Nie chodzi jednak o taki pochłaniacz, który nagle rozwiąże problem współczesnych emisji. To ważne rozróżnienie. Autorzy podkreślają, że ilość CO2 związana z tym procesem jest znikoma wobec emisji powodowanych dziś przez ludzi. Sens odkrycia leży gdzie indziej: w lepszym zrozumieniu tego, jak Ziemia przez miliony lat sama przerzucała węgiel między płaszczem, oceanem i skorupą.
Najciekawsze jest może to, że badacze trafili na ten trop trochę bokiem. W 2017 roku zespół pracujący w rejonie archipelagu św. Piotra i Pawła, około 500 km od wybrzeży Brazylii, szukał oznak niskotemperaturowej aktywności hydrotermalnej. Tego akurat nie znaleziono. Zamiast tego natrafiono na skały, które opowiedziały zupełnie inną historię – o mineralizacji węgla w skałach płaszcza wyniesionych ku dnu oceanu w strefie uskoku transformującego.
Tam, gdzie płyty się mijają, a nie zderzają
Uskoki transformujące to miejsca, w których płyty tektoniczne przesuwają się obok siebie. To jeden z trzech głównych typów granic płyt na Ziemi, obok grzbietów śródoceanicznych i stref subdukcji. Globalnie mają około 48 tys. km długości, więc nie są geologicznym marginesem. Po prostu przez długi czas nie wzbudzały aż takiego zainteresowania w kontekście obiegu węgla, bo mają relatywnie niską aktywność magmową.
To właśnie ten brak widowiskowości okazał się zwodniczy. W grzbietach śródoceanicznych i strefach subdukcji węgiel badano od dekad, bo tam geologia lubi robić hałas: topienie, wulkanizm, recykling skorupy. Uskoki transformujące uchodziły raczej za spokojniejsze korytarze tektoniczne. Aż okazało się, że pod tą pozorną nudą może działać mechanizm bardzo skutecznego wiązania CO2 w minerałach.

W praktyce wygląda to tak: częściowe topienie płaszcza uwalnia CO2, ten miesza się z płynami hydrotermalnymi, a następnie reaguje ze skałami płaszcza w pobliżu dna oceanu. W efekcie węgiel nie musi wracać dalej do oceanu czy atmosfery, lecz może zostać związany mineralnie w skale. To trochę jak sytuacja, w której gaz nie ucieka z budynku przez okno, tylko zostaje zamknięty w ścianie podczas remontu.
Nie nowy bohater klimatu, tylko brakujący fragment układanki
To odkrycie łatwo byłoby sprzedać zbyt efektownie: oto ocean znalazł nowy pochłaniacz węgla. Tylko że to byłoby uproszczenie. Autorzy pracy wprost zaznaczają, że obecne emisje antropogeniczne rzędu około 36 gigaton CO2 rocznie kompletnie przyćmiewają średnie emisje geologiczne, szacowane na około 0,26 gigatony rocznie do atmosfery i hydrosfery. Innymi słowy: to nie jest historia o naturalnym mechanizmie, który uratuje nas przed rachunkiem za spalanie paliw kopalnych.
Znaczenie badania jest inne i moim zdaniem ciekawsze. Zamiast kolejnej opowieści pod tytułem natura nas uratuje, dostajemy korektę w podręczniku o tym, jak naprawdę działa planeta. Jeśli uskoki transformujące nie były wcześniej uwzględniane w globalnych szacunkach przepływu geologicznego CO2, to część transferu magmowego węgla do zmienionego płaszcza oceanicznego i do wody morskiej mogła być po prostu pomijana.
To ważne zwłaszcza wtedy, gdy próbujemy odtworzyć dawny klimat Ziemi. W skali ludzkiego życia takie procesy są niemal nieruchome, ale w skali milionów lat potrafią działać jak bardzo wolny księgowy planety: niczego nie robi spektakularnie, ale pilnuje, gdzie trafia węgiel i jak zmienia się bilans całego systemu. A od tego zależy, czy Ziemia przez długie epoki była bardziej szklarnią czy bardziej chłodnym domem.
Przypadek, który okazał się lepszy od planu
Zespół nie pojechał tam po medialne odkrycie nowego “ukrytego pochłaniacza”. Pojechał szukać czegoś innego. Sam Frieder Klein mówił, że to znalezisko było spełnieniem marzenia, bo obecność takich skał przewidywano od kilkunastu lat, ale wcześniej nie udawało się ich znaleźć. Natrafiono na nie przypadkiem, kiedy badacze rozglądali się za zupełnie innym typem aktywności.
To zresztą piękna lekcja o tym, jak działa geologia. Skała nie krzyczy. Nie robi efektownego wykresu sama z siebie. Trzeba ją znaleźć, rozpoznać i umieć przeczytać jej skład jak zapis zdarzeń, które rozciągają się na setki tysięcy albo miliony lat. W tym przypadku te “notatki” zapisane w skałach płaszcza i minerałach magnezytowych pokazały, że na dnie oceanu istnieje proces, którego wcześniej po prostu nie wpisywano do większego bilansu.
Odkrycie to psuje prosty odruch myślenia o Ziemi jak o zbiorze dobrze opisanych szufladek. Wydaje się, że najważniejsze rzeczy dzieją się tam, gdzie wulkany plują lawą albo płyty zderzają się z siłą godną apokalipsy. Tymczasem czasem prawdziwie ważny proces siedzi w miejscu uznanym za nudne. Geologia bywa pod tym względem jak archiwum, w którym najcenniejszy dokument leży nie w ozdobnej teczce, tylko między papierami, których nikt długo nie chciał otworzyć.
Źródło: Sci Tech Daily
