To nie duchy, to matematyka. Dziwny efekt świetlny, który zdradza pęknięcie w teorii

Wyobraź sobie, że w idealnej próżni pojawia się charakterystyczny, niebieskawy błysk, jak ten znany z reaktorów jądrowych. Tyle że… w pustej przestrzeni kosmicznej nic nie powinno świecić w ten konkretny sposób, bo nie ma tam ośrodka, który pozwalałby na efekt Czerenkowa. A jednak fizycy pokazują dziś scenariusz, w którym taki sygnał mógłby być realny i byłby czymś znacznie poważniejszym niż ciekawostką optyczną.
...
Błyskawice na Marsie uchwycone przez łazik Perseverance /Fot. Unsplash

Stawką jest coś, co w fizyce brzmi jak science fiction, ale ma twarde matematyczne fundamenty: możliwość, że próżnia nie zawsze jest stabilnym stanem minimalnej energii, za jaki ją uznajemy. Jeśli czasem zachowuje się jak ośrodek z własną strukturą, to w naszych równaniach brakuje ważnego kawałka.

Co właściwie miałoby błysnąć w kosmosie?

Efekt Czerenkowa powstaje wtedy, gdy naładowana cząstka porusza się w materiale szybciej, niż światło może rozchodzić się w tym materiale. To nie łamie zakazu przekraczania prędkości światła w próżni, po prostu w ośrodku światło ma mniejszą prędkość fazową niż w próżni. Wtedy pojawia się świetlny odpowiednik gromu: stożek promieniowania, często widoczny jako niebieska poświata.

W kosmosie nie ma wody, szkła ani akrylu, więc klasyczny efekt Czerenkowa nie ma z czego się urodzić. I właśnie dlatego hipotetyczny niebieskawy błysk w próżni byłby tak mocnym sygnałem: sugerowałby, że sama próżnia w pewnych warunkach zachowuje się jak ośrodek, nie w sensie popularnym, tylko jako pole z własną dynamiką, ograniczeniami i sposobami przenoszenia zaburzeń.

Kluczowa idea jest przewrotna: obserwacyjnie moglibyśmy zobaczyć coś wyglądającego jak Czerenkow w niczym, ale mechanizm pod spodem byłby inny. Nie chodzi o to, że jakaś cząstka naprawdę pędzi szybciej niż światło w próżni, tylko że zachodzi proces, którego kinematyka jest równoważna temu, co znamy z promieniowania Czerenkowa.

Skąd ta ujemna energia i dlaczego słowo ghost w ogóle pada?

W teorii pól słowo ghost nie ma nic wspólnego z duchami z opowieści. To etykieta dla trybów, które niosą ujemną energię albo sygnalizują niestabilność teorii. W wielu konstrukcjach nowej grawitacji (różnych modyfikacji ogólnej teorii względności) takie problemy pojawiają się jako koszt uboczny: równania dają rozwiązania, ale w tle czai się mechanizm, który pozwala układowi obniżać energię przez spontaniczne tworzenie par wzbudzeń dodatnich i ujemnych.

W praktyce wygląda to tak: stan, który uznawaliśmy za stabilny, nagle okazuje się śliskim zboczem. Układ może zejść niżej energetycznie, tworząc jednocześnie normalne cząstki (dodatnia energia) i ghosty (ujemna energia). To właśnie nazywa się rozpadem próżni, nie w sensie wybuchu, tylko jako przejście do innego stanu, bo ten pierwotny nie był naprawdę najniżej.

Najciekawszy twist w proponowanym podejściu polega na tym, że autor pracy pokazuje ścisłą równoważność kinematyczną dwóch zjawisk: promieniowania Czerenkowa i pewnego typu niestabilności ghost. Innymi słowy: to, co normalnie opisujesz jako Czerenkow w ośrodku, da się przełożyć na język rozpadu próżni z udziałem ujemnoenergetycznych wzbudzeń i na odwrót.

Jak taki sygnał mógłby wyglądać i gdzie go szukać?

To nie jest praca, która daje gotowy przepis na teleskop i konkretną listę obiektów do obserwacji. Punkt ciężkości jest teoretyczny: pokazanie, że jeśli w jakimś regionie Wszechświata istnieją warunki sprzyjające ghostowej niestabilności, to jednym z możliwych, intuicyjnie rozpoznawalnych podpisów mógłby być błysk przypominający Czerenkowa, tyle że w próżni.

Czarna dziura – wizualizacja /Fot. Unsplash

Wskazywanym kierunkiem do dalszych badań są konfiguracje w pobliżu czarnych dziur, gdzie ekstremalna grawitacja i dynamika czasoprzestrzeni wymuszają testy teorii w reżimach, w których klasyczna grawitacja i kwanty nie chcą się dogadać. Pojawia się pomysł scenariusza quasi-stabilnego: ghost jest obecny, ale tempo niestabilności jest bardzo małe, więc układ żyje wystarczająco długo, by w ogóle dało się mówić o obserwowalnych efektach.

Jest też druga, trzeźwa strona: nawet jeśli coś zaświeci na niebiesko, interpretacja będzie koszmarnie trudna. Astrofizyka to królestwo procesów, które potrafią udawać siebie nawzajem, a sygnały optyczne często są mieszanką kilku mechanizmów. Tutaj dochodzi jeszcze fakt, że mówimy o zjawisku, które byłoby równocześnie śladem „nowej fizyki” i potencjalnie sygnałem, że dana teoria jest chora, bo ghosty zwykle oznaczają kłopoty.

Co by to zmieniło, gdyby jednak się potwierdziło?

Jeśli kiedykolwiek zobaczymy wiarygodny odpowiednik Czerenkowa w próżni, to będzie to alarm dla fundamentów fizyki, a nie tylko fajna fotografia. Oznaczałoby to, że próżnia nie jest tak pusta, jak lubimy mówić, i że w pewnych warunkach ma własną, obserwowalną strukturę. To natychmiast zawęziłoby pole manewru dla teorii modyfikujących grawitację, część z nich dostałaby mocne wsparcie, inne zostałyby wyrzucone za burtę.

Jest w tym też paradoksalny urok: ghosty są zwykle traktowane jak sygnał ostrzegawczy, coś, czego nie chcemy w zdrowej teorii. A tutaj ten sam problem staje się potencjalnym narzędziem diagnostycznym: jeśli natura gdzieś dopuszcza taki tryb albo coś, co go naśladuje, to dostajemy wskazówkę, jak skleić grawitację z kwantami bez udawania, że tarcia nie ma.

I jeszcze jedno: to temat, który świetnie pokazuje, jak wygląda postęp w fizyce fundamentalnej w praktyce. Rzadko jest tak, że ktoś ogłasza nową cząstkę i jutro budujemy urządzenie. Częściej ktoś znajduje nieoczywistą równoważność między dwoma zjawiskami, a potem przez lata inni sprawdzają, gdzie ta równoważność pęka, a gdzie prowadzi do przewidywań. Ta praca wpisuje się dokładnie w ten rytm.