O tym, jak groźna może być choroba wysokościowa, przekonał się już niejeden alpinista. Na przykład Kamil Gabarski – kiedy schodził z Piku Korżeniewskiej (7105 m n.p.m.) doznawał przedziwnych halucynacji. ,,Widziałem człowieka sprzedającego lody w budce” – opowiada „Focusowi” – „słyszałem różne głosy i inne niestworzone rzeczy. Rok później uczestnicząc w wyprawie na szósty szczyt świata Cho Oyu (8201m), opiekowałem się litewskim himalaistą Gintarasem, który stracił oko z powodu zbyt dużego wysiłku przy zbyt niskim ciśnieniu, jakie panuje na dużych wysokościach. Konsekwencją tego było odklejenie się siatkówki. U innych wspinaczy zaistniały również przypadki mniejszych bądź większych obrzęków płuc i mózgu. Osoby takie należy natychmiast sprowadzić na niższe wysokości bądź leczyć w worku hiperbarycznym zwanym »workiem Gamowa«” – mówi Gabarski.

DO DWÓCH KUBKÓW

Z reguły choroba wysokogórska zaczyna się na wysokościach powyżej 2500 m n.p.m., gdzie ze względu na rozrzedzenie atmosfery zaczyna brakować tlenu. Najpierw pojawia się złe samopoczucie (które niektórzy odczuwają już, będąc nad Morskim Okiem, na wysokości zaledwie 1395 m n.p.m.). Najbardziej narażeni są ludzie, którzy przyjeżdżając w góry, prosto z auta wybierają się na wędrówkę. Im wyżej człowiek zawędruje, tym skutki będą szybsze i poważniejsze.

Najczęściej i najszybciej występujący objaw to bóle i zawroty głowy. To początek. Jeśli nie zejdzie się na niższe partie choćby na noc, objawy będą się nasilać. Szybko może wystąpić bezsenność, brak apetytu, ogólne rozdrażnienie, zmęczenie, bóle mięśni, nudności, otępienie. Wymioty to już reakcja na znaczne niedotlenienie organizmu, podobnie jak obrzęki twarzy, rąk, stóp oraz problemy z oddawaniem moczu, wreszcie: obrzęk mózgu. Zdolności ruchowe i umysłowe, jak np. podejmowanie słusznych decyzji, pogarszają się w błyskawicznym tempie, prowadząc w efekcie do śpiączki, po której następuje śmierć.

Tak się niestety często dzieje, bo osoba, u której wystąpiła już zaawansowana choroba wysokogórska, zazwyczaj nie jest w stanie samodzielnie zejść na niziny. Na bardzo dużych wysokościach (powyżej 7000 m n.p.m.) alpiniści na skutek niedotlenienia mają wrażenie, że ktoś im towarzyszy, wspina się razem z nimi. Często oglądają się za siebie, czekają na kogoś lub nawet rozlewają herbatę do dwóch kubków. Choć Choć ryzyka choroby wysokogórskiej nie można całkowicie wyeliminować, pewnymi sposobami można je złagodzić. Pierwszym, najważniejszym etapem jest aklimatyzacja. Rozpoczyna się praktycznie od momentu przybycia w góry. Już po kilku godzinach przebywania na wysokości rozpoczyna się wzmożona produkcja odpowiadających za transport tlenu krwinek czerwonych. Wzmożona produkcja erytrocytów (policytemia) spowodowana jest wydzielanym przez nerki hormonem, erytropoetyną. Maksymalne wytwarzanie tego hormonu przez nerki następuje po 24–48 godzinach i utrzymuje się tylko przez 7–8 dni. Ważne, by przez pierwsze 2–4 doby unikać bezpośredniego wejścia z nizin na wysokość ponad 2700 metrów n.p.m. Ale już po kilku dniach człowiek jest na tyle zaadaptowany do nowych warunków, że może zacząć ruszać na podbój szczytu powyżej 3000 metrów. Od tej wysokości aklimatyzacja następuje w tempie 300 metrów na dobę.

Alpinista powinien trzymać się też zasady „wspinaj się wysoko, śpij nisko”, to znaczy, że powinien się cofać na noc, by kolejnego dnia wspiąć się jeszcze wyżej. Zaleca się, by po pokonaniu 3 tys. metrów po każdym tysiącu metrów zdobytej wysokości odpoczywać jeden dzień. Jeśli pojawiają się symptomy choroby wysokogórskiej, nie należy się wspinać dalej do momentu, kiedy całkowicie zanikną. Jeśli natomiast objawy nasilają się, należy bezzwłocznie zejść w niższe partie gór.

Procesowi aklimatyzacji towarzyszy często odwodnienie, dlatego powinno się przyjmować wówczas sporą ilość płynów,nawet do 4–5 litrów na dobę. Należy też pamiętać, że powyżej 5800 metrów n.p.m. występuje tzw. strefa śmierci, czyli strefa, w której procesy adaptacyjne człowieka przegrywają z procesami prowadzącymi do wyniszczenia jego organizmu. Występuje wówczas niedotlenienie śluzówki jelit powodujące zaburzenia wchłaniania węglowodanów i tłuszczów. Spada masa ciała, zaś organizm nie tylko spala nadmiar zgromadzonego zgromadzonego tłuszczu, ale wykorzystuje również białka zgromadzone w mięśniach. Na tej wysokości dłuższa obecność człowieka bez tlenu może grozić śmiercią.

PŁYWACY NA POŁONINIE

Niedotlenienie może też mieć pozytywne skutki: podnieść wydolność sportowca. Metoda ta jest dziś coraz powszechniej stosowana przez sportowców indywidualnych, a także całe drużyny, zarówno profesjonalistów, jak amatorów. Czas treningu sportowego w górach może wahać się w przedziale 2–5 tygodni, jednak najczęściej są to 2–3 tygodnie, z których pierwszy tydzień stanowi okres aklimatyzacji. Wyznaczenie optymalnej wysokości do podjęcia treningu jest trudne. Trening na nieodpowiedniej wysokości nie pomoże sportowcowi, a nawet może mu zaszkodzić.

Badania przeprowadzone na światowej klasy biegaczach szwajcarskich wykazały, że przebywanie przez 28 dni na wysokości 2456 m n.p.m. oraz trenowanie na wysokości 1800 m n.p.m. doprowadziło u nich do zwiększenia masy hemoglobiny nawet o 7,6 proc., a stężenia erytrocytów o 6,3 proc. Według innych naukowców biegacze długodystansowi mogą okresowo trenować na wysokościach 3500–4000 m n.p.m., jednak okazuje się, że trenowanie na tej wysokości przez wioślarzy czy pływaków wysokiej klasy, zaadaptowanych do warunków wysokogórskich, może powodować ostre zaburzenia dynamicznej i przestrzenno-czasowej struktury ruchu, a nadto doprowadzać do poważnych zmian w technice i koordynacji ruchu.