KONIEC POWSTANIA W GETCIE - 1943. Początek maja

Z końcem kwietnia Żydowska Organizacja Bojowa zmienia taktykę walk w warszawskim Getcie – teraz stara się raczej chronić większe bunkry z cywilami. Bojowcy wraz z ludnością schodzą do schronów, starając się ich nadal bronić z ukrycia. Teraz w dzień getto jest wymarłe, wręcz spokojne, a potyczki odbywają się głównie w nocy, gdy natykają się na siebie patrole bojowców i Niemców.

– Najmłodszy żobowiec? Lusiek, trzynaście czy czternaście lat. Najstarsi? Mieli po dziewiętnaście, dwadzieścia jeden lat. Mniej więcej. To wszystko byli bardzo młodzi chłopcy... Starsi mieli rodziny... Młodszemu zawsze łatwiej. Nie pytajcie mnie o rzeczy oczywiste. Dlaczego do wojska się bierze w dwudziestym pierwszym roku życia, a nie w czterdziestym pierwszym, a pierwsze, sztandarowe, pułki składają się z młodych? Dlaczego? Bo gdy jesteś młody, to nigdy nie masz w głowie, że kula trafi właśnie ciebie. Starzy idą na wojnę z musu – z musu, bo już im ta śmierć zagląda w oczy, bo już widzieli, jak ciocia umarła. Młodzi nawet nie widzieli śmierci cioci, śmierć jest dla nich abstrakcją, więc jak mają w nią wierzyć? A dzieci? Dziecko w ogóle nie ma rozumu. Kiedy w powstaniu warszawskim byłem na Żoliborzu, przy naszym oddziale był taki chłopiec, Wróbel. Nasz łącznik. To był żołnierz! Miał dziesięć lat i mundur: furażerkę, orzełka, opaskę... No, wielki żołnierz był z niego.
I niczego się nie bał.

– Pan się bał?

– Jak się boisz, to nic nie zrobisz. A jak robisz, to się nie boisz. Rozkładacie na czynniki pierwsze decyzję, która trwa moment, sekundę. Nie wiem, no nie wiem, czy się wcześniej boję czy nie. Jak to można wiedzieć? Oczywiście, że nie chcesz dostać kulki i czekasz, by ten Niemiec odwrócił uwagę i żeby wtedy wyskoczyć, ale to ze strachem nie ma nic wspólnego, bo strach, jak ja rozumiem, strach paraliżuje.

29 kwietnia kanałami wychodzi na polską stronę pierwsza, około czterdziestoosobowa, grupa bojowców. Kieruje nią dowódca w szopach Többensa Eliezer Geller. Jednak największy dramat polega na tym, że wychodzący bojowcy właściwie nie mają się gdzie podziać. Hannie Krall Edelman opowie, że jednego ze swych żołnierzy cały czas zwodził, że adres po aryjskiej stronie da mu później. „Nie czas. Jeszcze za wcześnie. (...) Miałem mu powiedzieć, że nie ma takiego miejsca? Więc powiedziałem: "Jeszcze za wcześnie..."

Tak samo wygląda sytuacja grupy Gellera. Gdy kończy się po kilku dniach amunicja, wszystkie grupy zbierają się w piwnicy na Leszno nr 56, gdzie zapada decyzja o wyjściu kanałami na drugą stronę muru.

Dowódcy w gruncie rzeczy muszą udawać, że wszystko jest pod kontrolą: po drugiej stronie czekają łącznicy, samochody i partyzantka leśna. Niestety – wyjść mogą tylko zdrowi. Ranni zostają, ukrywają się w tzw. Szpitalu, ostatniej kryjówce trzymanej w niepodpalonym jeszcze domu. Wejście do niej prowadzi przez kaflowy piec, przez który trzeba się przeczołgać. Dowódca Geller nie mówi jednak rannym, że pozostali wychodzą z getta – mało tego, ze ściśniętym gardłem oszukuje ich, tłumacząc, że wróci po nich za kilka dni.

