Wybitni polscy prawnicy nie mają wątpliwości: Mariusz Trynkiewicz, morderca i pedofil z Piotrkowa Trybunalskiego to porażka naszego systemu prawnego. Zamiast zamienić mu w roku 1989 karę śmierci na dożywocie, dostał 25 lat więzienia. Pedofil i morderca czterech nieletnich chłopców z Piotrkowa Trybunalskiego siedział w Strzelcach Opolskich. Cztery lata temu skończył mu się wyrok. Jednak sąd uznał Mariusza Trynkiewicza za osobę stwarzającą zagrożenie i nakazał jego izolację w zamkniętym ośrodku w Gostyninie.  30 października 2015 roku, w ośrodku w Gostyninie, odbył się ślub Mariusza Trynkiewicza. 

Horror w Piotrkowie

Piotrków Trybunalski, lipiec 1988 r. Żar leje się z nieba, a grupa chłopców kąpie się w miejscowym zalewie. Podchodzi do nich młody nauczyciel wychowania fizycznego. Ten ciemnowłosy, szczupły facet to Mariusz Trynkiewicz. Dla 11-letniego Tomka Ł., 12-letnich Artura K. i Krzysztofa K. spotkanie oznacza wyrok śmierci.

Nauczyciel kusi chłopców, by poszli do niego do domu, chce im pokazać akwarium, o którym wcześniej im opowiadał, wspomina też o możliwości postrzelania z wiatrówki. Chłopcy nie podejrzewają nic złego, idą do domu Mariusza. Nie wiedzą, że zapraszający jest na przepustce z więzienia – został skazany za seksualne wykorzystywanie nieletnich. Chłopcy idą do mieszkania przy ulicy Działkowej w Piotrkowie Trybunalskim. To, co się potem tam działo, wiemy tylko z opisów mordercy. Śledczym wyjaśniał on tak: „Jeden z chłopców chciał w pewnej chwili wyjść, wtedy poczułem niepokój, nie pamiętam, co się działo dalej”.

– Poszedł do łazienki po nóż, wrócił i każdemu z chłopców zadał wiele ciosów tym nożem – wspominał Andrzej Matuszczyk, emerytowany policjant z Piotrkowa, wtedy oficer w wydziale dochodzeniowo-śledczym.

Matuszczyk zastanawiał się potem wiele razy, dlaczego chłopcy nie bronili się, dlaczego sąsiedzi nie słyszeli żadnych krzyków? Ustalono, że chłopcy nie zostali zgwałceni,  seksualną satysfakcję sprawiła nauczycielowi świadomość odebrania im życia. Morderca walił na oślep, był w amoku. Przestał, gdy żaden z nastolatków już się nie ruszał.

„Zobaczyłem chłopców leżących w  pokoju, z ust ciekła im krew, byli pokrwawieni. Potem zakładałem im worki z polietylenu” – zapisano w jego zeznaniach.

Morderca ochłonął, umył się i poszedł do rodziców na obiad. To niedaleko, w sąsiednim bloku przy ul. Działkowej. Po kilku godzinach wrócił do swego mieszkania i przeniósł zwłoki do piwnicy. Schodził tam co jakiś czas i polewał je środkami dezynfekującymi, bał się, że sąsiedzi poczują odór rozkładających się ciał.

Posprzątał mieszkanie, chciał usunąć ślady krwi. Po kilku dniach wziął wartburga ojca i wywiózł w środku nocy ciała do lasu. Podpalił je, by zatrzeć ślady. Nadpalone ciała chłopców znalazł przypadkowo jeden z grzybiarzy – jako pierwszego milicja wzięła w obroty, bo tłumaczył się mętnie. Sądzono, że to on mógł być sprawcą zbrodni.