W 2020 roku za powieść „Baśń o wężowym sercu albo wtóre słowo o Jakóbie Szeli” został laureatem Nagrody Literackiej „Nike”, za tę książkę uhonorowano go także Nagrodą im. Janusza A. Zajdla oraz nagrodą Europejskiego Stowarzyszenia Science Fiction. Pytamy Radka Raka o związki jego twórczości z SF, inspiracje i plany. 

Focus: Czuje się Pan jeszcze przedstawicielem szeroko pojętej literatury fantastycznej? Zaczęło się od „Nowej Fantastyki”, w ostatnich latach dostał Pan kilka nagród przyznawanych w środowisku miłośników tego gatunku, ale zdarza się, że pisarze, którzy debiutowali jako twórcy fantastyki (np. Szczepan Twardoch czy Wit Szostak), przechodzą z czasem w stronę literatury głównego nurtu. Jak będzie z Panem? 

Radek Rak: Fantastyka to moja literacka ojczyzna. Przede wszystkim fantasy, bo wychowałem się na Tolkienie i Lewisie, a za najlepszą rzecz, jaka przydarzyła się polskiej literaturze, uważam twórczość Sapkowskiego. Pewnie, moje książki raczej błąkają się po granicy gatunku, trudno je uznać za fantastykę w pełni „gatunkową”, niemniej każda z nich spełnia zasadę brzytwy Lema [mówiącej, że „jeśli można usunąć z danego utworu wszystkie elementy fantastyczne, bez szkody dla jego treści, to utwór nie jest już prawdziwą fantastyką”; przyp. red.]. A czy ktoś próbował już użyć „brzytwy Lema” na nim samym?. Nie wypisuję się z fantastyki, przynajmniej na razie, i może robię niezbyt mądrze, bo mejnstrim więcej płaci, dlatego też rozumiem tych, którzy opuszczają fantastyczne getto. Wiem też, że niektórym twórcom, jak właśnie Witowi Szostakowi, było w fantastycznym gorsecie po prostu zbyt ciasno, że ich pętał i nie pozwalał się wysłowić. Mnie ten gorset trochę pomaga trzymać się prosto i pewnie trochę chroni moją prozę przed skoliozą słowną. 

Fantasy (bo nie piszę SF, nie rezonuje ono we mnie) pojmuję jako coś, co jednocześnie jest i powieścią przygodową, i czymś znacznie więcej, to znaczy mitem. A mit to zawsze taka opowieść pierwsza. Opowieść o tym, dlaczego jestem, gdzie jestem, dlaczego świat wokół jest, jaki jest, i czy w ogóle ma sens pytanie o przyczynę i cel tego wszystkiego (a jeśli nie ma, to też dlaczego).

Focus: To o czym będzie następna Pańska książka?

Radek Rak: Miała być o dębickich Żydach i Polakach, będzie o czymś zupełnie innym. Będzie o owadach i ich przeobrażeniu, o tym, czy ludzie mogą się przeobrazić, a jeśli tak, to kiedy i w co. I o tym, kim bylibyśmy, gdyby w pewnym momencie naszej historii wygrała gnoza, a nie chrześcijaństwo. Ale będzie też wielka podróż i dużo przygód, i magia, ale taka prawdziwa.

Focus: Mottem książki „Puste niebo”  jest myśl „Nikomu się nie śniło, co mu się może śnić” Stanisława Lema. Czuje Pan, pomimo wszelkich różnic literackich, jakieś powinowactwo z Lemem? Coś mu Pan zawdzięcza? 

Radek Rak: Szczerze? Jako czytelnik nigdy Lema nie lubiłem. Wydawała mi się jego proza sucha, kostyczna, a postacie bardziej podobne do maszyn niż ludzi. A jednocześnie kończyłem każdą z książek Lema z wrażeniem, że aż iskrzą mi synapsy, że coś przestawiło mi się w głowie. Możliwe, że oschłość jego książek pozwalała na lepsze oswojenie myśli o kontakcie z Innym, i o tym, czy w ogóle jest się w stanie zrozumieć Innego, czy jesteśmy skazani na solipsyzm, poza który nie ma wyjścia. Takie wyniosłem wrażenia po lekturze „Głosu Pana”, który jest tą książką Lema, którą cenię najbardziej. Ale też doceniam słowny kunszt, bo Lem formował słowo i przekuwał je w nowe sensy jak czarodziejski kowal. Weźmy „Cyberiadę”, żeby nie szukać zbyt daleko. To jest ten rodzaj szacunku, jaki jeden rzemieślnik okazuje drugiemu. Szacunek podszyty odrobiną zazdrości, bo też czasem tak bym chciał.

Focus: W opowiadaniu „Małe zwierzątka” dostaje się trochę Dębicy, Pańskiemu rodzinnemu miastu. A mimo to ponoć chętnie Pan tam bywa. Nie myślał Pan nigdy, nawet w dzieciństwie, o napisaniu tradycyjnego science-fiction osadzonego wokół Dębicy przyszłości?

