Boimy się mnóstwa rzeczy, a najbardziej przeraża nas to, co nieznane. Nic dziwnego – ewolucja przez całe wieki dbała o to, byśmy trzymali się swojej grupy, stada czy plemienia, a unikali obcych niebezpieczeństw. Obecnie sytuacja zmieniła się, o innych nacjach wiemy więcej niż o sąsiadach z mieszkania obok, ale stary mechanizm pozostał. A trudno znaleźć dziś dziedzinę, która tak szybko umyka naszemu zrozumieniu, jak nauka. Efekty widać w sondażach – boimy się jej osiągnięć.

60 proc. Polaków uważa, że jedzenie modyfikowanej genetycznie żywności szkodzi. Nasze obawy budzą też komórki macierzyste, inżynieria genetyczna i energia atomowa. Czy jednak kierujemy obawy w dobrą stronę? Wygląda na to, że powinniśmy bać się nie zdobyczy nauki, ale tego, co zrobią z nimi politycy, jeśli nie będzie się im patrzyło na ręce.

Test na kasę

Gdy pewien 42-letni obywatel Iranu wybierał się do konsulatu amerykańskiego w Abu Dhabi, nie oczekiwał żadnych niespodzianek. Sytuacja była klarowna – jego matka od lat mieszkała w Wirginii i zdołała zebrać sumę pozwalającą na opłacenie synowi stałego pobytu w USA. Stany realizują program łączenia rodzin imigrantów, który ma ułatwić procedurę sprowadzania najbliższych.

Podanie Irańczyka zawierało wszystkie niezbędne dokumenty na czele z aktem urodzenia, który jednoznacznie łączył go z matką. Zresztą nie było się czym przejmować, bo Departament Bezpieczeństwa Krajowego Stanów Zjednoczonych wstępnie zweryfikował podanie o wizę i wystawił pozytywną opinię. Wizyta w konsulacie miała być właściwie tylko formalnością. Tym większym zaskoczeniem okazało się żądanie wykonania testów DNA potwierdzających pokrewieństwo. Sprawę postawiono jasno – nie ma testu,nie ma wizy. Choć petent nie miał niczego do ukrycia, sprawa mocno się skomplikowała. Badanie uznawane przez amerykańskie władze może być wykonane tylko w laboratorium certyfikowanym przez amerykańską organizację AABB. Oczywiście za testy musi zapłacić interesant. Koszt – ok. 800 dolarów. Ponieważ w Iranie nie ma konsulatu USA, dodatkowo trzeba było zapłacić za kolejny przelot do Emiratów Arabskich. Całkowity koszt – niemal 1500 dolarów.

Niby wszystko w porządku, w końcu każdy kraj ma prawo do własnych zasad imigracyjnych. Amerykańskie prawo dopuszcza wykonywanie takich testów, gdy dostarczone dokumenty budzą wątpliwości i podejrzewa się sprowadzanie fałszywych krewnych. Jednak urzędnicy najwyraźniej postanowili użyć badania genetycznego jako swoistego testu finansowego – jeśli stać cię na drogie badania, to zapraszamy. Jeśli jesteś biedny, twoja strata. Przypadek Irańczyka ma w sobie coś wyjątkowego – dzięki staraniom, jakie mężczyzna podjął już po dotarciu do USA, jego prawnik zbadał całą sprawę i ją nagłośnił. Tysiące (o tylu mówią ostrożne szacunki) podobnych spraw dotyka przede wszystkim tych potencjalnych imigrantów, którzy nie mają szans na obronę. Kwota 800 dolarów to dla nich bariera nie do przebycia; urzędnicy mają mniej pracy, do USA przyjeżdża mniej biednych.

