Krótko po godzinie 1 w nocy 1 września 1985 r. na pokładzie statku Knorr rozległy się okrzyki załogi. Francusko-amerykańska ekspedycja, dowodzona przez dr. Roberta Ballarda, po latach poszukiwań na-trafiła wreszcie na ślad legendarnego Titanica. Najsłynniejszy liniowiec świata zatonął w nocy z 14 na 15 kwietnia 1912 r., zabierając ze sobą na dno ponad 1500 pasażerów i nieokreśloną ilość ładunku. Przez kolejne 73 lata, mimo wielu prób, nikomu nie udało się odnaleźć wraku. Po części winny był sygnał SOS, który jego załoga nadała w noc tragedii, podając błędną lokalizację. Każdy marynarz wie, że poszukiwanie w odmętach oceanu nawet takiego kolosa jak Titanic to jak szukanie igły w stogu siana. Tym bardziej że mowa o przeczesywaniu obszaru na głębokości kilku kilometrów.

Dlaczego udało się właśnie Ballardowi? Amerykański oceanograf miał oczywiście sporo szczęścia, ale też nie skupił się jak większość na samym wraku, ale na fragmentach konstrukcji i przedmiotach, które z niego wy-padły. Słusznie przypuszczał, że tonący statek musiał pozostawić spory ślad, który układał się zgodnie z kierunkiem prądu morskiego z północy na południe. Dzięki temu poszukiwany obszar zwiększył się aż dziesięciokrotnie. Nie do przecenienia był też udział w misji bezzałogowego robota głębinowego Argo, którego holowano za statkiem. Wyposażony w kamerę i sonar przesyłał ekipie Ballarda obraz z dna morskiego. I to w czasie rzeczywistym, co było wówczas nowinką technologiczną. Łatwo sobie wyobrazić, jaką euforię wywołał widok fragmentu kotła parowego, na który natrafiono w nocy. Zgodnie z oczekiwaniami w bliskiej odległości leżał Titanic.

Wrak spoczywa na głębokości blisko 3800 metrów, 370 mil (600 km) na południowy wschód od Nowej Fundlandii. Dostępny jest więc tylko dla wyspecjalizowanych załóg, które dysponują odpowiednim sprzętem, zwłaszcza batyskafami, bo tylko nimi da się zejść na taką głębokość. Robert Ballard powrócił do wraku latem 1986 r., zabierając ze sobą 50 badaczy z różnych dziedzin. Podczas 11 podwodnych misji przebadano wszystkie części statku i skrupulatnie obfotografowano wrak. Załoga ustaliła, że potraktuje Titanica jak mogiłę, z należytym szacunkiem i nie zabierze z niego żadnych przed-miotów. Szybko okazało się, że przyzwoitość naukowców została cynicznie wykorzystana.

Titanic był statkiem cywilnym, a jego wrak leży na wodach międzynarodowych, żaden kraj nie może więc uznać go za swoją własność. Jednak zgodnie z prawem morskim, prawo do eksploatacji wraku przyznaje się temu, kto pierwszy wyciągnie z jego pokładu jakiś przedmiot. W 1987 r. wykorzystała to kolejna międzynarodowa ekipa, która podniosła z dna 1800 artefaktów. Panowie w pośpiechu założyli firmę Premier Exhibitions Inc., w ramach której wyodrębnili spółkę RMS Titanic. To jej w 1994 r. sąd rejonowy w Norfolk (Wirginia) przyznał wyłączne prawo do komercyjnego wykorzystywania wraku i wszystkich wydobytych przedmiotów. Wyrokiem z 2006 roku sędziowie podtrzymali tę decyzję. Do dziś jednak wiele osób i firm jej nie uznaje.

„Zabieranie przedmiotów z jakiegokolwiek wraku w celach komercyjnych zawsze jest problemem. Zwłaszcza z Titanica, który stanowi ważną część naszej historii” – powiedział „Focusowi” Paul Louden-Brown, historyk i ekspert White Star Line, linii żeglugowej, do której należał Titanic.

