Zarówno biali żołnierze, jak i ci z Kraju Kwitnącej Wiśni, którzy dostali się do niewoli, musieli pogodzić się z tym, że nie mają praktycznie szans na odzyskanie wolności. Przetrzymywano ich w miejscach oddalonych o tysiące kilometrów od frontu, a na drodze do wolności stały nieprzebyte dżungle, mokradła, góry i największy na Ziemi ocean. Na to, by wtopić się w lokalne otoczenie, jeńcy nie mogli zaś liczyć, ze względu na odmienny od wrogów wygląd i inny kolor skóry. Pomimo tych przeszkód zdarzało się, że decydowali się na rzecz prawie niemożliwą.

MARSZ ŚMIERCI

 
Kiedy w kwietniu 1942 r. skapitulowały wojska amerykańskie i filipińskie, broniące się na półwyspie Bataan, do japońskiej niewoli trafiło ok. 70 tys. jeńców. Żeby zmniejszyć ich liczbę, urządzono „marsz śmierci”. Po przejściu stu kilometrów przez dżunglę na drodze do obozu O’Donnell zmarło z wyczerpania lub zostało zamordowanych ok. 10 tys. ludzi.

Jednym z tych, którzy przetrwali to piekło, był porucznik Ed Dyess. Młody pilot ocalał, ale w obozie jenieckim w Cabanatuana, do którego trafił, śmierć czyhała dosłownie na każdym kroku. Jeńców zabijali nie tylko strażnicy, ale też głód i tropikalne choroby. Ucieczki zaś się prawie nie zdarzały, bo komendant obozu płk Mori podzielił więźniów na dziesięcioosobowe grupy, nazywane „plutonami egzekucyjnymi”. „Gdyby któryś Amerykanin próbował uciec, cała dziesiątka byłaby stracona z winowajcą” – opisuje w książce „Żołnierze widma” Hampton Sides. „Bardzo niewiele osób zastanawiało się nad ucieczką, nie mówiąc już o podjęciu takiej próby. Większość ucieczek podejmowali ludzie, którym pomieszało się w głowie na skutek ataku malarii” – twierdzi autor. Los Dyessa odmienił się w październiku 1942 r. Płk Mori ogłosił wówczas, że szuka tysiąca ochotników do pracy na południu Filipin. Widząc, jak dziesiątkami umierali jego współtowarzysze, Dyess zgłosił się i razem z innymi ochotnikami popłynął frachtowcem na oddaloną o tysiąc kilometrów na południe wyspę Mindanao.

ZESPÓŁ MARZEŃ