Azjatycki komar tygrysi (Aedes albopictus) zasłużył na swoją nazwę dzięki zdobiącym jego ciało czarno-białym paskom. Komar żółtej febry (Aedes aegypti) jest do niego dość podobny, tylko nieco mniej pasiasty. Oba, choć stosunkowo niewielkie, sprawiają problemy nie tylko w Europie, ale i w Stanach Zjednoczonych czy Australii. Ukłucie komara tygrysiego może przenosić 26 różnych wirusów, w tym żółtą febrę, gorączkę denga i chikungunya, japońskie zapalenie mózgu, gorączkę Zachodniego Nilu. Aedes aegypti nie pozostaje daleko w tyle – poza żółtą febrą może też być nosicielem dengi i chikungunya.

Nazwy tych schorzeń brzmią dla nas bar-do egzotycznie. Nic dziwnego – do niedawna styczność z nimi mieli przede wszystkim turyści wyjeżdżający w tropiki. To się jednak zmienia. „Istnieje ryzyko, że i w Polsce będziemy mieli kłopoty z niektórymi z tych chorób” – przyznaje dr Wacław Nahorski, konsultant krajowy w dziedzinie medycyny morskiej i tropikalnej.

Inwazja ciepłolubnych krwiopijców

Komar tygrysi dotarł na nasz kontynent z Japonii w 1979 r. Najprawdopodobniej po-mogli mu w tym importerzy używanych opon. Utrzymująca się w nich woda stanowi świetną wylęgarnię dla tych owadów. Dziś komar tygrysi jest już obecny w 20 krajach Europy, a jego zasięg z roku na rok rośnie. We Francji tylko między 2008 a 2010 rokiem powiększył swe terytorium ponad czterokrotnie.

W przeciwieństwie do komara tygrysiego, Aedes aegypti występował w Europie jeszcze w połowie ubiegłego wieku. Wtedy wytępiono go m.in. za pomocą niesławnego pestycydu o nazwie DDT. Jednak od kilku lat Aedes aegypti powraca i zaczyna spędzać sen z oczu południowoeuropejskim naukowcom i lekarzom. Choć jak na razie natknąć się na niego można tylko na portugalskiej Maderze, w Gruzji, południowej Rosji i (sporadycznie) w Holandii, istnieje spore prawdopodobieństwo, że także i ten komar pojawi się na kolejnych obszarach Europy.

Naukowcy twierdzą, że choć powodów inwazji egzotycznych komarów jest wiele (np. urbanizacja czy globalizacja), jednym z najważniejszych jest globalne ocieplenie. Kiedy robi się cieplej, skróceniu ulegają cykle życiowe owadów i okresy inkubacji patogenów, a to zwiększa ryzyko rozprzestrzenienia choroby. Nawet wzrost średniej temperatury o 1 stopień Celsjusza może znacząco zwiększyć zagrożenie tropikalnymi infekcjami. Tymczasem scenariusze zmian klimatycznych opracowane przez Międzyrządowy Zespół ds. Zmian Klimatu (IPCC) zakładają, że do końca tego stulecia temperatury w Europie mogą wzrosnąć nawet o 6,4 st. C.

Denga: choroba łamiąca kości

Obydwa ciepłolubne komary mogą prze-nosić wiele chorób. Których powinniśmy się najbardziej obawiać? „Gorączki denga i chikungunya” – twierdzi Paul Reiter, profesor entomologii medycznej z Instytutu Pasteura w Paryżu. U 80 proc. osób zakażonych wirusem dengi nie występują żadne objawy. Pozostali zwykle cierpią na wysoką gorączkę oraz dojmujące bóle mięśni i stawów. Z tego powodu denga jest nazywana „gorączką łamiącą kości” (po angielsku – breakbone fever). U jednej osoby na 20 dochodzi do gorączki krwotocznej: krwawi skóra, dziąsła, pojawiają się krwawe wymioty i krwotoki wewnętrzne.

Nie ma na tę chorobę ani szczepionki, ani leków. Rocznie na świecie nawet 390 milionów osób zostaje zakażonych wirusem dengi po ukąszeniu komara.

A w niedalekiej przyszłości będzie takich przypadków dużo więcej. W ciągu ostatnich 50 lat roczna liczba zachorowań na dengę na świecie wzrosła aż trzydziestokrotnie.

