Problem w tym, że to co mówił Trump nie było prawdą. FDA wcale nie zatwierdziła chlorochiny do leczenia COVID-19. Jednak nawet po tym, jak prezes Agencji sprostował prezydenta i wyjaśnił konieczność dalszych testów, Donald Trump ponownie przemówił podkreślał zdolność środka do zatrzymania wirusa. Na konsekwencje nie trzeba było czekać.

Małżeństwo z Phoenix znalazło w swojej kuchennej szafce butelkę z proszkiem, w którym znajdował się fosforan chlorochiny. Ta sama substancja czynna z leku o którym mówił Trump tu jednak służyła jako środek na pierwotniaki u ryb. Para 60-latków rozpuściła go w wodzie i wypiła. Pół godziny później pojawiły się efekty zatrucia chemicznego.

Mężczyzna trafił do szpitala bez wyczuwalnego pulsu, kobietę podłączono do aparatury podtrzymującej życie. Lekarze twierdzą, że ma szansę przeżyć, bo zwymiotowała większość płynu. – Trump powtarzał, że to lek na tę chorobę. Nie wierzcie w nic co mówi, ani co mówią jego ludzie. Pytajcie swojego lekarza – powiedziała dziennikarzom stacji NBC. 

Podobnie jak z papierem toaletowym, żelem antybakteryjnym, maseczkami ochronnymi, rękawiczkami, spekulanci zaczęli hurtowo ściągać z rynku wszelkie środki zawierające chlorochinę lub hydroksychlorochinę (alternatywna, dająca mniej efektów ubocznych wersja leku). Pomijając kwestię etyczne tego procederu, niebezpieczeństwo dla tych samodzielnie biorących lek bez kontroli lekarza (ryzyko zatrucia), brak tego środka zagroził życiu i zdrowiu milionów pacjentów cierpiących na toczeń (ang. lupus). Nie trzeba było długo czekać na reakcję wystraszonych chorych.