Na liście roślin obcego pochodzenia w Polsce znajduje się już blisko tysiąc gatunków, w tym około 80 to rośliny inwazyjne. Część z gatunków inwazyjnych sprowadzono celowo jako rośliny ozdobne, lecznicze czy miododajne. Inne zostały nieświadomie przytransportowane z innymi towarami. 

Czytaj więcej: ZIELONA INWAZJA, CZYLI INWAZYJNE GATUNKI ROŚLIN

Obecnie numerem jeden jest barszcz Sosnowskiego, który stanowi zagrożenie nie tylko dla rodzimych gatunków, ale też dla człowieka. Kontakt z rośliną może wywoływać reakcje skórne, w tym nawet oparzenia drugiego i trzeciego stopnia. Wiosną 2015 r. szacowano, że w Polsce barszcz Sosnowskiego porasta ok. 8 tys. ha. [Czytaj więcej: Barszcz Sosnowskiego: Co powinniśmy wiedzieć o tej toksycznej roślinie?]

Niebezpieczne rdestowce

Coraz większym zagrożeniem są jednak mniej znane azjatyckie rdestowce: ostrokończysty-japoński i sachaliński. Pochodzą z Azji, a do Europy sprowadzono je w pierwszej połowie XIX w. jako rośliny ozdobne. "Zalecano je jako rośliny niezwykle atrakcyjne do sadzenia w ogrodach. To byliny, które mogą osiągać bardzo duże rozmiary - nawet do 3-4 m wysokości, a rdestowiec sachaliński charakteryzuje się także ogromnymi liśćmi. Pokrojem przypominają bambusy, ze względu na budowę pędu. Były też uważane za rośliny miododajne. Faktycznie przyciągają owady w tym pszczoły, mimo że ich kwiaty są drobne i niepozorne, jednak zebrane w liczne kwiatostany. W dodatku zakwitają późno, z końcem sierpnia lub na początku września, kiedy nasze rodzime gatunki już kończą okres kwitnienia" - opisuje prof. Barbara Tokarska-Guzik.

Rdestowce azjatyckie występują głównie na południu kraju, przede wszystkim w dolinach rzecznych, częste są także w miastach. Nie są niebezpieczne dla człowieka, ale jak wszystkie gatunki inwazyjne, stanowią zagrożenie dla różnorodności biologicznej. W dodatku niezwykle łatwo się rozprzestrzeniają. Ich podziemne kłącza wrastają na głębokość dwóch metrów, a rozrastają się nawet do siedmiu metrów od rośliny macierzystej.

Inwazyjna ambrozja bylicolistna

Innym gatunkiem inwazyjnym jest ambrozja bylicolistna. W wielu miejscach Europy stwarza ona zagrożenie dla zdrowia ludzi jako roślina alergenna. Jej pyłek jest oceniany jako jeden z najsilniejszych alergenów, który może powodować gorączkę i katar sienny. Masowo występuje w niektórych cieplejszych rejonach Europy. Na Węgrzech uważana jest za roślinę priorytetową do eliminacji. Zajmuje też duże obszary Ukrainy, gdzie początkowo sadzono ją jako roślinę leczniczą. Trafiła również do Polski. Najwięcej jej stanowisk można znaleźć na południu i południowym-wschodzie, a wzdłuż dróg i linii kolejowych rozprzestrzenia się w szybkim tempie.

Uwagę trzeba też zwrócić na rośliny wodne, które łatwo rozprzestrzeniają się w dolinach rzecznych. "Przykładem takiego gatunku jest Azolla paprotkowa (A. drobna), drobnych rozmiarów paproć wodna, którą można znaleźć w zbiornikach wodnych o cieplejszej wodzie, w tym w starorzeczach. Na razie w Polsce notowana jest sporadycznie, ale jest już problemem w niektórych rejonach Europy. W jednym tygodniu jej liczebność może wzrosnąć dwukrotnie. Może to prowadzić do utworzenia na powierzchni wody grubej maty, która nie dopuszcza światła i ogranicza dostęp tlenu. To z kolei ma wpływ na rozwój innych roślin i zwierząt" - mówi prof. Barbara Tokarska-Guzik z Uniwersytetu Śląskiego.

Usuwanie gatunków inwazyjnych wymaga dużych nakładów. Rośliny można wyrywać, kosić i jeśli te zabiegi będzie się powtarzało regularnie, to populacje o niewielkich rozmiarach można skutecznie wyeliminować. Jednak jeśli populacja danego gatunku, który rozprzestrzenia się za pośrednictwem nasion, trwa na danym terenie od dłuższego czasu, z gleby trzeba pozbyć się także jej "banku nasion". "Dla każdego gatunku należy przygotowywać osobne programy zwalczania i dostosowywać je do biologii danej rośliny. Powinniśmy pamiętać, że gatunki inwazyjne trzeba przede wszystkim usuwać z terenów cennych przyrodniczo i objętych ochroną" - przypomina prof. Tokarska-Guzik.