rodzinach dwujęzycznych. One łatwiej i wcześniej »włączają« inny program” – wyjaśnia dr Hernik. Co oczywiście nie oznacza, że pierworodni będą zawsze gorsi od dzieci, które przyszły w rodzinie na świat jako drugie. Badania na dużych grupach dowodzą, że istnieją dostrzegalne różnice między nimi, ale nie można na tej podstawie wyciągać wniosków na temat poszczególnych dzieci.

Dorośli rozumieją w miarę dobrze myśli i uczucia innych, ale nauczenie się tego zajmuje im dużo czasu. Psycholodzy opracowali prosty test (tzw. test fałszywych przekonań), by określić, w jakim wieku tę zdolność opanowujemy, a właściwie w jakim wieku ją rozwijamy, gdyż jesteśmy do niej genetycznie zaprogramowani. Oto jak przebiega klasyczny test fałszywych przekonań. Psycholog przedstawia dziecku dwie postacie: Sally i Ann. Dziecko obserwuje, jak Sally kładzie pod poduszkę zabawkę i wychodzi z pokoju. Pod jej nieobecność Ann zabiera lalkę spod poduszki i wkłada ją do pudełka. Teraz psycholog pokazuje dziecku obrazek, na którym Sally ponownie wchodzi do pokoju, i pyta je: jak sądzisz, gdzie według Sally jest zabawka? Dziecko trzyletnie, nawet najbardziej inteligentne, odpowiada najczęściej: w pudełku! Fakt, że inny człowiek może mieć różną wiedzę i przekonania od naszych, jest oczywisty dopiero w wieku czterech lat.

Trucizna w filiżance

W moralnej ocenie postępków innych polegamy również na intuicyjnej umiejętności odczytywania cudzych intencji. A tę rozwijamy około siódmego roku życia. Trzy-, czterolatek wierzy, że dziecko, które przez przypadek zbiło pięć filiżanek, jest bardziej niegrzeczne niż to, które celowo zniszczyło jedną filiżankę. W ubiegłym roku w laboratorium dr Rebeki Saxe badającej teorię umysłu na Massachusetts Institute of Technology przeprowadzono ciekawy eksperyment. Sprawdzano, czy działając przez czaszkę polem magnetycznym na RTPJ, można wpłynąć na ocenę wątpliwego moralnie zachowania. Dwudziestu ochotników sądziło postępek Grace, która myśląc, że wsypuje truciznę, wrzuciła do kawy swojej przyjaciółki cukier. Przyjaciółce oczywiście nic się nie stało. Pytanie: jak należy ocenić działanie Grace? Uczestnicy eksperymentu punktowali to zachowanie w skali od jednego do siedmiu, od zasługującego na potępienie po prawie nieszkodliwe. Po stymulacji mózgu polem magnetycznym bardziej skupiali się na skutkach (przecież nikomu nic się nie stało) niż intencjach (Grace próbowała otruć przyjaciółkę). Rozumowali więc jak małe dziecko.


Teorię umysłu angażujemy zawsze, gdy musimy uznać odmienność innych. Także pracując zawodowo. Jak chociażby policjant w trakcie dochodzenia czy psycholog prowadzący terapię rodzinną. Bycie poczytnym pisarzem, tak jak dobrym strategiem na boisku, także wymaga rozwiniętej teorii umysłu. Jeśli autor wprowadza nadmiernie dużo postaci i gmatwa akcję, to czytelnik za nią nie nadąża, jeśli nadmiernie zuboży świat swojej książki, będzie po prostu nudna. Dobry pisarz czy dramaturg przenosi czytelnika do granic jego poznawczych możliwości, a mimo to dzieło jest zrozumiałe, intryguje i trzyma w napięciu. Właśnie dzięki zastosowaniu teorii umysłu odróżniamy żart od kłamstwa, rozumiemy metafory i ironię. Tyle że w życiu codziennym w trudnych chwilach nie wystarcza intuicyjne poznanie. Brak wymiany informacji wprost zafałszowuje obraz sytuacji i drugiego człowieka. I wtedy – jak przechodnie na schodach ruchomych – rozjeżdżamy się w przeciwnych kierunkach.