DNA NA GRANICY

Prawdziwa bomba wybuchła jednak pod koniec zeszłego roku w Wielkiej Brytanii, gdy dziennikarze ujawnili, że odpowiedzialna za kontrolę granic U.K. Border Agency wprowadziła cichcem pilotażowy program Human Provenance (pochodzenie człowieka). Pod tą dumną nazwą kryje się proceder, który naukowcy określili jako przerażający, naiwny i nieprawdziwy. Założenie znowu jest ze wszech miar słuszne – wychwycić nielegalnych (i potencjalnie niebezpiecznych) imigrantów, którzy chcą uzyskać azyl, twierdząc, że są uciekinierami ze stref objętych wojną. Tak robią na przykład Kenijczycy podający się za Somalijczyków. Do tej pory podstawą weryfikacji była kontrola znajomości języka. Ponoć działało to nieźle, jednak najwyraźniej brytyjscy urzędnicy postanowili skorzystać z doświadczeń swych amerykańskich kolegów. Szkoda, że z najgorszych doświadczeń, bo zdecydowano, że w przypadkach wątpliwych konieczne będzie przeprowadzanie dodatkowych testów genetycznych. O ile historię irańskiego imigranta można co najwyżej nazwać nieprzyzwoitym wykorzystywaniem nauki do celów politycznych, to brytyjskie pomysły są zwykłym oszustwem. Do określenia miejsca, z którego pochodzi dany człowiek, próbuje się bowiem wykorzystać przede wszystkim DNA mitochondrialne (więcej o nim w ramce po lewej). Jako że jest ono dziedziczone tylko po matce, pozwala dość dokładnie prześledzić pochodzenie etniczne człowieka. Jednak takie badanie sprawdza się w skali kilku pokoleń i pozwala co najwyżej stwierdzić, że nasi przodkowie wywodzą się z określonego obszaru.

Z niejasnych powodów Brytyjczykom nie przyszło do głowy, że przybliżenie „wschodnia Afryka”, jakie można uzyskać na podstawie testu DNA, równie dobrze pasuje do Kenii, Etiopii, Somalii, Erytrei czy Ugandy. „Geny nie szanują granic państw, wielu obywateli danego kraju jest imigrantami lub przodkami imigrantów, a wiele granic przebiega tak, że dzieli grupy etniczne” – mówi genetyk populacyjny David Balding z Imperial College London. Oczywiście i tu pojawia się wątek finansowy. Metoda jest ta sama – chcesz u nas zamieszkać, zrób test. Cena około 400 funtów. Dla faktycznych uciekinierów z Afryki ta kwota jest absolutnie nieosiągalna, choć ci, którzy nie pochodzą ze strefy wojny, być może zdołają sobie na taki wydatek pozwolić. Co ciekawe, w Wielkiej Brytanii testy mtDNA dla władz imigracyjnych mogą przeprowadzać prywatne firmy, które z pewnością zdają sobie sprawę z ich naukowej nieprzydatności.

STRONT WE WŁOSACH

 

Mark Thomas, genetyk z University College London, stawia sprawę zdecydowanie: „DNA mitochondrialne nigdy nie będzie dość precyzyjne, by określić kraj pochodzenia człowieka. W ostatnich latach pojawiło się mnóstwo firm oferujących badanie pochodzenia na podstawie DNA, jednak to, co sprzedają, jest tylko nieznacznie lepsze od genetycznej astrologii”. Pod wpływem silnej krytyki – U.K. Border Agency postanowiło rozszerzyć badanie o test izotopowy, który w zestawieniu z językowym i genetycznym ma dać pełny obraz pochodzenia człowieka. Prawdopodobnie inspiracją była sprawa Adama – chłopca, którego pozbawiony głowy, rąk i nóg korpus wyłowiono w 2001 roku z Tamizy. Wobec braku jakichkolwiek śladów policjanci przez wiele miesięcy próbowali ustalić, jak to możliwe, że zaginięcia dziecka nikt nie zgłosił, nikt się nim nie zainteresował. Jedynym tropem był prawdopodobny motyw zabójstwa – podejrzewano, że to może być rytualny mord związany z jednym z nigeryjskich wierzeń.

Ponieważ nie sprawdziły się typowe metody śledcze, pomocy zaczęto szukać w nauce. Zastosowano nowatorską metodę opartą na pomiarze zawartości izotopów strontu w kościach dziecka. Pierwiastek ten traktowany jest przez organizm podobnie jak wapń, jednocześnie jego zawartość w środowisku mocno różni się w zależności od regionu. Na podstawie porównania próbek zebranych w Nigerii z danymi pochodzącymi z badania ciała stworzono strontową mapę kraju i stwierdzono, że dziecko pochodzi z miasta Benin, skąd zostało sprzedane do Londynu – zapewne po to, by zostać ofiarą rytualnego zabójstwa. Ta makabryczna historia stała się najwyraźniej źródłem pomysłu na kolejne badanie imigrantów. Szkoda tylko, że jego autorzy nie pomyśleli o tym, że przyjdzie im badać żywych ludzi, od których można pobrać najwyżej włosy czy paznokcie, a nie całe fragmenty kości. Tymczasem „strontowy profil” najlepiej widać w tych tkankach, w których pierwiastek odkłada się od dawna. Włosy i paznokcie to zapis najwyżej kilkunastu ostatnich miesięcy życia, a nie świadectwo pochodzenia człowieka. Uchodźcy spędzają często ten czas we francuskim obozie, oczekując na rozpoczęcie oficjalnych procedur. Podobnie sprawa ma się z innymi izotopami, które odkładają się w tkankach – nieinwazyjne pobranie próbki wyklucza stworzenie wiarygodnego profilu. Podobne jak USA i Wielka Brytania plany ma wiele krajów szczególnie atrakcyjnych dla imigrantów. Najgłośniejsza była sprawa Francji – jej parlament już cztery lata temu uchwalił ustawę, która dopuszcza uzależnienie przyznania wizy od pozytywnych wyników testów genetycznych stwierdzających pokrewieństwo. Na razie ustawa nie weszła w życie, jednak ostatnio rząd zapowiedział rozpoczęcie takich testów dla pewnych grup imigrantów. Uzasadniono to faktem, że w takich krajach jak Senegal, Wybrzeże Kości Słoniowej czy Togo nawet 80 proc. aktów urodzenia i świadectw ślubu to fałszywe dokumenty.

