Na wysokości 3200 metrów nic nie zapowiadało katastrofy. Ötzi zatrzymał się. Wyjął garść wysuszonej, łatwopalnej huby brzozowej. Wystarczyło kilka iskier z kamiennego krzesiwa, by zapłonęło ognisko. Upiekł na nim upolowanego koziołka. Jadł łapczywie, w jego żołądku zachowały się strzępki sierści, którą połykał wraz z mięsem. Zagryzał upieczonym na rozgrzanych kamieniach podpłomykiem z ziaren pszenicy samopszy. Popijał wodą.

– Wszystko wskazuje na to, że najadł się do syta i w ustronnym, osłoniętym od wiatru miejscu odpoczywał po posiłku. Nie zdawał sobie sprawy z zagrożenia – tłumaczy prof. Albert Zink, dyrektor naukowy Muzeum Mumii i Człowieka Lodu Akademii Europejskiej w Bolzano. Wróg zaatakował nagle. Ötzi bronił się zawzięcie. Na jego odzieży i krzemiennym sztylecie znaleziono ślady krwi czterech różnych ludzi. Rozłożenie tych śladów wskazuje, że jednego – zapewne współtowarzysza wyprawy – próbował nieść na plecach. Nie dał rady. Gdy starał się osłonić twarz i piersi, napastnicy dźgnęli go kilka razy w dłoń i nadgarstek. Po uderzeniach zostały głębokie rany.

W czerwcu 2013 r. Frank Maixner z Akademii Europejskiej w Bolzano i Andres Tholey z uniwersytetu w Kolonii przedstawili wyniki analizy białek pobranych z mózgu Ötziego. Jedno z nich uaktywnia się tylko wtedy, gdy dochodzi do wylewu krwi i jej koagulacji (zlepiania się krwinek). W czaszce Człowieka Lodu było go tyle, że nie ulega wątpliwości, iż został mocno uderzony w czoło. Ale nie to go zabiło. Ktoś stojący ponad miejscem potyczki strzelił mu w plecy. Krzemienny grot przebił tętnicę pod obojczykiem. Ötzi instynktownie próbował wyrwać strzałę, ale ułamał drzewce, co jeszcze pogorszyło sytuację. Z otwartej rany bluznęła krew i nic już nie mogło go uratować. – Wiemy, jak zginął, nigdy się jednak nie dowiemy, kto go zabił, z jakich powodów i dlaczego napastnicy nie obrabowali zwłok – badający Ötziego paleopatolog prof. Frank Ruhli zakreśla granice poznania. 

Ubranie, broń i inne przedmioty pozostawione przy ofierze miały dla współczesnych ogromną wartość. Mimo to ich nie zabrali. Jak każda tajemnica, również ta skłania do snucia rozmaitych hipotez. Pojawiły się więc teorie, że Ötzi nie zginął na lodowcu, lecz został tam pochowany lub złożony w ofierze. Pozycja, w jakiej leżały jego zwłoki, nienaturalne ułożenie rąk, a zwłaszcza grot strzały tkwiący w ramieniu zdecydowanie to wykluczają. Badania wykazały, że grot został wykonany w sposób spotykany tylko w tym rejonie Alp. Oznacza to, że Człowieka Lodu zabili jednak pobratymcy, których potomkowie żyją do dziś w tamtej okolicy.

Europejczycy z Azji

Znalezione 19 września 1991 roku w lodzie Alp Ötzalskich zwłoki Ötziego to najstarsza zachowana w całości mumia na świecie. Jej rany, zawartość żołądka i jelit to jakby okno, przez które można zajrzeć do epoki neolitu. Ötzi, bo takie pieszczotliwe imię nadano mężczyźnie, żyjący między 3350 a 3100 rokiem p.n.e., jest bliższy współczesnym, niż moglibyśmy sądzić. Naukowcy z Uniwersytetu Medycznego w Innsbrucku przeanalizowali w ubiegłym roku DNA 3700 austriackich dawców krwi i doszli do wniosku, że wbrew wcześniejszym przypuszczeniom linia pokrewieństwa Ötziego nie wygasła. U 19 mężczyzn odkryli identyczną i bardzo rzadką mutację genetyczną.

– Nie oznacza to, że są w prostej linii potomkami Ötziego, ale że mieli wspólnego przodka, który żył 10, może 12 tysięcy lat temu – wyjaśniał na konferencji prasowej dr Walther Parson, szef zespołu badawczego. Testy były anonimowe, krwiodawców poproszono jedynie o podanie miejsca urodzenia i pochodzenia ich ojców. Na podstawie tych danych można poznać personalia, ale naukowcy nie ujawnili żadnych nazwisk, więc chętni do przeprowadzenia śledztwa na temat żyjących potomków alpejskiej mumii będą musieli jeszcze poczekać. Jedno wiadomo na pewno: drzewo genealogiczne z korzeniami sięgającymi epoki kamiennej to raczej powód do dumy niż wstydu. Jeśli kogoś ono rozczaruje, to jedynie zwolenników teorii o rasowej czystości mieszkańców Alp – jedynych rzekomo rdzennych Europejczyków.