Jeden z bojowców, Aron Karmi, wspomina Agnieszce i Alicji Maciejowskim:
„Wszyscy stoimy już przed piecem i Eliezer mówi do Guty Kawenoki: – Ty zostajesz z rannymi, nie można zostawić ich bez opieki. A Guta walczyła z nami cały czas, nie była ranna. Zaczyna płakać i mówi: – To dlatego, że jestem kobietą, ty myślisz, że nie będę mogła walczyć w partyzantce? Ale to był rozkaz, rozkaz musi wykonać. Coraz bardziej płacze i pyta: – Eliezer, czemu ty mi to robisz? A wtedy podchodzi Lea Korn, druga dziewczyna z naszej grupy, miesiąc temu straciła męża, i mówi: – Eliezer, ja zostaję. I nie czekając na odpowiedź, wsuwa się do tego kaflowego pieca. Staliśmy tak może jeszcze chwilę, dwie, bo każdy czuł, co się tutaj wydarzyło. Ona wiedziała, gdzie my idziemy, i wiedziała, co się stanie z tym domem”.

Relacje co do przejścia grupy są sprzeczne. Stefan Grajek twierdzi, że to on wyprowadza bojowców, ale inne dostępne relacje mówią, że kanałami przeprowadza żobowców Reginka Fuden „Lilit”. Sam Grajek miał przygotować po aryjskiej stronie bezpieczny przerzut, a załatwił tyle, że znajomy dozorca domu przy ulicy Ogrodowej 29, gdzie wyszli, godzi się wpuścić całą grupę na strych.

Dwoje bojowców – w tym „Lilit” – decyduje się jednak wrócić do getta, by wyprowadzić pozostałych. To się nie udaje – już w trakcie przechodzenia przez getto niemal wszyscy zostają zabici.

Po ponad dwóch dobach dociera wreszcie ciężarówka z Tadkiem Szejngutem, łącznikiem ŻOB z drugiej strony muru, i porucznikiem Tadeuszem Gaikiem „Krzaczkiem” z Gwardii Ludowej. Wywożą ludzi do zagajnika w Łomiankach. Tam dostają karabiny, których nie udało się dostarczyć do getta.

 

W czasie powstania szybko urywają się kontakty wewnątrz ŻOB. To dlatego Edelman nie wie, że Geller chce wyprowadzić ludzi z getta.

Ważny jest też charakter walk – właściwie od ostatniej bitwy na placu Muranowskim 27 kwietnia ŻOB głównie stara się chronić pozostałych przy życiu mieszkańców, ukrywając i ich, i swoich bojowców w rozlicznych bunkrach. Całymi dniami siedzą w ciszy, żeby nie zdradzić kryjówki. Tymczasem taktyka Niemców jest prosta – systematycznie przetrząsają całe getto, niszczą po kolei kamienicę za kamienicą, próbując spalić i zagazować każdą piwnicę.

Zawsze poprzedza ich policja żydowska, która przed każdą kamienicą wzywa mieszkańców do opuszczenia kryjówek, obiecując wyjazd do obozów pracy w Poniatowej i Trawnikach. Kto wychodzi – zwykle rzeczywiście idzie do obozu i przedłuża sobie życie o kilka miesięcy. Ci, którzy nie reagują na wezwania i nie wychodzą, giną w płomieniach, bo Niemcy palą bunkry. Tak się to zwykle kończy, bo przygotowane wcześniej przejścia strychami i piwnicami są już zasypane. Mimo to czasami udaje się powstańcom przeżyć – a jeśli dochodzi do walk, to zwykle w obronie bunkra. Te piwnice zamienione w bunkry to jedyna nadzieja...

1 maja wieczorem w jednym z takich bunkrów, przy Lesznie 74, odbywa się akademia pierwszomajowa – krótki apel, parę przemówień, Międzynarodówka. Ale i tu brakuje amunicji. W dodatku, choć po stronie aryjskiej udało się zgromadzić nowy transport broni dla getta, nie sposób go przerzucić. Zaraz potem komenda ŻOB wysyła „Kazika” Ratajzera i „Zygmunta” Frydrycha do „Antka” Cukiermana, który stara się organizować pomoc dla powstańców. Już szanse dotarcia na tamtą stronę są niewielkie – zaginęło kilka grup wcześniej wysłanych. Teraz, choć zaczyna się mówić o próbach wyrwania się kanałami na drugą stronę muru, to nikt w to nie wierzy. Już to, że „Kazik” i „Zygmunt” idą znanym tunelem przemytników pod Bonifraterską, gdzie poprzedni uciekinierzy zginęli, mówi wiele o faktycznych nadziejach... Zresztą nikt nie planował tak naprawdę wyjścia z getta.

