Dokument, do którego dotarliśmy, to czubek góry lodowej. To fałszywka, będąca częścią operacji skompromitowania Lecha Wałęsy niemal na początku stanu wojennego. Chodziło o to, aby lider „Solidarności” nie dostał pokojowej Nagrody Nobla. Jeśli operacja sie powiodła, opóźniła wyróżnienie Wałęsy o rok – związkowiec otrzymał nagrodę w 1983 r. Dziś dokument trzeba czytac ostroznie, pamiętając o tym, ze nie występował samoistnie, ale jako cześć pakietu. Do opublikowanego poniżej listu zostały, bowiem dołączone kopie 4 dokumentów, uznawanych do niedawna przez niektórych badaczy za najmocniejsze dowody współpracy Lecha Wałęsy z SB. Były to 2 pokwitowania odbioru gotówki podpisane przez tajnego współpracownika „Bolka” (z 1971 r. na 1500 zł i z 1974 r. na 700 zł), notatka funkcjonariusza SB ze spotkania z „Bolkiem” i odręczne doniesienie tegoż agenta ze stycznia 1971 r. o przebiegu wydarzeń grudniowych w Gdańsku. Oto wspomniany list (zachowana oryginalna pisownia), a następnie historia jego powstania.

Pracowałem z kolegami długo i mozolnie, aby móc udowodnić narodowi polskiemu i całemu światu jak bardzo się myli uwielbiając Lecha Wałęsę. Nikt nie chciał słuchać naszych ostrzeżeń przed nim, że to najsprytniejszy w świecie sprzedawczyk i zdrajca. Nareszcie, nareszcie zdobyliśmy dowody, że ten bożyszcze świata to nie kto inny jak wybitny agent UB. Aby to zdobyć narażaliśmy swoje życie, kosztowało nas to bardzo drogo, ale dopięliśmy celu. Dlatego Panowie!

Powierzam Wam misje opublikowania tych dowodów we wszystkich możliwych środkach masowego przekazu Wolnego Świata. Pamiętajcie, że to musicie uczynić w imię solidarności z „Solidarnością”!!

Kto to jest Lech Wałęsa? To jest agent UB Bolek!!! Faryzeusz i łobuz nad łobuzami! Już w czasie tragedii grudnia 1970 r. i wydarzeń po nim następujących sprzedawał bezpiece swoich kolegów. Za jego sprawą wiele było branych na przesłuchania do UB i zwalnianych z pracy. Po powstaniu Wolnych Związków Zawodowych w Gdańsku przeniknął do nich, aby szpiclować takich działaczy jak Anna Walentynowicz, Alina Pi[e]ńkowska, Florian Wiśniewski czy Tadeusz Stanny.

Przy pomocy swoich szefów z UB sprytnie stanął na czele strajków w 1980 [r.], a później zawładnął powstającą „Solidarnością”. I tu się zaczyna szczyt jego zdradzieckiej kreciej roboty. Wyciszył konflikt wokół Bydgoszczy. Oczyścił M[iędzyzakładowy] K[omitet] Z[ałożycielski] [NSZZ „Solidarność”] w Gdańsku z ludzi pryncypialnych i zasłużonych dla „Solidarności”. Zgodnie z poleceniem bezpieki chciał oczyścić Zarząd Regionu Mazowsze, ale było to jednak ponad jego siły. Potajemnie pertraktował z rządem i wykonywał jego instrukcje. Majstersztykiem jego manewrów „Solidarnością” było przygotowanie dla rządu gruntu do wprowadzenia stanu wojny. Zagranie na nosie w Radomiu było niczym innym jak uzgodnionym wcześniej hasłem. Ponieważ znał termin wprowadzenia stanu wojny, przekładał dwukrotnie termin obrad Komisji Krajowej NSZZ „Solidarność” po to, aby umożliwić wojsku i bezpiece aresztowanie członków Komisji Krajowej w Gdańsku i w drodze do domu. Specjalnie odsłonił regiony pozbawiając ich przywódców.

Stan wojny był jedyną możliwą okazją dla Wałęsy i jego mocodawców do pozbycia się ze związku zagrażających mu ludzi. Teraz wygodnie sobie odpoczywa i namawia się z prominentami, co do dalszych planów.

