Wyobraźcie sobie podróż przez całą Europę, od jej słonecznych, południowych krańców aż po chłodną, północną część Niemiec. Dla większości z nas brzmi to jak plan na wakacje życia. Dla ukraińskiego fotografa, Kirilla Neiezhmakova, była to jednak przede wszystkim ogromna praca, wymagająca współpracy ze strony organizmu, nieprzeciętnej cierpliwości i odporności na permanentny stres. W efekcie tej niezwykłej eskapady powstało 10 hipnotyzujących filmów ukazujących taniec dwóch technik: timelapse i hyperlapse.
Co prawda ostateczny efekt jest kwestią gustu i dość problematyczny etycznie, lecz nie można odmówić autorowi ambicji i stworzenia czegoś wciągającego. Jednak ceną za ten sukces było ponad 100 000 wykonanych fotografii, dziesiątki godzin spędzonych przed ekranem komputera oraz dwa skradzione rowery, które na zawsze zniknęły na europejskich ulicach.
Francuski dramat i holenderskie déja vu
Logistyka takiego projektu w dziesięciu metropoliach starego kontynentu wymaga sprawnego środka transportu, a najlepiej takiego, który da się wszędzie ze sobą zabrać, więc oczywiście samochód odpadał. Kirill postawił na rower, który pozwalał mu szybko przemieszczać się między kolejnymi lokalizacjami wraz z ciężkim sprzętem fotograficznym. Niestety, Europa nie była mu wszędzie łaskawa.
Cała przygoda zaczęła się w Sevilli, gdzie walcząc z upałem, autor wykonywał pierwsze fotografie, do swojej 10 odcinkowej serii. Podczas kolejnego przystanku w Valencii, narodził się już w jego głowie pomysł na połączenie wszystkich materiałów ze sobą, jednocześnie tworząc wyjątkowy charakter, którego spójny obraz można dzisiaj obserwować na kanale HyperlapsePro.
“Polowanie na cienie tylko po to, aby ustawić mój statyw, stało się codziennym rytuałem, a ja szybko przyjąłem hiszpańską tradycję sjesty, aby przeczekać najgorsze popołudniowe upały” – napisał autor w opisie pierwszego odcinka. “Ponieważ było to pierwsze miasto, wciąż zastanawiałem się nad logistyką i testowałem kombinacje sprzętu na żywym organizmie”
Niestety z każdym przebytym kilometrem, twórca zbliżał się do pierwszego kryzysu, o czym niestety wówczas nie mógł wiedzie. Ten nastąpił we francuskim Lyonie, gdy już pierwszej nocy doszło do kradzieży niezbędnego do realizacji celu środka transportu. Dla twórcy oznaczało to utratę całego dnia zdjęciowego, który zamiast na fotografowaniu upłynął na składaniu zeznań na policji i walce z potężnym stresem. Projekt uratował wówczas miejski system wypożyczalni rowerów, dzięki któremu fotograf mógł dokończyć pracę w Lyonie.

Na pocieszenie Kirilowi przyszła jego praca. Nie tylko dokumentował mijający czas, lecz także odczuwał jego skutki i to pozytywne. Każde zrobione zdjęcie, każda kropla potu i pomysł, czyniły go lepszy fotografem, dzięki czemu do kolejnych miast przyjeżdżał bogatszy o doświadczenie i z głową pękającą od pomysłów. W każdym z nich spędzał około trzech dni na wykonywanie wyjątkowej sesji.
“Ten projekt był najbardziej wymagającym przedsięwzięciem, jakie podjąłem jako samodzielny twórca bez wsparcia finansowego.” – pisze pod swoimi wideo Neiezhmakov. “Fizycznie wyczerpujący i finansowo wyczerpujący, lecz nieoceniony jako doświadczenie edukacyjne w zakresie techniki, narzędzi sztucznej inteligencji, stylu pracy i odporności.”