Aron Karmi opowie po latach: „Uczono nas, żeby atakować i zabić jak najwięcej Niemców, żeby nie oddawać naszej krwi tak łatwo jak dotychczas. A ostatnią kulę schować dla siebie, by nie wpaść żywym w ich ręce. Nie pamiętam, by uczono nas, że można się wycofać z getta. Jeśli padniemy, to będzie tak jak trzeba, w walce. Planowaliśmy, że jak każdy zrobi jakiś napad, choćby mały, na Niemców, będzie to zemsta za naszą rodzinę, za bliskich. Ale o wyjściu nie było mowy”.

Tymczasem Niemcy rozpoczynają systematyczne niszczenie resztek bunkrów – używają do tego aparatów podsłuchowych, psów, ale i donosicieli. W jakiś sposób 3 maja wykrywają schron na Franciszkańskiej 30, wokół którego będą trwać trzydniowe, zacięte walki. Bronią go grupy Hersza Berlińskiego, Jurka Błonesa, Marka Edelmana, Jurka Grynszpana i Henocha Gutmana, a więc te, które przebiły się z terenu szczotkarzy.

Jak wspomina w „Strażniku” Edelman, wszyscy byli tak zmęczeni, że posnęli jak kamień – w tym również warty. On sam ocknął się, gdy zobaczył wymierzoną w swą twarz lufę niemieckiej broni. „Niemcy krzyczą: »Uwaga, Żyd jest uzbrojony!«. Szarpię głową do tylu. Ból po wyrwanych włosach. Część moich ludzi wymyka się innym wyjściem. Słychać strzelaninę”. Już na samym początku ciężko ranny zostaje w wybuchu granatu „Berek” – Abraham Sznajdmil. Starcia się kończą, gdy przebijają się z okrążenia. Ostatnie dni walk to agonia... 5 maja, po walkach wokół bunkra na Franciszkańskiej 30, powstanie dobiega końca – nie ma broni, nie ma wody, a siła powstańców polega na tym, że potrafią nadal się ukrywać...

4 maja, choć formalnie nadal istnieje Komenda ŻOB z Anielewiczem, do obrońców getta przemawia przez radio z Londynu Sikorski: „Ludność żydowska, doprowadzona do rozpaczy, stawiła bohaterski opór zbrojny. Od tego czasu walka trwa. Terkot karabinów maszynowych, wybuchy bomb, pożary ściągnęły w pobliże ludność warszawską, która przejęta zgrozą pomaga, gdzie może i jak może, nieszczęsnym ofiarom nieznanego w dziejach barbarzyństwa. Dziękuję Rodakom w imieniu Rządu oraz własnym za ten szlachetny odruch. Proszę ich o użyczenie wszelkiej pomocy i ochrony mordowanym, a równocześnie piętnuję wobec całej, zachowującej zbyt długo milczenie ludzkości, te wszystkie okrucieństwa”.

Niemcy cały czas szukają głównego bunkra Komendy ŻOB, gdzie przebywa Anielewicz oraz inni członkowie dowództwa. Do dziś nie wiadomo, jak go w końcu znajdują – niewykluczone, że ktoś im doniósł. Stało się to najprawdopodobniej już 7 maja, ale Stroop zarządza likwidację dopiero na drugi dzień, zapewne chcąc wcześniej obsadzić wszystkie zakonspirowane wejścia wokół ulicy Miłej 18 i zgnieść powstańców ostatecznie. A jeszcze kilka dni wcześniej Edelman wyprowadza z Miłej dziewięcioosobową grupę i prowadzi ją do swojego bunkra, na Franciszkańską 30.