 

Dowody na to widać także w Europie. W 2010 roku dwie osoby na południu Francji zapadły na gorączkę denga po ukąszeniu komarów – był to pierwszy taki przypadek na Starym Kontynencie. Rok później choroba ta pojawiła się w Chorwacji. W 2012 r. na Maderze przez sześć miesięcy odnotowano ponad 2 tys. zachorowań.

Uczeni twierdzą, że w Europie denga może osiedlić się w regionie Morza Śródziemnego, na wybrzeżach Adriatyku, a szczególnie w dolinie Padu we Włoszech. Istnieje jednak prawdopodobieństwo, że dotrze i dalej na północ. Według danych Europejskiej Agencji Środowiska komar tygrysi do 2030 r. może pojawić się nawet w Niemczech i w zachodniej Polsce. Nie oznacza to automatycznie, że wraz z nim pojawi się choroba. Do tego potrzebny jest jeszcze wirus oraz odpowiednie warunki, w których denga może się przenosić na ludzi. Kiedy się one pojawią? Zdaniem części badaczy dopiero w drugiej połowie XXI wieku. Ale są też naukowcy, którzy twierdzą, że już dziś byłoby to możliwe w dużych miastach Śląska.

„Trudno powiedzieć, czy denga pojawi się w Polsce, ale takie ryzyko istnieje. Jeśli tak się stanie, zagrożenie będzie występowało okresowo, np. jeśli przez kilkanaście letnich dni będzie utrzymywać się wysoka temperatura. Na pewno jednak problem nie będzie tak poważny jak w krajach basenu Morza Śródziemnego” – uważa dr Nahorski. Zdaniem prof. Włodzimierza Guta z Państwowego Zakładu Higieny samo pojawienie się wirusa denga w Polsce nie stanowiłoby większego problemu. „Jeśli na danym terenie występuje tylko jeden z czterech jego typów, zachorowania są względnie łagodne. Gorzej, gdy typów jest więcej. U osób, które przeszły zakażenie – nawet bezobjawowe – jednym typem, infekcja kolejnym może prowadzić do gorączki krwotocznej” – wyjaśnia prof. Gut.

Chikungunya: ból trwający latami

Prof. Reiter uważa, że choć epidemie dengi w Europie będą się pojawiać, choroba ta nie zadomowi się u nas tak jak choćby w Singapurze. Bardziej obawia się gorączki chikungunya. „W najbliższym czasie spodziewam się epidemii we Francji. Ludzie są tam zupełnie nieodporni na tego wirusa, a liczba komarów tygrysich jest zatrważająca” – mówi uczony. Do miniepidemii doszło w 2007 r. we Włoszech: 205 osób zachorowało na chikungunyę w dwóch miasteczkach niedaleko Rawenny. Wirusa przywlókł tam najprawdopodobniej zarażony mężczyzna podróżujący z Indii, a potem „włoskie” komary tygrysie przeniosły go na innych ludzi.

Chikungunya rzadko jest chorobą śmiertelną. Jednak ból stawów, jaki wywołuje, potrafi być dojmujący. Co gorsza, może on utrzymywać się miesiącami, a nawet latami. Ogrom cierpień sugeruje sama nazwa choroby. We wschodnioafrykańskim języku makonde słowo chikungunya oznacza „być powykręcanym” – oczywiście z bólu. U niemowląt i ma-łych dzieci choroba ta czasem prowadzi do drgawek, zapalenia opon mózgowych, nawet śmierci.

Naukowcy przewidują, że w najbliższych latach zagrożenie chikungunyą wzrośnie – szczególnie we Francji, północnych Włoszech i krajach Beneluksu. W drugiej połowie XXI w. choroba może dotrzeć też do Europy centralnej, np. Niemiec. Zdaniem dr. Nahorskiego ryzyko, że pojawi się ona w Polsce, nie jest duże, choć nie można go wykluczyć.

Malaria: atak na krwinki i wątrobę

W 2009 r. media obiegła niepokojąca in-formacja z Grecji. Pojawiła się tam malaria – choroba, której w Europie nie stwierdzono od 1975 r. Wprawdzie w ciągu kolejnych dwóch lat odnotowano zaledwie 22 przypadki, ale i tak lekarzy zaniepokoił powrót starego wroga.

O malarii pisał już Hipokrates – ojciec starożytnej greckiej medycyny. W Polsce występowała co najmniej od XIV w. W samym tylko 1921 r. zachorowało na nią 53 tys. Polaków. Na naszym terenie ludzi atakowały głównie zarodźce Plasmodium vivax lub Plasmodium ovale. Te pasożyty niszczą krwinki czerwone i komórki wątroby, co objawia się m.in. wysoką gorączką i może skończyć się śmiercią. Na malarię choruje dziś ponad 200 mln mieszkańców Ziemi, z których co roku umiera milion.

