Komplet dowodów – w postaci naczynia i żołądka ofiary – wylądował na stole laboratoryjnym Marsha. Ten zaczął studiować metody wykrywania arsenu opracowane wcześniej w Niemczech przez farmakologów Valentina Rosego, Daniela Metzgera i Samuela Hahnemanna. Ten ostatni odkrył, że arszenik w treści żołądka otrutej ofiary opada jako żółty osad rozpuszczalny w amoniaku. Z kolei Rose pocięty żołądek gotował w wodzie destylowanej, a następnie rozpuszczał za pomocą kwasu azotowego.

Osad, który pozostał po tych zabiegach, suszył i umieszczał w próbówce. Jeżeli były w nim związki arsenu, przy ogrzewaniu nabierał metalicznego połysku. Marsh w treści żołądka farmera i w resztkach kawy zidentyfikował osad prawdopodobnie zawierający związki arsenu, co stwierdził poddając je działaniu amoniaku. Na tej podstawie wnuka ofiary, na którego wskazywały także inne dowody i zeznania (choćby świadectwo aptekarza, który kilkanaście dni przed zgonem dziadka właśnie wnukowi sprzedał arszenik jako trutkę na szczury) postawiono w stan oskarżenia.

Rozprawa z 12 grudnia 1832 r. zakończyła się jednak klęską Marsha, a właściwie całej nauki o toksynach. Przysięgli za nic mieli dowody „chemiczne”. Chcieli zobaczyć truciznę wyekstrahowaną z ciała ofiary na własne oczy. Opowieści chemika o żółtym osadzie podatnym na działanie amoniaku nie przekonały ich. Wnuka uniewinniono. Marsh nigdy się nie dowiedział, że kilka lat później ten sam mężczyzna przyznał się do zabójstwa dziadka – w rozmowie ze współwięźniem, z którym deportowano go do kolonii za inne przestępstwa. Chemik był tak urażony wyrokiem uniewinniającym, że postanowił opracować metodę, która w przyszłości przekona przysięgłych. Analizując prace Niemca Carla Scheelego dotyczące arsenowodoru, wpadł na nowy pomysł. Skonstruował rurkę w kształcie litery U, w której umieszczał podejrzany płyn lub wyciąg z żołądka w części otwartej, a w części zakończonej dyszą – kawałek cynku. Gdy płyn stykał się z cynkiem, nawet śladowe ilości arszeniku wystarczały, aby wytworzył się arsenowodór uchodzący
przez dyszę na końcu rurki. Gdy gaz ten zapalano, na umieszczonej nad płomieniem porcelanowej miseczce arsen osadzał się w postaci ciemnych plam. Te właśnie doświadczenia opisał Marsh w artykule.

Zaraz pojawiły się opinie typu: „To swoich ofiar muszą się teraz obawiać truciciele, będą one świadczyć przeciwko nim”. Chemik triumfował. Test Marsha nie powstrzymał jednak kolejnych trucicieli. Nie zrobiła tego także brytyjska ustawa z 1851 r. utrudniająca zakup arszeniku (aptekarze musieli się zapisywać w odpowiednim rejestrze, a kupujący oświadczał, do czego trucizna jest mu potrzebna; nakazano także barwienie arszeniku, by nie mylić go np. z solą). Mimo to policja i sądy miały już większe pole manewru w walce ze skrytobójcami.

SETKI MARTWYCH PSÓW

Tymczasem po drugiej stronie kanału La Manche wojnę trucicielom wypowiedział Mathieu Joseph Bonaventure Orfila urodzony na hiszpańskiej Minorce (1787). Miał być marynarzem, ale złapał „bakcyla” chemii i zaczął się kształcić na uniwersytetach w Walencji i Barcelonie. Uczelnie te szybko okazały się zbyt zacofane dla młodego entuzjasty, który studiował samodzielnie dzieła chemików francuskich i dostrzegał, jak archaiczne są poglądy jego hiszpańskich wykładowców. Wyjechał do Paryża, gdzie w 1811 r. uzyskał tytuł doktora medycyny. Równie biedny jak Marsh, urządził w mieszkaniu laboratorium. Tam eksperymentował z truciznami na psach. Wyniki stały się podstawą do wykładów z toksykologii, które Orfila opublikował, wzbudzając niemałą sensację. Potem wydał „Elementy chemii stosowanej w medycynie i sztukach” oraz „Lekcje medycyny prawniczej”, co ugruntowało jego pozycję jako największego w Europie eksperta od toksykologii i medycyny sądowej. Ukoronowaniem jego kariery akademickiej było objęcie stanowiska dziekana wydziału medycyny paryskiego uniwersytetu w roku 1831.