 

Jednym z powodów jest konflikt bundowców z Anielewiczem, który nie tylko nie pozwala wziąć na Miłą rannego Majlocha Perelmana, ale i zabiera mu pistolet, choć ten prosi go, by mu go zostawić. Anielewicz uznaje jednak, że broń by się zmarnowała. 7 maja Anielewicz, jego dziewczyna Mira i Cywia Lubetkin „Celina” odwiedzają Edelmana w jego bunkrze na Franciszkańskiej 30, a nawet tam nocują. Na drugi dzień pod wieczór Edelman (wraz z Jankiem Bilakiem i Jurkiem Błonesem) odprowadza ich na Miłą. Nawet prosi, żeby wrócili jednak na Franciszkańską i nocowali u niego. Ale słucha go tylko „Celina”...

Kiedy Edelman rozmawia po raz ostatni z Anielewiczem, nic nie wskazuje na to, że dowódca powstania może popełnić samobójstwo. Tym bardziej że bunkier na Miłej, w kategoriach gettowych, jest bardzo wygodny i bezpieczny: ma nie tylko swoje dojście do wody, ale również elektryczność. Ma też tajne wejścia – wcześniej bowiem należał do bandy przemytniczej – co okaże się potem istotne...

Ale pod koniec powstania na Miłej jest już bardzo ciężko – bunkier znajduje się w całkiem spalonym domu i jest w nim potwornie gorąco. Dlatego też część bojowców opuszcza Miłą kilka dni wcześniej. To jest zresztą zgodne z wizją Edelmana – rozesłać powstańców po wielu różnych bunkrach, może gdzieś się uratują... 8 maja w południe, wcześniej blokując pięć wejść (czyli – jak sądzą – wszystkie), Niemcy uderzają na Miłą. Wewnątrz jest około dwustu osób – większość to cywile. Praktycznie nie ma już amunicji. Po dwóch godzinach hitlerowcy wrzucają do bunkra bombę gazową. Kto nie ginie od kul lub gazów, popełnia samobójstwo. Mordechaj Anielewicz pisze ostatni list: „Spełniło się największe marzenie mojego życia. Żydowska samoobrona w getcie stała się faktem. Urzeczywistnił się żydowski opór i odwet. Byłem świadkiem wspaniałej, heroicznej walki bojowców żydowskich”.

Hannie Krall Edelman tak będzie opowiadał to, co się działo na Miłej:
„Anielewicz zastrzelił najpierw ją, Mirę, potem siebie. Jurek Wilner krzyknął: "Zgińmy razem". Lutek Rotblat zastrzelił swoją matkę i siostrę, potem już wszyscy zaczęli strzelać, kiedyżeśmy się tam przedarli, znaleźliśmy kilku żywych, osiemdziesięciu popełniło samobójstwo. »Tak właśnie powinno się było stać«, powiedziano nam potem. »Zginął naród, zginęli jego żołnierze. Symboliczna śmierć«. Tobie też pewnie symbole się podobają? (...) Była z nimi dziewczyna, Ruth. Siedem razy strzelała do siebie, zanim trafiła. Duża, ładna dziewczyna z brzoskwiniową cerą, ale zmarnowała nam sześć naboi”.

1 sierpnia 1944 roku zaczyna się powstanie warszawskie. Edelman już o piątej po południu słyszy pierwsze strzały. Wszyscy są podekscytowani i wychodzą na ulicę. On idzie na Żelazną, gdzie akurat jest grupa, która wróciła z lasu – dyskutują, co robić i do jakiej formacji wojskowej można się przyłączyć.

W tym samym czasie na podwórku przy Pańskiej 7, tam gdzie jeszcze niedawno ukrywał się Edelman wraz z przyjaciółmi, akowcy rozstrzeliwują Jerzego Grasberga. To pokazuje nowe zjawisko: Żydzi, którzy przeżyli, są podejrzewani o... kolaborację z Niemcami. Grasberg ma fałszywe dokumenty i broń – a więc zostaje uznany za hitlerowskiego szpiega! Informację tę przynosi Aleksander Kamiński, z którym Grasberg współpracował przy redagowaniu „Biuletynu Informacyjnego”. Jest wstrząśnięty, ale i on nie widzi wyjścia z sytuacji – radzi bojowcom, aby znaleźli sobie oddział, w którym będą bezpieczni.

