Starożytne grobowce budzą fascynację i lęk od setek lat. Świadczą o tym kolejne filmy, takie jak wchodząca do polskich kin „Piramida”. Schemat wygląda tak: archeolodzy wkraczają tam, gdzie nie powinni, za co spotyka ich nadprzyrodzona kara. Brzmi znajomo? Nic dziwnego, ten scenariusz powstał prawie sto lat temu. Znamy go pod nazwą klątwy Tutanchamona. Legenda głosi, że odkrywcy zlekceważyli ostrzeżenie wypisane nad wejściem do grobu: „Niech śmierć na rączych skrzydłach dosięgnie tego, kto naruszy wieczny spokój faraona”. A potem większość z nich zginęła w tajemniczych okolicznościach. Ta historia zainspirowała twórców niezliczonych powieści, horrorów i filmów przygodowych. Tyle że jest kompletnie nieprawdziwa.

Grobowiec pełen skarbów

Faktem jest, że odkrycie grobowca Tutanchamona było jednym z największych odkryć archeologicznych początku XX wieku. W egipskiej Dolinie Królów wykopaliska prowadzono od końca XVIII wieku, a grabieże – od niepamiętnych czasów. Złodzieje w większości przypadków byli szybsi od naukowców. Ale nie tym razem. Był 26 listopada 1922 r. Niemiecki pisarz C.W. Ceram w książce „Bogowie, groby i uczeni” opisuje, jak egiptolog Howard Carter otwierał drzwi do komory grobowej. Przed nią zgromadzili się sponsor badań lord Carnarvon, jego córka lady Evelyn i znajomy egiptolog Arthur Callender.

„Carter nerwowym ruchem pociera zapałkę, zapala świecę i niepewną ręką przybliża ją do otworu” – pisze Ceram. „Milczy... (...) W końcu Carnarvon nie mogąc dłużej znieść tej niepewności pyta: »Czy widzi pan coś?« Howard Carter odwraca się powoli. Wzruszony do głębi duszy odpowiada jakby urzeczony: »Tak jest. Widzę cudowne rzeczy«”. Te słowa przeszły do historii, podobnie jak wyposażenie grobowca, w którym archeolodzy odkryli m.in. trzy łoża, posąg, tron i cztery rydwany – wszystko ze szczerego złota. Do tego skrzynie grobowe, trzy trumny w kształcie postaci faraona, włożone jedna w drugą, a także złotą maskę po- śmiertną. Najcenniejszym znaleziskiem okazała się jednak dobrze zachowana mumia Tutanchamona, faraona zmarłego w 1323 r. p.n.e.

Klątwa medialna

Wieść o znalezisku szybko się rozniosła. Carter i Carnarvon chcieli jednak utrzymać jak najwięcej szczegółów w tajemnicy, głównie z obawy przed rabusiami grobów. O starannie wybranych faktach poinformowali jedynie brytyjski „Times”. Dlatego historia odkrycia grobu faraona zaczę- ła żyć własnym życiem, podsycana wyobraźnią dziennikarzy innych tytułów, którzy – z braku rzetelnych danych – podchwytywali każdą plotkę.

„Klątwa Tutanchamona” narodziła się, kiedy pół roku później umarł w Kairze lord Carnarvon. Zainfekował sobie rankę na policzku powstałą kilka miesięcy wcześniej po ukąszeniu komara. Marie Corelli, ulubiona powieściopisarka królowej Wiktorii, opublikowała wówczas w kilku gazetach artykuł. Twierdziła w nim, że dotarła do starożytnego arabskiego tekstu mówiącego o tym, iż intruzów zakłócających spokój zmarłych faraonów czeka śmierć z powodu zatrucia tajemniczymi truciznami czającymi się w grobowcach. Na przestrzeni ośmiu lat po odkryciu grobu z  klątwą Tutanchamona powiązano śmierć ok. 20 osób. Nikt nie miał wątpliwości, że jej ofiarą padł w maju 1923 roku finansista George Gould, który wcześniej zwiedzał grobowiec. Prasa przemilczała jednak, że Gould nabawił się w Egipcie zapalenia płuc, które doprowadziło go do śmierci. W 1928 roku po wieloletniej chorobie zmarł egiptolog Arthur Mace, który wraz z Carterem otworzył komorę grobową.