Z góry przepraszam każdego z Panów, że posłużyłem się kilkoma drogami przekazania do Wolnego Świata dowodów, że Lech Wałęsa to zdrajca „Solidarności”, rutynowany agent bezpieki i pachołek junty. Mam pewność, że dotrą one do celu. Dołączam dowody.

Członek Ochrony Ogólnopolskiego Komitetu Oporu
NSZZ „Solidarność”
Styczeń 1982 r. Mieszko I

 

O co chodzi w tym liście? Komu zależało na przedstawieniu Lecha Wałęsy w jak najgorszym swietle i kto miał być odbiorca tego listu? Z jaka instytucja autor kojarzył wspomniany Wolny Świat i co miał wspólnego ów Wolny Świat z czysto polskimi problemami? I najważniejsze – czy list ten może być koronnym dowodem na współprace lidera „Solidarności” z bezpieka, czy tez może... dowodem jego niewinności? Ale po kolei.

Prezentowany powyżej list (wraz z załącznikami) został „odnaleziony” przez funkcjonariuszy bydgoskiej SB w mieszkaniu rodziców działacza podziemnego Ogólnopolskiego Komitetu Oporu (OKO) w Bydgoszczy Marka Mądrzejewskiego. 21 kwietnia 1982 r. o 6.00 rano wkroczyło do niego trzech funkcjonariuszy Komendy Wojewódzkiej MO pod dowództwem Leona Rybackiego. Działacz OKO zapytany, czy dysponuje dokumentami powstałymi w czasie jego nielegalnej działalności, odpowiedział, że tak, i wydał je. Mimo to przystąpiono do przeszukania. W jego trakcie zakwestionowano liczne materiały, w tym prywatną korespondencję, bilety kolejowe i notatki literackie często pochodzące jeszcze sprzed wprowadzenia stanu wojennego (łącznie w protokole przeszukania odnotowano 69 pozycji). W trakcie przeszukiwania ostatniego pokoju, gdy osoba przybrana w charakterze świadka (co ciekawe, był to oficer MO) opuściła na kwadrans mieszkanie, jeden z funkcjonariuszy spośród książek wydobył „odnaleziony” przez siebie list rzekomego członka ochrony OKO i załączone do niego dokumenty.

Jak zeznawał potem Mądrzejewski: „Sytuacja wyglądała następująco: jeden z funkcjonariuszy sporządzał protokół, a drugi przerzucał śmieci w koszu. Świadek przybrany przez funkcjonariuszy i ja siedzieliśmy na kanapie. Moja mama stała w wejściu do pokoju. Funkcjonariusz przeszukujący książki stał do nas plecami, zasłaniając prawie całą półkę. W pewnym momencie odwrócił się, trzymając w ręku wspomniane kartki papieru. Równocześnie dotarły do mnie dwie informacje: wzrokowa – ponieważ były to kartki papieru o kolorze, jakiego w domu nie posiadałem, i werbalna – uwaga rzucona przez tego funkcjonariusza: »o to jest już Mieszko II?«. Wyraziłem zdziwienie i niezrozumienie rzuconego wyraźnie pod moim adresem pytania”.

Funkcjonariusze stwierdzili, że to papier zagraniczny ze szwedzkimi znakami wodnymi, a dokumenty mają „wagę państwową”. Mądrzejewski stwierdził, że nie wie, w jaki sposób te papiery znalazły się w jego rzeczach. Chciał też zapisać to na ich odwrocie, ale nie pozwolił na to mjr Rybacki, „argumentując to chęcią niedopuszczenia do niszczenia dokumentu państwowego zbyt długim tekstem”. Znamy też, choć częściowo, dalszy los tych dokumentów. 21 lipca 1982 r. szef Oddziału V Naczelnej Prokuratury Wojskowej Bolesław Kliś przesłał je dyrektorowi Biura Śledczego MSW Hipolitowi Starszakowi z prośbą o „zlecenie wyjaśnienia czy źródłem załączonych kserokopii były dokumenty oryginalne (co do miejsca, czasu i osób w nim wymienionych) oraz w przypadku potwierdzenia oryginalności, w jaki sposób dostały się one w ręce osób niepowołanych”. W aktach nie zachowała się odpowiedź z MSW, o ile oczywiście takowa została wystosowana.

