Nie noszą dystynkcji. Znają się tak dobrze, że bez spoglądania na belki i gwiazdki wiedzą, kto jest kim. Innym ta wiedza jest niepotrzebna. Gdy więc narozrabiają w kantynie, mało kto próbuje interweniować, bo nie sposób ustalić czy ma się do czynienia z kapralem, czy kapitanem. Na pewno się nie przedstawią, gdyż wszystko, co ich dotyczy, okrywa tajemnica. A jeśli rzucą rutynowe „jestem z regimentu”, lepiej zejść im z drogi. Nie tyle z obawy przed narażeniem się wyższemu rangą, ile z troski o własne zdrowie. Bo ze starcia z komandosami Special Air Service raczej nie wychodzi się o własnych siłach.

David Stirling, pomysłodawca i twórca jednostki, miał instynkt walki zapisany w genach odziedziczonych po ojcu, generale brygady Archibaldzie Stirlingu. Już jako nastolatek potrafił z bratem podejść jelenia i zabić go nożem. Ale do armii wstąpił dopiero po wybuchu II wojny światowej. Wcześniej snuł plany zdobycia Mount Everestu lub zostania artystą. Skończyło się na wspinaczce w Alpach i krótkim pobycie na paryskim Montmartre. Hitler sprawił, że przeważyła rodzinna tradycja i 24-letni Stirling zaciągnął się do Gwardii Szkockiej.

Silny, wysoki (192 cm), bardzo sprawny  fizycznie, od pierwszych dni sprawiał problemy przełożonym. Chciał się bić, a nie tupać godzinami na placu
musztry. Regularnie uciekał z jednostki, by w okolicznych pubach napić się i pograć hazardowo w karty. Podczas jednej z nocnych eskapad usłyszał, że ppłk Robert Laycock organizuje jednostkę wojskową do zadań specjalnych. Natychmiast się zgłosił, został członkiem formacji nazwanej 8. Commando i już jako podporucznik w lutym 1941 r. popłynął do Egiptu. Tam, po nieudanym desancie na wybrzeżu Libii, Commando rozwiązano.

Stirling znów się nudził i włóczył po knajpach. Wracając po ciężkiej pijatyce do obozu, potknął się w ciemnościach, upadł na cierniste krzaki i omal nie stracił oka. Trafił do szpitala; groził mu sąd wojenny za złamanie dyscypliny i – jak chciał oskarżyciel – za celowe samookaleczenie.

Dla bitnego Szkota z generalskiej rodziny zarzut tchórzostwa brzmiał jak śmiertelna zniewaga. By rozwiać wszelkie podejrzenia, jeszcze przed wyleczeniem kontuzji zgadał się w kantynie z kapitanem Johnem „Jockiem” Lewesem, który organizował oddział spadochroniarzy. Ten duet miał odcisnąć trwałe piętno na całej brytyjskiej armii.

O KULACH DO GENERAŁA

Lewes był równie niespokojnym duchem jak Stirling. Urodzony w Indiach, wychowany w Australii, wykształcony w Anglii, w czasie studiów wyjechał do Niemiec, skąd wrócił jako zwolennik Hitlera. Imponował mu nazistowski militaryzm i porządek. Otrzeźwiał, gdy do Wielkiej Brytanii dotarły relacje o pogromach Żydów i zakładaniu pierwszych obozów koncentracyjnych.

Zmienił radykalnie poglądy, powołany do wojska zdecydował się w nim pozostać. W 1941 r. był już profesjonalnym spadochroniarzem. Stirling przekonał Lewesa, by włączył go do czteroosobowej grupy, która jako pierwsza wykona próbne skoki. No i stało się. Zbyt szybko pociągnął za linkę, czasza spadochronu zaczepiła o ogon samolotu i częściowo się rozpruła. Zdołał wylądować, ale uderzył w ziemię z taką siłą, że doznał urazu kręgosłupa. Znów znalazł się w szpitalu.

Ból i nudę zabijał myślami o stworzeniu własnej formacji komandosów. Nie miałaby to być jak dotychczas duża formacja powietrznodesantowa, lecz niewielkie, 4-osobowe zespoły przerzucane na tyły wroga. Nazywał je „cegłami” (brick), z których w zależności od potrzeb tworzono by większe „mury”. Każda „cegła” powinna być zdolna do samodzielnego działania, dlatego składałaby się z dowódcy, zwiadowcy, łącznościowca i sanitariusza.

Stirling spisał swoje przemyślenia i choć wciąż chodził o kulach, uciekł ze szpitala, by pojechać taksówką do głównej kwatery wojsk brytyjskich w Kairze.
Chciał osobiście przedstawić plan generałowi Auchinleckowi, głównodowodzącemu na Środkowym Wschodzie. Nie był umówiony, nie miał przepustki, więc
wartownik go nie przepuścił.

Uparty Szkot udał, że odchodzi, pokuśtykał do zakrętu i przeskoczył przez płot. Dostrzeżono go dopiero, gdy wbiegał do budynku. Zanim podniesiono alarm, wpadł do pierwszego pokoju. Pech chciał, że akurat tam urzędował major, któremu mocno zaszedł za skórę podczas służby w Gwardii Szkockiej. Rozpoznali się w mig, ale komandos był szybszy. Trzasnął drzwiami i utykając pognał dalej. Tym razem mu się poszczęściło. Tra ł na dowódcę 8. Armii generała Neila Ritchie.

Zasalutował, poprosił o wysłuchanie, przedstawił projekt. Generał wykazał zainteresowanie, następnie odwołał alarm i Stirling mógł spokojnie wrócić do szpitala. 

Tydzień później, w połowie lipca 1941 r., został wezwany do gen. Auchinlecka. Poszło lepiej niż oczekiwał – dostał pozwolenie na rekrutację 60 ochotników do wymyślonej przez siebie jednostki. Generał zaakceptował też proponowaną przez niego nazwę – Special Air Service Brigade (Brygada Specjalnej Służby Lotniczej), w skrócie SAS.