 

Europie udało się pozbyć tej choroby dzięki stosowaniu na szeroką skalę DDT, osuszaniu mokradeł i podawaniu nowych leków antymalarycznych. Teraz jednak malaria wraca wraz z ciepłolubnymi komarami z rodzaju Anopheles. Na szczęście zdaniem naukowców nie grożą nam epidemie takie jak w przeszłości. Walka z przenoszącymi malarię komarami jest łatwiejsza niż w przypadku owadów przenoszących dengę czy chikungunyę, zwłaszcza w krajach rozwiniętych. Choroba pojawiła się w Grecji wtedy, gdy pogrążyła się ona w kryzysie ekonomicznym. Dlatego zdaniem prof. Reitera w przyszłości malaria może występować tylko na niewielkich obszarach Europy, zwłaszcza w mniej zamożnych krajach, takich jak Bułgaria czy Albania.

Leiszmanioza:  blizny lub śmierć

Większym problemem może okazać się inna choroba. To leiszmanioza, także wywoływana przez pierwotniaki. Nie roznoszą jej komary, lecz maleńkie muchówki z rodzaju Phlebotomus. W Europie leiszmanioza występuje w dwóch odmianach: skórnej i trzewnej. Ta pierwsza  objawia się owrzodzeniami mającymi nawet  10 cm średnicy, które często zostawiają trwałe blizny. Znacznie groźniejsza jest postać trzewna, która uszkadza narządy wewnętrzne i nawet co piątego chorego doprowadza do śmierci.

Co roku na świecie 1,5 mln osób zapada na leiszmaniozę skórną, na trzewną – pół miliona. W regionie Morza Śródziemnego ta choroba nie jest niczym nowym. We Włoszech i Albanii rocznie odnotowuje się ok. 200 przypadków, głównie leiszmaniozy trzewnej. „Jednak nawet nieznaczne ocieplenie klimatu może przyczynić się do zwiększenia zasięgu występowania muchówek oraz ich aktywności, co przekłada się na większą ilość ukąszeń” – twierdzi entomolog Paul Ready z Natural History Museum w Londynie. I to już widać. Przez ostatnie 15 lat muchówki rozprzestrzeniały się w Europie coraz bardziej na północ. Są już w Niemczech, Austrii i Belgii. Zdaniem badaczy z Węgier, do końca lat 60.  XXI w. owady roznoszące leiszmaniozę mogą pojawić się także na zachodzie Polski. A jak już się gdzieś zadomowią, ciężko je wytępić...

Czas przygotować lekarzy

Na ile doniesienia o tych coraz mniej egzotycznych chorobach powinny nas martwić? „Już teraz zalecałbym, żeby osoby podróżujące nad Morze Śródziemne brały ze sobą środki odstraszające owady i stosowały je, gdy w okolicy będzie dużo komarów” – mówi dr Nahorski. Moskitiery na razie nie trzeba pakować, choć być może już za 10 lat będzie to konieczne. Jeśli chodzi o grecką malarię, dr Nahorski uspokaja: „Jeśli ktoś jedzie w miejsca typowo turystyczne, w zasadzie nie powinien się nią przejmować”. Trzeba jednak uważać, jeśli wybierany się  np. do Lakonii (rejon na „czubku” Peloponezu), bo tam malaria już się zadomowiła. Na pewno natomiast konieczne są zmiany w polskiej służbie zdrowia. Dziś wielu naszych lekarzy nie ma pojęcia, jak rozpoznawać choroby takie jak denga, leiszmanioza czy chikungunya. „Instytut Medycyny Morskiej i Tropikalnej w Gdyni organizuje specjalne szkolenia dla lekarzy z zakresu poradnictwa medycyny podróży” – mówi dr Nahorski. O tym, że są one potrzebne, wymownie świadczą statystyki. Jeśli polski turysta wróci do kraju z malarią wywołaną przez zarodźce Plasmodium falciparum, ryzyko, że umrze, jest nawet 16 razy wyższe niż w innych krajach Europy. 


DLA GŁODNYCH WIEDZY:

» Nasz artykuł o chorobach przenoszonych przez kleszcze – www.bit.ly/kleszcz14

» Serwis Wojskowego Instytutu Medycznego – www.medycynatropikalna.pl

» Instytut Medycyny Morskiej i Tropikalnej w Gdyni – www.ucmmit.gdynia.pl