„Odnalezione” u Mądrzejewskiego dokumenty doczekały się ekspertyzy grafologicznej w listopadzie 1990 r. Porównywano wówczas dwa pokwitowania odbioru gotówki oraz doniesienie tajnego współpracownika „Bolka” z dokumentami z 1982 r. sygnowanymi przez Lecha Wałęsę. Oględzinom poddał je Wydział Badań Dokumentów Centralnego Laboratorium Kryminalistycznego Komendy Głównej Policji. Autor opinii komisarz Dariusz Augustyn stwierdził wówczas, że „wyniki analizy graficzno- porównawczej kserograficznych kopii rękopisów [...] nie pozwalają na jednoznaczne rozstrzygnięcie [...] czy ich wykonawcą jest osoba, której wzory pisma w postaci kserokopii przedstawiono do badań jako materiał porównawczy”. Obok kilkunastu najważniejszych cech zgodnych autor opinii wyliczył też kilka najistotniejszych cech różnych. Na taki, a nie inny wynik ekspertyzy miały wpływ dwa fakty. Po pierwsze materiał porównawczy pochodził z o wiele późniejszego okresu, a charakter pisma człowieka zmienia się. Po drugie zaś, jak stwierdzał Augustyn: „w przypadku badań identyfikacyjnych pisma ręcznego kopia kserograficzna stanowi zasadnicze utrudnienie, często niepozwalające na rozstrzygnięcie kwestii wykonawstwa reprodukowanych rękopisów”. Pozostaje pytaniem, co tak naprawdę było celem „operacji bydgoskiej”. Dlaczego podszyto się pod OKO, skoro człowiek Nr 2 tej organizacji – Andrzej Konarski, jak utrzymuje dziś szereg jego kolegów z dolnośląskiej „Solidarności” (na czele z Władysławem Frasyniukiem), miał być agentem SB? Dlaczego kwity sygnowane „Mieszko II” zostały podrzucone akurat Mądrzejewskiemu? Czyżby SB liczyła na to, że działacz, który utrzymywał m.in. kontakty z osobami z Warszawy, zaraz opowie o podrzuconym mu liście i załączonych do niego dokumentach innym związkowcom?

GENIALNY FAŁSZERZ


Jedno jest pewne: „odnalezienie” listu rzekomego członka ochrony OKO Marka Mądrzejewskiego to kombinacja operacyjna SB. Z pewnością nie była to lokalna inicjatywa, lecz fragment operacji na skalę ogólnopolską. Wystarczy przypomnieć, że w lutym 1982 r. dokumenty mające kompromitować Wałęsę przywiózł internowanej w Gołdapi Annie Walentynowicz „krewniak z Poznania”. Jak potem wspominała opozycjonistka: „Wiedziałam już, że to prowokator, ale wzięłam pudełko. W bombonierce pod opakowaniem znalazłam 4 strony kserokopii dokumentów, mających być dowodem współpracy Wałęsy z bezpieką. I gryps: »Cioteczko nareszcie masz dowody«”. Z pewnością była też kolportowana 2. wersja listu „Mieszka II”. List był skierowany do mieszkańców Gdańska i powstał prawdopodobnie po 1 maja 1982 r. Na jego odwrocie umieszczono autentyczny list Andrzeja Kołodzieja do Komisji Zakładowej NSZZ „Solidarność” ze stoczni w Gdyni zawierający zarzuty pod adresem Wałęsy (m.in. o kontakty z władzą).

