Epidemiolodzy jak mantrę powtarzają listę czynników negatywnie wpływających na infekcję koronawirusem: skończone 60 lat, otyłość, choroby towarzyszące jak cukrzyca, problemy z układem krwionośnym, nerkami czy płucami, nowotwory a nawet rasa inna niż biała.

Sęk w tym, że słaba wobec wirusa pozycja wyżej opisanych osób wcale nie musi wynikać z ich gorszego stanu zdrowia. Może trzeba zapytać, czy to ci pozostali nie są aby w jakiś tajemniczy sposób chronieni.

Ukryta odporność

Jak napisali w ”Nature” autorzy dość przypadkowego odkrycia, spora część ludzi na Ziemi może nosić w sobie naturalną obronę przeciwko fragmentom SARS-CoV-2. To najpewniej konsekwencja przejścia jednego z trzech typowych koronawirusów wywołujących wśród ludzi przeziębienie.

– Odkryliśmy, że układ odpornościowy połowy ludzi nie mających nigdy kontaktu z SARS-CoV-2 produkował limfocyty T zdolne wyłapać fragmenty tego wirusa – powiedział CNN Alessandro Sette, współautor opisywanego tu badania, ekspert Centrum Chorób Zakaźnych i Badań nad Szczepionkami z Instytutu Immunologii La Jolla w USA.

Układ immunologiczny człowieka składa się z dwóch – wrodzonego i adaptacyjnego. O ile ten pierwszy gwarantuje natychmiastową odpowiedź w postaci produkowanych przez limfocyty B przeciwciał, nie dysponuje elementami zachowującymi pamięć immunologiczną. Ten drugi działa wolniej, ale czerpie swoją siłę z banku pamięci jakim są przetrenowane na przeszłych chorobach limfocyty T.

Problem z przeciwciałami produkowanymi po infekcji koronawirusem polega na tym, że – jak się ostatnio naukowcy przekonali – wygasają dość szybko. Jeżeli ktoś nawet przeszedł COVID-19 i jego limfocyty B wytworzyły przeciwciała i te pozostałe przy życiu nadal mogłyby się bronić, to ich energia szybko się wyczerpuje. Stąd tak duże znaczenie ”pamiętających” przeszłe wirusy limfocytów T.

Pamięć z pola walki

Sette i jego kolega Shane Crotty odkryli przez przypadek, że ludzie nie mający do czynienia z SARS-CoV-2 już mieli w sobie takie limfocyty T pamiętające inne koronawirusy (HCoVs OC43, 229E, NL63 czy HKU1), na pewnym poziomie genetycznie podobne do SARS-CoV-2, a co roku wywołujące u milionów przeziębienie.

Pracując nad próbkami krwi rekonwalescentów po SARS-CoV-2 potrzebowali do porównania próbek osób niezarażonych. Sięgnęli więc do lodówki po krew pobraną w San Diego kilka lat przed obecną pandemią.

– Nie ma możliwości, by ci ludzie mieli styczność z nowym koronawirusem. Gdy jednak użyliśmy ich krwi w badaniach, wynik nie był negatywny. Reakcję limfocytów T zarejestrowaliśmy w co drugim przypadku – wyjaśnił Sette.

Dodał, że od czerwca, gdy wpadli na tę zagadkową sprawę, identyczne doniesienia (potwierdzające rzeczywistość zjawiska) pojawiły się ze strony niezwiązanych ze sobą laboratoriów i badaczy z różnych kontynentów.

Wróg czy przyjaciel?

Nie ma pewności, czy ta pamiątka po przeszłych koronawirusach jest przydatna czy raczej może zaszkodzić. U części osób pamięć limfocytów T przełoży się na szybszą niż zwykle reakcję adaptacyjnego układu odpornościowego.

Istnieje obawa, że u innych – szczególnie tych ciężej chorujących na COVID-19, może wywołać zbyt silną i często zabójczą reakcję, czyli tzw. burzę cytokinową. Zdania wśród ekspertów są podzielone, bo choć pewien typ limfoctytów T daje czasem efekt cytotoksyczny, to za zbyt silną reakcję immunologiczną w płucach, główną przyczynę śmierci przy COVID-19, wywołuje wrodzony układ odpornościowy.

Zakładając, jak robią to Sette i Crotty, że odkryli coś pozytywnego, to ta rzekoma powszechna w populacji pamięć o koronawirusach ma daleko idące konsekwencje. Począwszy od konieczności zmian modelowania epidemiologicznego, przez wyższy niż się dziś sądzi, odsetek uodpornionych na wirusa (większa szansa na tzw. odporność stadną) a na projektowaniu szczepionek kończąc.

Szczepionki

Większość szczepionek powstaje dziś w oparciu o tworzenie ochronnych przeciwciał. Świetnie, jeżeli zrobią swoją robotę i powstrzymają wirusa. Musi ich być wystarczająco dużo i po sprawie. Gdy jednak coś się przedostanie i patogen wejdzie do komórki, to nasz organizm może liczyć jedynie na pomoc limfocytów T.

Można by więc opierać na nich drugi typ szczepionek, który może nie zatrzyma infekcji, ale złagodzi przechodzenie choroby do stopnia, w którym może nawet nie będziemy wiedzieli, że coś złapaliśmy. A do tego nie będziemy bezobjawowo rozsiewać wirusa i narażać innych wokół.

Zatem, mamy tę odporność dodatkową czy nie? Poproszony o komentarz, dr Arturo Casadevall kierujący wydziałem molekularnej mikrobiologii w Szkole Zdrowia Publicznego na uczelni Johnsa Hopkinsa w Baltimore powiedział CNN, że jednoznacznej odpowiedzi nie ma.

– Wszyscy chcą prostej odpowiedzi. Nikt nie chce słyszeć, że dotykamy tu spraw nieprzewidywalnych, bo opartych na wielu zmiennych: historii danego człowieka, na jego diecie, sposobie infekcji, liczbie wirusów jakie przedostały się do ciała. Nawet pora dnia ma znaczenie – wyjaśnił.