Niestety nie obyło się bez zdobycia zastępczego roweru, żeby w ogóle kontynuował podróż. Wydawało się, że limit pecha został wyczerpany, ale nic bardziej mylnego. Gdy fotograf dotarł do Rotterdamu, miasta powszechnie uważanego za jedno z najbardziej przyjaznych rowerzystom, sytuacja się powtórzyła. Nowy pojazd, w którego posiadaniu Neiezhmakov był zaledwie od tygodnia, zniknął w biały dzień z zatłoczonego, miejskiego stojaka. Fotograf przyznał później, że był to potężny cios dla jego morale, który niemal doprowadził do załamania całego projektu.
Wielka praca przy montażu i cyfrowe innowacje, które smucą
Żeby wybrane przez autora techniki timelapse’u i hyperlapse’u w ogóle działały, jest potrzebny ogromny nakład pracy i gargantuiczna ilość zdjęć, szczególnie wtedy, kiedy projekt zakłada odwiedzenie takiej ilości lokalizacji. A to i tak nie jest koniec zabawy, to zaledwie początek.
Czytaj też: Nie trzeba czekać na idealne towarzystwo. Te europejskie miasta dobrze rozumieją samotnych podróżnych
Pomimo wykonania ponad 100 tysięcy surowych plików graficznych, Kirill był w połowie drogi do sukcesu. To wszystko trzeba było jeszcze obrobić, a ambicje autora sięgały ponadto, co mógł osiągnąć przy pomocy samych fotografii. A przynajmniej do takiego doszedł wniosku.
Jego wizja zakładała użycie scen, w których budynki dosłownie się transformują, ukazując różne kształty i formy, a nawet materiały nim ułożą się w istniejącą całość. Jedyne rozwiązanie tego założenia jakie widział, tkwiło w używaniu narzędzi AI. Sprawę utrudniało, że już i tak całą eskapadę finansował samodzielnie, więc do dyspozycji były wyłącznie darmowe konta, które prędko wykorzystywały swoje darmowe limity.
Autor opisuje, że wielokrotnie zostawał w punkcie, w którym żaden z generatorów obrazu – korzystał z Seedance 2.0, Pixeverse oraz Klinga – nie tworzył zadowalających efektów. Dał się jednak ponieść temu, że przy niskim koszcie, mógł robić rzeczy, do których nie jest zdolny.

I szczerze mówiąc… To widać. Naturalnie, jak każde dzieło artystyczne, odbiór ukazanej treści jest kwestią gustu oglądających. Niemniej zastosowane transformacje wydają się być o wiele bardziej mdłe i mniej ekscytujące od przejść, które twórca wykonywał samodzielnie podczas żmudnego procesu przesuwania aparatu na statywie krok za krokiem, klatka po klatce. Nie mówiąc już o tym, że etycznie wybija ważny argument przeciwko takim praktykom z rąk środowisk walczących o prawa dla artystów.
Zastosowanie tych narzędzi nie umniejsza ilości pracy i oddania, które musiał w nią włożyć, lecz zmusza do zapytania, co niezwykłego by wymyślił, gdyby nie mógł sięgnąć po nisko zawieszony owoc? W końcu poświęcenie godzin na poprawki niezadowalających efektów i godzenie się z losowymi efektami, na które nie miał twórczo wpływu, również są poniesionym kosztem, który można było przenieść gdzie indziej.
Proces działał w następujący sposób: ustawiałem statyw, identyfikowałem punkt odniesienia na budynku – krawędź okna, róg, słup oświetleniowy – robiłem zdjęcie, a następnie fizycznie przesuwałem statyw na krótką, powtarzającą się odległość do przodu (zazwyczaj 15-30 cm w zależności od pożądanej prędkości)
Trzeba przyznać, że pomimo ogromnych przeciwności losu, logistycznych problemów i kradzieży sprzętu, upór fotografa przyniósł wciągające, co najmniej interesujące rezultaty. Jego europejska seria to wizualna podróż, która pokazuje, że za zachwycającymi, kilkusekundowymi klipami w mediach społecznościowych kryją się często tygodnie ciężkiej, fizycznej pracy i determinacji, której nie są w stanie złamać nawet grasujący w europejskich miastach złodzieje rowerów.
Źródło: petapixel