Również data podrzucenia dokumentów mających kompromitować Wałęsę nie wydaje się przypadkowa. Dzień wcześniej gdańska SB wkroczyła do mieszkania Eugeniusza Szumiejki, przywódcy Ogólnopolskiego Komitetu Oporu (wraz z innymi przywódcami OKO używał on zbiorowego pseudonimu „Mieszko”, co wykorzystała SB), a dzień później powstała Tymczasowa Komisja Koordynacyjna. Z braku dokumentów trudno jednak stwierdzić, czy zachodził związek między tymi wydarzeniami. Zresztą w całej sprawie więcej kwestii pozostaje niejasnych. Nie wiadomo, która jednostka MSW przygotowała operację z pierwszej połowy 1982 r. przeciwko Wałęsie. Do niedawna wydawało się, że najprawdopodobniej prowadził ją Wydział III Departamentu V MSW, odpowiedzialny za rozpracowanie władz krajowych „Solidarności”. A później przejęło ją zapewne Biuro Studiów MSW, utworzone w 1982 r. specjalnie w celu zwalczania związku. Jak wynika bowiem z większości dokumentów, jednostka ta miała rozpocząć działalność w czerwcu 1982 r. Zatem nie mogła ona prowadzić działań przeciwko Wałęsie w maju, kwietniu czy tym bardziej lutym 1982 r. Ostatnio odnalezione dokumenty świadczą jednak, że jednostkę tę utworzono prawdopodobnie 15 stycznia 1982 r. Co ciekawe, o jej powstaniu funkcjonariuszy resortu poinformowano dopiero 10 sierpnia 1982 r. Czy zatem działała ona przez kilka miesięcy konspiracyjnie? Czy też może faktycznie rozpoczęła działania dopiero w połowie roku, a wcześniej funkcjonowała na papierze? Odpowiedź na te pytania może mieć istotne znaczenie dla wyjaśnienia operacji bydgoskiej.

Dlaczego? Otóż akurat o działaniach Biura Studiów MSW przeciwko Wałęsie wiemy nieco więcej. A to dzięki wewnętrznemu śledztwu, prowadzonemu przez specjalnie powołany w Ministerstwie Spraw Wewnętrznych zespół do przeprowadzenia „czynności wyjaśniających w sprawie ppor. Eligiusza Naszkowskiego, byłego inspektora Biura Studiów SB”. Zespół ten został powołany w marcu 1985 r., w kilka miesięcy po ucieczce wspomnianego funkcjonariusza z kraju. W ciągu trzech miesięcy zespół przestudiował materiały dotyczące Naszkowskiego oraz przeprowadził szereg czynności wyjaśniających, w tym rozmowy ze 114 funkcjonariuszami Służby Bezpieczeństwa, głównie z Biura Studiów. Wśród osób składających wyjaśnienia znaleźli się m.in. Adam Styliński z Biura Studiów i Tadeusz Maraszkiewicz z Departamentu Techniki MSW. Szczególnie cenne dla omawianej kwestii jest „Uzupełnienie oświadczenia” tego pierwszego (odczytane przy okazji uzasadnienia korzystnego dla Wałęsy wyroku sądu lustracyjnego). Styliński stwierdzał w nim bowiem: „Koncepcja przeprowadzenia »działań specjalnych« dotyczących Lecha Wałęsy powstała z chwilą powołania Biura Studiów SB MSW. Działania te miały na celu pokazanie społeczeństwu [...] postaci przewodniczącego NSZZ »Solidarność« jako agenta SB wykonującego wszystkie zalecenia swoich opiekunów”.

Oczywiście działania specjalne prowadzono w ścisłej konspiracji. Wiedziało o nich w resorcie (przynajmniej na początku) zaledwie kilka osób: minister spraw wewnętrznych Czesław Kiszczak, jego zastępca nadzorujący Biuro Studiów Władysław Ciastoń, dyrektor tego biura Władysław Kuca i dwaj jego wyżsi podwładni: wicedyrektor Adam Malik oraz zastępca naczelnika jednego z wydziałów – Józef Burak. Następnie do tego grona dołączyli dwaj bezpośredni wykonawcy: Styliński i Maraszkiewicz. Ponadto częściowo w całej operacji musiała się też orientować jedna z funkcjonariuszek Biura Studiów MSW – Barbara Drążkiewicz, która „przepisywała niektóre teksty na specjalnej maszynie”.