PILNUJ KODU


Co nas mogą jednak obchodzić egzotyczne problemy imigrantów? Zgadzając się na pozornie dobrowolne badania genetyczne w sprawach, które nas nie dotyczą, prawdopodobnie doprowadzimy do tego, że wkrótce podobne pomysły dotkną i nas. Już teraz w USA zdarza się, że pracodawca, który wszedł w poważny konflikt z pracownikiem, potajemnie pobiera próbki jego DNA. Poddane analizie mogą wykazać na przykład genetyczne skłonności do zapadania na choroby, choćby takie jak Alzheimer. Mając taką wiedzę, firma może starać się dowieść później w sądzie, że jej pracownik nie jest w pełni władz umysłowych. Oczywiście faktyczna naukowa wartość podobnych badań jest bardzo niewielka. Po pierwsze wciąż bardzo niewiele chorób potrafimy bezpośrednio powiązać z ich genetycznym śladem w naszym DNA. Po drugie związkitakie zazwyczaj wskazują na skłonność do zapadania na choroby, a nie na pewność, że choroba się pojawi. Często równie duży wpływ na sytuację mają warunki środowiska. Wygląda na przykład na to, że nawet ludzie o silnych skłonnościach w kierunku Alzheimera mogą pozostać zdrowi, jeśli do późnego wieku zachowują wysoką aktywność umysłową. Od praktyk amerykańskich firm już tylko krok do testowania pracownika nie przy okazji zakończenia, ale rozpoczęcia współpracy. Genetyczne sprawdzenie kandydata pozwoliłoby sprawdzić, czy nie przysporzy w przyszłości kłopotów. Kto chciałby pracownika ze skłonnościami do uzależnień, szansą na schizofrenię czy pląsawicę Huntingtona? I znowu naukowa wartość takich wyników ma niewielkie znaczenie – wystarczy, że sam pracodawca będzie przekonany do swoich metod.

Tymczasem w kolejce stoją już ubezpieczyciele. Choć w wielu krajach (w tym w Polsce) prawo zabrania wykorzystywania testów genetycznych do podejmowania decyzji o zawarciu umowy ubezpieczeniowej, to presja jest bardzo silna. Australijski gigant ubezpieczeniowy NIB zamierza proponować swoim klientom testy genetyczne za pół ceny pod warunkiem, że będzie miał wgląd w ich wyniki. Dla jedjednych może to oznaczać spore zniżki, jednak wielu powinno się spodziewać podniesienia składek. Może więc lepiej zakazać podobnych praktyk? Trzeba zatem pamiętać, że w sytuacji gdy klienci mogą mieć pochodzące z badań genetycznych informacje o swojej „zdrowotnej przyszłości”, zyskują wielką przewagę nad ubezpieczycielami. Tak wielką, że może to doprowadzić do upadku całej branży. Kolejny krok to banki i decyzje o przyznaniu kredytu. Tu panuje pełna dowolność i dozwolone są wszelkie chwyty. Dziś bank nie ma żadnej możliwości legalnego pozyskania naszego DNA, ale kto zaręczy, że w ciągu dekady nie stanie się to standardem... Czy mamy się bać? Tak. Jednak nie postępu nauki, ale dowolnych i zwykle luźno opartych na wiedzy zastosowań jej fragmentów. Nie ma się co łudzić – nie unikniemy świata, w którym nasze DNA będzie częścią publicznego profilu tak samo, jak dziś jest nią PESEL. Chodzi tylko o to, by w tym wszystkim nie zatracić godności i zdrowego rozsądku.