Jeszcze tego samego dnia „Kazik” Ratajzer ratuje Julka Fiszgrunda, którego chce rozstrzelać żandarmeria AK. Znowu: akowcy, widząc Żyda z bronią w ręku, uznają, że złapali zdrajcę. Decydują, że bez sądu i na miejscu wykonają na nim wyrok śmierci. Zamykają go w piwnicy na Starym Mieście, a ten przez okienko wyrzuca kartkę z prośbą o pomoc. Niezwykły przypadek – kartkę akurat znajduje na ulicy Ratajzer. Interweniuje. Na czas. W ten sposób ratuje Fiszgrundowi życie.

Podobna historia na początku powstania przydarza się Edelmanowi, gdy stara się dostać na Leszno 18, od którego jest odcięty linią walk. Ma ważną przepustkę wydaną przez AK i dociera na Leszno 14. Dalej nie może przejść, bo stoją już tam straże oddziałów ukraińskich. Mało tego – zaczynają do niego strzelać. Próbuje zatem zawrócić, przemykając się z bramy do bramy. Wtedy wpada na patrol AK, który go oskarża, że podpalił kamienicę, z której właśnie wybiegł, czyli jest niemieckim szpiegiem. Decyzja – rozstrzelać na miejscu. Edelman wyrywa się i biegnie po schodach w stronę drzwi mieszkania, w którym kwaterują dowódcy tego oddziału. Przez kilka minut trwa szamotanina, akowcy ciągną go w dół, on kopie w drzwi – wreszcie ktoś otwiera i po długiej rozmowie daje się przekonać Edelmanowi, by go nie rozstrzeliwać od razu.
W końcu go wypuszczają...

Żobowcy podczas powstania warszawskiego trafiają do trzeciego plutonu drugiej brygady Armii Ludowej, czyli do partyzantki komunistycznej. Jest to tym bardziej naturalne, że „Antek” ma cały czas bezpośredni kontakt z „Witoldem”, czyli Franciszkiem Jóźwiakiem, szefem sztabu AL.

Edelman: – Pytacie mnie – dlaczego właśnie AL? A dlatego. Nie będę bawił się z tymi, co chcą mnie zabijać. Jeszcze parę razy AK stawiało mnie pod murem, bo żandarmeria na Starym Mieście, gdzie walczyliśmy na początku, to była po prostu czysta, oenerowska Falanga.

To wszystko nie było takie proste, jak się teraz wydaje. Komuniści bywali przyzwoici i bywali nieprzyzwoici. Trzeba wiedzieć, którzy jacy byli. Na przykład, ten sztab Armii Ludowej, który zginął pod koniec sierpnia na Freta 16 – to byli bardzo przyzwoici ludzie. Znałem ich. Kowalski, Nastek Matywiecki – zresztą Żyd... To on przyszedł do mnie podczas powstania warszawskiego i powiedział, że mam nie spać w tej piwnicy razem z oddziałem, bo nawet AL może mnie jako Żyda zabić. A potem mnie przykrywał swoją pałatką i spał przy mnie na tym trawniku przy Długiej i Świętojerskiej.

Potem ten cały mój oddział – nie pamiętam, jak się nazywał: drugi czy trzeci batalion, wszyscy stali się ubekami, stali w Warszawie pod Hotelem Polonia i skupywali dolary. Ale mojego dowódcę „Witka” w styczniu 1945 roku zaraz po wojnie [po wyzwoleniu Warszawy – przyp. red.] Narodowe Siły Zbrojne wykończyły rękami Rosjan: kiedy w Częstochowie chciał się sam zgłosić do komendanta milicji, ludzie z NSZ pojmali go, doprowadzili do Rosjan i powiedzieli, że to faszysta. A ci go zastrzelili... Oczywiście AL to była mała grupa. Tak samo jak PAL, tam gdzie był Jan Strzelecki. To nie oni decydowali. Ale nie mogę im nic zarzucić.