 

Gaduła Tadeusz Maraszkiewicz

Ur. 17 października 1943 roku w Warszawie. Od października 1972 roku funkcjonariusz Departamentu Techniki MSW. W centrali resortu należał do mniejszości, był, bowiem bezpartyjny. Jednak jak pisali (na początku 1980 r.) jego przełożeni: „Swój stosunek do Partii i jej polityki potwierdza, na co dzień zaangażowaniem, rzetelnie wykonywana praca oraz aktywnym uczestnictwem w szkoleniu partyjno-politycznym”. Jego „wyjątkowe predyspozycje do naśladowania i odtwarzania charakteru pisma” wykorzystywano na potrzeby meldunków legalizacyjno- -operacyjnych. Według opinii przełożonych (z września 1975 r.) swa prace wykonywał „dokładnie i solidnie, przejawiając wiele inicjatywy i samodzielności”. Mimo tego w lutym 1976 r. jego kariera w MSW zawisła na włosku, gdyż „będąc w delegacji służbowej na terenie woj. bydgoskiego wdał sie w dyskusje z postronna osoba, w czasie, której podał szereg informacji o charakterze służbowym”. Otrzymał wówczas „ostrzeżenie o niepełnej przydatności na zajmowanym stanowisku”. Jednak juz w grudniu 1976 r. nałożona na niego kare anulowano, gdyż „wykazał oczywista poprawę w swym postępowaniu ogólnym, wyrażająca sie szczególna dbałością o zdyscyplinowanie służbowe, pracowitością, zaangażowaniem w wykonywana prace oraz właściwa koleżeńską postawą wobec kolektywu współpracowników”. Uczestniczył w tym okresie „w wielu bardzo poważnych sprawach operacyjnych resortu oraz Sztabu Generalnego MON”. Mimo to Maraszkiewicz niezadowolony ze swych zarobków (z powodu kary ominęła go bowiem podwyżka) złożył w kwietniu 1977 r. podanie o zwolnienie. Jednak nie odszedł z resortu. Przełożeni woleli podnieść mu pensje. Tym bardziej ze oprócz meldunków operacyjnych wykorzystywano go do tzw. tematów specjalnych, jak w 1982 r. A jego praca przynosiła resortowi spraw wewnętrznych „znaczne korzyści operacyjne”.


W ramach działań sporządzono „kilka doniesień, z których ostatnie nosiło datę prawdopodobnie 1981 r.”. Jak pisał Styliński, w tym celu wykorzystano dostępne SB materiały, m.in. podsłuchy i stenogramy wystąpień Wałęsy. Pierwszy etap tej operacji polegał na „przedłużeniu działalności t[ajnego] w[spółpracownika] »Bolka« tj. Lecha Wałęsy o minimum dziesięć lat (ostatnie doniesienie »Bolka« pochodziło z 1970 r.)”. Powstałym w ten sposób „»dokumentom « nadano właściwą szatę graficzną (charakter pisma TW ps[eudonim] »Bolek«, omówienie, odpowiedni papier”.

Ponieważ miały one charakter odręczny, potrzebny był zatem Maraszkiewicz posiadający „wyjątkowe predyspozycje do naśladowania i odtwarzania charakteru pisma i podpisów”. Bez cienia przesady można stwierdzić, że był on genialnym fałszerzem kwitów, który potrafił podrobić każdy właściwie dokument. Uczynienie z Wałęsy agenta bezpieki nie było dla Maraszkiewicza zbyt wielkim wyzwaniem. Po prostu rutyną, kolejnym działaniem zleconym przez przełożonych. Dokumenty sporządzone przez Biuro Studiów MSW przekazane zostały członkom jury przyznającego pokojową Nagrodę Nobla za pośrednictwem Departamentu I MSW, czyli wywiadu. Wśród nich znalazł się list oraz kserokopie rzekomego doniesienia „Bolka” i pokwitowanie odbioru kilkuset złotych. Z kolei ambasadorowi Norwegii miano doręczyć „list razem z oryginalnym doniesieniem, z prośbą o wykonanie ekspertyzy pisma”. Zresztą później próbowano dwukrotnie takową ekspertyzę uzyskać od strony norweskiej.

Widoczna jest tu oczywista zbieżność z dokumentami podrzuconymi Mądrzejewskiemu. Być może całą prawdę o tej prowokacji uzyskamy po otwarciu archiwów Komitetu Noblowskiego. Niestety nie nastąpi to zbyt szybko, bo dopiero w roku 2033.