To miała być księga religijna. Okazała się sejfem dla starożytnej astronomii

W bibliotekach i archiwach wciąż leżą historie, które wyglądają jak zaginione rozdziały nauki – tylko że zapisane atramentem, zdrapane nożem i przykryte kolejnym tekstem. Jedna z takich historii właśnie wróciła do obiegu dzięki połączeniu średniowiecznej oszczędności i technologii, której zwykle używa się do badania materiałów w fizyce wysokich energii. W starym kodeksie, przez wieki traktowanym jako manuskrypt religijny, znaleziono ślady czegoś o wiele starszego: fragmentów mapy nieba i katalogu gwiazd Hipparcha z Nikei.
...
fot. Jacqueline Ramseyer Orrell/SLAC National Accelerator Laboratory

Hipparch, działający w II wieku p.n.e., uchodzi za jednego z ojców astronomii obserwacyjnej: interesowały go pozycje gwiazd, ich jasności i to, jak niebo przesuwa się w czasie. O jego katalogu pisano od stuleci, ale sam oryginał uznawano za bezpowrotnie utracony. Dlatego każdy fragment, który da się powiązać z jego pomiarami, jest jak otwarcie okna na epokę, w której nauka dopiero uczyła się liczyć niebo.

Palimpsest, czyli pergamin, który miał mieć drugie życie

Codex Climaci Rescriptus okazał się palimpsestem – pergaminem, z którego wcześniejszy zapis zdrapano lub wypłukano, by móc użyć drogiego materiału ponownie. W średniowieczu nie był to wybryk, tylko praktyka: pergamin wytwarzano ze skór zwierzęcych, jego przygotowanie trwało długo, a koszt był wysoki. Skoro można było odzyskać czystą powierzchnię, wiele starszych tekstów przegrywało z potrzebą spisania nowych, zwłaszcza religijnych.

I tu pojawia się paradoks: to właśnie ta praktyka niszczenia bywała jednocześnie formą konserwacji. Zdarty tekst nie znikał w stu procentach. Cienkie ślady atramentu, mikroskopijne różnice w strukturze pergaminu, resztki pigmentów – wszystko to potrafi przetrwać wieki, choć gołe oko widzi jedynie nową warstwę pisma.

Hipparchos z Nikei

Dlaczego podejrzenia padły na Hipparcha?

W przypadku tego kodeksu badaczy zaintrygowało coś, co nie pasowało do religijnego kontekstu: liczby, fragmenty oznaczeń i nazwy konstelacji. Takie elementy w palimpsestach bywają jak wystający róg mapy spod tapety – sygnał, że pod spodem jest coś zupełnie innego niż tekst, który miał wygrać walkę o pergamin.

Hipparch jest tu podejrzanym idealnym z jednego powodu: jego praca miała charakter niezwykle danych. To nie były poetyckie opisy gwiazdozbiorów, tylko pomiary i porządkowanie nieba. Właśnie taki zapis – liczbowy, techniczny, oparty na systematycznych obserwacjach – zostawia ślady, które łatwiej odróżnić od typowej narracji tekstów religijnych.

Zwykłe fotografowanie (nawet w wielu zakresach światła) bywa niewystarczające, gdy dwie warstwy atramentu są podobne albo gdy głębszy zapis jest bardzo słaby. Wtedy wchodzi narzędzie z zupełnie innego świata: synchrotron. W SLAC National Accelerator Laboratory wykorzystano Stanford Synchrotron Radiation Lightsource, który generuje intensywne promieniowanie rentgenowskie pozwalające mapować skład chemiczny śladów atramentu.

Kluczowe było to, że atramenty nie zawsze są tym samym czarnym. Ich receptury mogły się różnić zawartością konkretnych pierwiastków, a to daje możliwość rozdzielenia warstw. Skanowanie rentgenowskie potrafi wykryć takie różnice i zamienić je w obraz, na którym tekst spod spodu przestaje być domysłem, a zaczyna być czytelny znak po znaku. Właśnie ta technika pozwoliła wydobyć szczegóły, które wcześniej były praktycznie niewidoczne.

Co właściwie znaleziono i dlaczego to ma znaczenie dla historii astronomii?

Odzyskane fragmenty dotyczą mapowania nieba i pozycji gwiazd – czyli sedna tego, co uczyniło Hipparcha postacią przełomową. Dla historii nauki najciekawsze jest to, że taki zapis pozwala porównywać: jak dokładne były starożytne obserwacje, jakim językiem i jakim systemem opisu się posługiwano, a także w jakim stopniu późniejsi autorzy czerpali z wcześniejszych źródeł.

To ważne również dlatego, że starożytna astronomia nie była tylko patrzeniem w gwiazdy. Była narzędziem: pomagała w nawigacji, kalendarzu, wyznaczaniu pór roku i porządkowaniu czasu. Katalog gwiazd to w praktyce infrastruktura wiedzy – coś, na czym można budować kolejne pomiary i korekty.

Wydobycie tekstu to dopiero pierwszy etap. Potem zaczyna się żmudna część: identyfikacja gwiazd, interpretacja systemu współrzędnych, porównywanie z innymi tradycjami rękopiśmiennymi, sprawdzanie, czy fragmenty da się połączyć w większą całość. Dodatkowo sam Codex Climaci Rescriptus ma skomplikowaną historię i jest rozproszony między instytucjami, co też wpływa na tempo badań.

Na tym polega urok takich odkryć: nie dostajemy zaginionej książki w idealnym stanie, tylko puzzle – czasem z połową elementów, czasem z elementami nadpalonymi. Ale nawet puzzle potrafią zmienić obraz, jeśli pokazują brakujący fragment metod, danych i sposobu myślenia sprzed dwóch tysięcy lat.

Najmocniejszy wniosek jest dość prosty: w nauce nie zawsze brakuje nam faktów – czasem brakuje nam narzędzi, by je w ogóle zobaczyć. Palimpsesty są tego idealnym symbolem. Średniowieczny skryba chciał oszczędzić pergamin, a współczesny badacz uruchamia akcelerator cząstek, żeby cofnąć tę decyzję i odzyskać ślady dawnego świata. I jeśli ta metoda działa tu, to będzie działać też gdzie indziej. Możliwe, że część historii nauki nadal leży w archiwach nie dlatego, że jest zaginiona, tylko dlatego, że jeszcze nie podświetliliśmy jej odpowiednim światłem.