Radek Rak: Dębicy się nie dostaje. Dębica jest opisana taka, jaka jest. Kocham swoje rodzinne miasto, ale miłość nie polega na wystawianiu laurek. A ja, choć lubię zmyślać, to bardzo nie lubię kłamać. Podejrzewam, że akcja „Zwierzątek” mogłaby dziać się w dowolnym miasteczku, które oberwało na transformacjach i chyli się nieustająco ku upadkowi. Tego nie widać z dnia na dzień, ale widać z roku na rok. Ostatnio ukazał się świetny zbiór reportaży Marka Szymaniaka pt. „Zapaść. Reportaże z mniejszych miast”, w którym opisywane są realia miast podobnych Dębicy. Dlaczego są trudności z pracą i dlaczego tyle osób pracuje półlegalnie. Dlaczego tak trudno znaleźć w małym mieście mieszkanie, nawet mając pracę. Jak upadek zakładów pracy w latach dziewięćdziesiątych odbija się tym miastom czkawką po dziś dzień. To są rzeczy, których nie widać z perspektywy dużych miast, i o tym trzeba przypominać. Co jest rzeczą dziwną, bo przecież mieszkańcy wielkich miast w dużej mierze byli kiedyś mieszkańcami małych miasteczek. Trochę na przykład dziwię się narzekaniu na komunikację miejską w Krakowie, cały czas bowiem pamiętam, jak kursowały autobusy w Dębicy i okolicznych wsiach. A w Krakowie tramwaj, którym poruszam się najczęściej, jeździ co dziesięć minut, a ma podobno zacząć jeździć co siedem i pół minuty, bo co dziesięć minut to za rzadko. Nie tak dawno do niektórych miejscowości w okolicy Dębicy autobus dojeżdżał co siedem i pół godziny. Chyba że spadł śnieg, to wtedy wcale. Przepraszam za dygresję, ale wykluczenie komunikacyjne to kolejna sprawa, o której mówi się stanowczo zbyt mało. Może dlatego, że o problemach małych miast w ogóle w publicznym dyskursie niewiele się mówi. Tak, jakby wszyscy czekali, aż te miasteczka zdechną. To mnie straszliwie boli.

Powieści SF nie będzie, ani o Dębicy, ani o niczym innym, bo SF nie gra w mojej krwi. Lubię „Diunę”, uwielbiam twórczość Dana Simmonsa, Neala Stephensona i Jacka Dukaja, ale ze względu na inne treści niż techniczno-naukowe. „Diunę” i „Hyperiona”/ „Endymiona” traktowałem zresztą zawsze bardziej jako fantasy w kosmosie, czym pewnie ściągnąłbym na swoją głowę gromy starszej części fandomu.

Focus: Jakie były Pańskie najważniejsze inspiracje? „Baśń o wężowym sercu albo wtóre słowo o Jakóbie Szeli” można uznać za przykład polskiego realizmu magicznego, ale miejscami ewidentnie odwołuje się do Tolkiena.

Radek Rak: Z mistrzami jest tak, że trudno się od nich uwolnić. Kiedyś Tolkien również rozpychał się w mojej twórczości i nawet zdążyłem pogodzić się z tym, że nigdy się od niego nie uwolnię. Z czasem jednak coraz mniej było Tolkiena z wierzchu, zszedł za to do podziemia tekstu i tam przebywa do dziś: w strukturze mitu, w podejściu do baśniowości i eskapizmu, w sferze wartości i kierunku, który wskazuje moralny kompas opowieści. W żadnej mojej książce nie widać Tolkiena na pierwszy rzut oka, na drugi też chyba nie bardzo. Ale na poziomie podstawowym „Baśń o wężowym sercu” jest takim rodzajem historii, o jakim Tolkien pisał w eseju „O baśniach”.

Focus: W „Małych zwierzątkach” pisze Pan: „W książkach bohaterowie zwykle orientują się w rodzajach win i bezbłędnie rozróżniają cabernet od merlota; we współczesnej prozie polskiej natomiast szczególnie popularne jest musujące prosecco. On jednak nie nadawał się na bohatera literackiego, nawet współczesnej prozy polskiej, i nigdy nie pił burgunda ani prosecco, a jedynie jabłkowe cavaliery, a dawniej jeszcze różowe wina z Pektowinu Jasło”. Czyżby uważał Pan, że we współczesnej polskiej literaturze jest dużo sztuczności i pozerstwa?

Radek Rak: Chyba mniej niż niedawno. Musiałbym zapytać bohatera „Zwierzątek”, bo jednakowo nie znam się ani na prosecco, ani na cavalierach, a on posiadł głęboką wiedzę przynajmniej na temat tych drugich.

Focus: „Małe zwierzątka” można przeczytać na serwisie WolneLektury.pl – legalnie, za darmo. Ale w dzisiejszych czasach wielu rodaków jest przyzwyczajonych, że wszystko i zawsze – książki, muzykę, filmy – można mieć za darmo; pal licho, że z nielegalnych źródeł. Jednak piszący muszą przecież z czegoś żyć. Jest na to jakieś remedium? Notabene, Pan łączy pisanie z innym fachem: pracuje w przychodni weterynaryjnej...

Radek Rak: Moja praca pisarska jest tak samą pracą jak praca zawodowa. Wymaga czasu, researchu i dużych nakładów własnych, także finansowych, bo porządnie wykonana kwerenda zawsze kosztuje. A za pracę należy się wynagrodzenie. Jest to uczciwe i na szczęście coraz częściej zaczyna się mówić otwarcie o tym, że twórca, by tworzyć, musi mieć z czego żyć. Żaden twórca nie potrzebuje odbiorcy, który okrada go z zapłaty za jego pracę. Nikt nie powinien pracować za darmo: ani nauczyciel, ani fryzjer, ani lekarz weterynarii, ani twórca gry komputerowej, ani pisarz. Rozumiem aż nazbyt dobrze, że uczestniczenie w kulturze kosztuje. Bilet do teatru jest drogi. Książki bywają drogie; na szczęście są biblioteki, a sam bardzo często korzystam z internetowych promocji.