„Szkody, jakie zostały przy tym wyrządzone, są niewspółmierne do społecznych korzyści, bo wydobyte artefakty udostępniane są instytucjom publicznym w bardzo ograniczonym stopniu” – dodał Louden-Brown. Nawiązuje tym samym do sporu, który towarzyszy badaniu wszystkich wraków. Zostawić je w spokoju czy eksploatować, póki jest jeszcze co? Ekspercka dyskusja toczy się od lat. Dla jednych to zwykła grabież, dla innych ratunek przed zapomnieniem. „Na pewno nie nazwałbym po-zyskiwania z wraków artefaktów kradzieżą czy też grabieżą” – uważa Dariusz Torebko, redaktor naczelny magazynu „Nurkowanie”. „3800 m to głębokości osiągalne tylko przez wyspecjalizowane firmy, a to się wiąże z olbrzymimi nakładami finansowymi. Gdyby artefakty nie zostały podjęte, to świat by ich nie ujrzał. Czemu więc miałoby służyć ograniczanie dostępu tym, co mają potencjał?” – pyta retorycznie. Innego zdania jest Jerzy Lissowski, szyper i menedżer statku Hestia, który przez wiele lat pływał z nurkami eksplorującymi wraki. „Większość wyciągniętych rzeczy poza miejscem ich pierwotnego zalegania nie ma żadnej wartości estetycznej ani historycznej. Pozbawione konserwacji i kontekstu są zwykłymi śmieciami, które najczęściej lądują zapomniane gdzieś w garażu lub piwnicy” – mówi.

Sam Ballard stwierdził, że odkrycie Titanica otworzyło puszkę Pandory i nie minie 100 lat, a wrak zostanie rozebrany. Marzy, by traktowano go jak podwodne muzeum. Gdy ponownie odwiedził szczątki liniowca w roku 2004, nie mógł się nadziwić, jakich spustoszeń dokonały kolejne ekspedycje.

W ciągu trzech dekad było ich mnóstwo. Naukowcy starannie przeprowadzali badania (dysponujemy m.in. dokładną mapą wraku 3D). Filmowcy, jak James Cameron, schodzili na dno, by zebrać materiały do swoich filmów, a prywatne firmy zabierały na podwodne wycieczki turystów. Koszt takiej wyprawy to  60 tys. dolarów. Jednym z biur, które do dziś organizuje zwiedzanie Titanica, jest Bluefish z Los Angeles. Wycieczka obejmuje zejście na dno w batyskafie (pilot plus dwóch pasażerów) oraz liczne atrakcje w trakcie samej podróży. Za podobną stawkę do legendarnego wraku zabierze nas firma Deep Ocean Expeditions. W 2001 r. w czasie jednej z wycieczek amerykańska para David Leibowitz i Kimberley Miller wzięła nawet ślub. Szacuje się, że tylko w 2012 roku, w setną rocznicę zatonięcia Titanica, jego wrak odwiedziło 140 turystów.

Blacha na pamiątkę

Skarby, jakie mogą być ukryte we wraku Titanica, rozpalają wyobraźnię wielu poszukiwaczy. Przyczynił się do tego sam film Jamesa Camerona. Choć niebieski diament z superprodukcji to fikcja, plotka o skrzyni pełnej diamentów jest jak najbardziej prawdziwa. Skarb spoczywający na dnie oceanu wyceniany jest na 300 mln dolarów. Drogocenny bagaż miał należeć do dwóch braci, którzy podróżowali ze Szwajcarii do Nowego Jorku. Diamentów nikt nie znalazł, a przynajmniej nikt się tym nie pochwalił. Kuszą także pomieszczenia dla pierwszej klasy. Nikt nie wie, co mogą kryć sejfy, które znajdowały się w każdej kajucie. Firma RMS Titanic, która jako jedyna może legalnie wydobywać przedmioty z Titanica, wyłowiła ich ponad 6 tys. A to zaledwie 5 proc. tego, co znajduje się we wraku. Nic dziwnego, że przez dekady w jego okolice zapuszczali się outsiderzy, którzy na własną rękę szukali skarbów. Za odpowiednią kwotę każdy może wynająć rosyjski batyskaf z pilotem.

„Postępy w nawigacji GPS, wysokiej rozdzielczości sonary czy roboty podwodne sprawiają, że nic tak naprawdę nie jest dziś za głęboko” – przyznaje w rozmowie z „Focusem” James P. Delgado, archeolog podwodny, wieloletni szef amerykańskiego Programu Ochrony Mórz. „Prawdziwym problemem są ludzie, którzy wykorzystują te technologie do działań niezgodnych z prawem” – mówi. Oskarżenia o grabież wraku padały już pod adresem kilku firm (m.in. Ocean Resources Inc. czy LD Travocean).