W 1929 r. samobójstwo popełnił Aubrey Herbert, przyrodni brat lorda Carnarvona, a w londyńskim klubie nocnym Mayfair znaleziono martwego Richarda Bethella, sekretarza Cartera, który brał udział w odkopaniu grobu Tutanchamona. Jego ojciec rok później wyskoczył przez okno z siódmego piętra. Winą za ten ciąg nieszczęść obarczano uwolnione z sarkofagu śmiertelnie groźne bakterie. Inni mówili o toksycznych gazach lub roznoszą- cych choroby nietoperzach zasiedlających grobowiec. A może to był spisek okultystów, którzy mordowali kolejnych członków misji archeologicznej Carnarvona i Cartera? Ten ostatni wydał w koń- cu oświadczenie, w którym odżegnał się od tych wszystkich fantastycznych historii. Wyjaśnił, że grób Tutanchamona nie zawierał żadnych niebezpiecznych bakterii. Co więcej, nad wejściem nie było inskrypcji z klątwą. Do Cartera dołączył niemiecki egiptolog Georg Steindorff, który w 1933 r. wyjaśnił prawdziwe przyczyny wszystkich „podejrzanych” zgonów.

Nauka była jednak bezradna wobec legendy podsycanej plotkami i wejściem do kin amerykańsko-francuskiego horroru „Mumia”. Potem za wyjaśnienie klątwy zabrał się Herbert Winlock, amerykański archeolog i dyrektor Metropolitan Museum of Art. Policzył, że w 1934 r. przy życiu pozostawało 20 spośród 26 osób biorących udział w otwieraniu grobowca. Doskonałym zdrowiem cieszył się również cały 10-osobowy zespół, który w 1927 roku przeprowadzał sekcję mumii Tutanchamona. Jeszcze dokładniejsze badania przeprowadził Mark Nelson. W 2002 r. na łamach czasopisma „British Medical Journal” wykazał, że członkowie ekipy odkrywców żyli średnio po 70 lat. Sam Carter zmarł 17 lat po otwarciu grobowca.

 

Zabójcza pleśń Jagiellończyka

Historia dużo bardziej zbliżona do „klątwy zmarłego króla” wydarzyła się po ekshumacji szczątków Kazimierza IV Jagiellończyka w katedrze wawelskiej. 13 kwietnia 1973 r., niemal 500 lat po śmierci jednego z najbardziej zasłużonych polskich królów, naukowcy z Zakładu Medycyny Sądowej w Krakowie otworzyli sarkofag z  czerwonego marmuru z  wyrzeźbioną przez Wita Stwosza podobizną władcy. Po przebadaniu szczątki Kazimierza Jagiellończyka i jego żony Elż- biety Rakuszanki zostały ponownie pochowane na Wawelu. Niespełna rok później umarł jeden z architektów prowadzących prace konserwatorskie w krypcie. To był początek czarnej serii.

W ciągu 10 lat życie straciło 15 osób, które miały związek z grobem króla – odnotował Zbigniew Święch, który poświęcił tej sprawie książkę „Klątwy, mikroby i uczeni”. W krypcie znajdowała się pleśń zwana kropidlakiem żółtym. Ten grzyb wytwarza silną toksynę, mogącą wywołać niebezpieczną chorobę – aspergilozę. Atakuje ona skórę, układ oddechowy i narządy wewnętrze, jest rakotwórcza, może też doprowadzić do obrzęku mózgu i degeneracji nerwów. Najprawdopodobniej ta toksyczna pleśń zabiła badaczy grobu Kazimierza Jagiellończyka. Skąd się tam wzięła?

Król zmarł w Grodnie w czerwcu 1492 r., a jego zwłoki były w upale transportowane do Krakowa. Owinięto je jedwabiem przetykanym złotem, obłożono niegaszonym wapnem, włożono do sosnowej trumny, a całość owinięto grubą tkaniną nasyconą żywicą. Podróż na Wawel trwała aż cztery tygodnie. W takich warunkach zwłoki króla stały się bombą biologiczną. W obawie przed rozprzestrzenianiem się choroby naukowcy po zakończeniu badań zniszczyli pobrane z grobu próbki. To dopiero była klątwa! Aż dziwne, że nikt nie nakręcił o niej horroru.