– Czy interesowały Pana ich wewnętrzne porachunki? Słyszał Pan wtedy o sprawie zabójstwa Nowotki i likwidacji braci Mołojców, których PPR oskarżyła o ten mord?

– Nie wiem, kto zabił Mołojców – jak nie zabijał Gomułka, to na pewno wiedział o tym i dawał przyzwolenie. I nie wiem, czy Bolesław Mołojec, który był przecież wtedy dowódcą GL, zginął dlatego, że był bardziej proradziecki, czy dlatego, że był za mało proradziecki. Wiedziała o tej sprawie ich sekretarz Marysia Rutkiewicz – ale pary nie puściła aż do śmierci. Przecież ona była w tym wszystkim przez lata. Kiedyś ją pytam: „Marysiu, a kto zabił Mołojca?”. Ona: „Skąd ja mogę wiedzieć?”.

– Dlaczego milczała?

– Bo się bała. To przecież klasyczny rosyjski razwiedczyk. Wzięli ją z Syberii, z łagru, przeszkolili i zrzucili jako radiotelegrafistkę do Polski. Była sekretarką Komitetu Centralnego PPR. Gdyby tylko ona puściła parę... Wszystko wie. Pytałem ją tu. A ona: „Marek, ja nic nie wiem”. Nie chciała puścić pary.

Pod koniec powstania Edelman walczy na Starym Mieście, skąd 29 sierpnia, na dzień przed kapitulacją dzielnicy, przedostaje się kanałami z resztkami oddziałów AL na Żoliborz.

Gdy miesiąc później Żoliborz padnie, Edelman przebija się w stronę placu Wilsona. Trzeba trafu, że w piwnicy kamienicy spółdzielni „Feniks”, wśród kilkuset przerażonych cywilów, spotyka płaczącą Cywię Lubetkin. Okazuje się, że nikt z dowództwa o niej nie pamiętał i nie powiadomił o tym, że podpisano kapitulację.

– „Celinie” ostatniego dnia dali pierwsze zadanie: postawili ją na warcie w takim okopie. Karabin miała większy dwa razy niż ona. Stoi i stoi, już na wszystkich oknach wiszą białe prześcieradła, ale nikt jej nie zdejmuje z posterunku. Dopiero ją ci mieszkańcy wyrzucili stamtąd z tym karabinem. Byłem wtedy w jednym z tzw. domków policyjnych na rogu Potockiej i Gdańskiej. Siedziałem tam sam i co parę minut wchodziłem po schodach i z innego okna strzelałem, żeby wyglądało, że tutaj jest Bóg wie ilu powstańców. Ale w końcu z drugiego domku, gdzie też został tylko jeden człowiek, słyszę: „Marek, tu już nie ma co robić, jesteśmy we dwójkę, idziemy!”.

Już nikt do nas nie strzelał. Wracałem do placu Wilsona przez kamienicę „Feniksa” i patrzę, stoi jakaś dziewczyna oparta o ścianę, z wielkim karabinem, twarz do ściany, znajoma sylwetka. To była „Celina”. Edelman znów staje się dla niej oparciem. Wyciąga ją z piwnicy, a ponieważ Cywia ma obtarte stopy i nie może chodzić, bierze ją na ręce i niesie do willi na ulicy Promyka, gdzie, jak sądzi Cywia, są jeszcze inni ich przyjaciele.

Dom należy do państwa Glińskich i mieszka tam Tosia Goliborska, lekarka szpitala Bersohnów i Baumanów, badaczka choroby głodowej w getcie, łączniczka ŻOB (jej mąż, oficer, ginie w Katyniu). Tuż obok mieszkają pozostali, wśród nich „Antek”... Gdy tam docierają, akurat formuje się kolumna składająca się z mieszkańców, którzy mają być przewiezieni do obozu w Pruszkowie, oraz z oddziałów z dolnego Żoliborza, które idą do niewoli. Ale gdy Edelman pyta oficera AK, czy zagwarantuje, iż nikt z jego ludzi nie wyda żydowskich bojowców Niemcom, słyszy zaprzeczenie. W tej sytuacji decyduje się zostać w piwnicy na Promyka.