Rozwijając firmę, ANDRZEJ BLIKLE równie chętnie sięga do rodzinnej tradycji, jak i po poradę coacha. Ostatnio kierowanie przedsiębiorstwem przekazał synowi i synowej, ale twierdzi, że ma plany na następne kilkadziesiąt lat.

Urodził się na biurku swojego ojca w rodzinnej firmie na Nowym Świecie. Brzmi efektownie, jakby ten szczegół wymyślili najlepsi specjaliści od wizerunku. „Okoliczności nie były jednak słodkie, choć całe zdarzenie miało miejsce w cukierni” – żartuje prof. Andrzej Blikle. Przyszedł na świat 24 września 1939 roku, kiedy Niemcy bombardowali stolicę. Dzień wcześniej zniszczyli elektrownię i filtry, w warszawskich szpitalach nie było więc ani wody, ani prądu. W dodatku będącej w zaawansowanej ciąży Anieli Blikle nie dało się przetransportować na porodówkę. „Ojca nie było w domu, bo walczył na froncie wschodnim, podjęto więc decyzję, że urodzę się w firmie. Z naszej cukierni przy Nowym Świecie było stosunkowo blisko do Wisły, więc pracownicy przynajmniej mogli donosić w wiadrach wodę. A dziadek stał na dachu kamienicy i ręcznie zrzucał na ziemię niewielkie bomby zapalające, które spadały na budynki” – opowiada profesor

Później przez lata, choć w cukierni urodzony, nie chciał  się zajmować rodzinnym przedsiębiorstwem. Co z tego, że firma zacna? Że towarzyszyła warszawiakom od 1869 roku, kiedy to pradziadek Antoni Kazimierz Blikle odkupił cukiernię, w której sam wcześniej pracował jako starszy cukiernik? Że przed wojną w lokalu grywał sam Ignacy Paderewski? Albo że w latach 60. w wywiadzie dla paryskiej prasy francuski prezydent Charles de Gaulle, wspominając swój pobyt w Warszawie w latach 20., opowiadał głównie o pączkach Bliklego? To wszystko w PRL-owskiej rzeczywistości nie miało znaczenia. W końcu prywatny przedsiębiorca był największym wrogiem nowego ustroju.

RZEMIEŚLNIK I ARTYSTA.

Dorastający Andrzej widział aresztowanie ojca za to, że ten kupił w sklepie na rogu 15 jajek potrzebnych do produkcji ciasta. „Za spekulancki wykup produktów przeznaczonych dla ludności”. Jeszcze gorsze były kontrole skarbowe, które przypominały dzisiejsze najścia CBŚ na domy mafii. „Ekipa wchodziła, blokowała drzwi, odcinano telefon. Zaczynało się przeszukanie, czy przypadkiem gdzieś nie ukryliśmy kilku kilogramów cukru. Wszystkie dokumenty kwestionowano, nakładano kary przekraczające wartość firmy. Po jednym z takich najść ojca zabrało pogotowie” – wspomina Andrzej Blikle. „Pamiętam, jak leżąc na noszach, powiedział mi, że do jego powrotu firma jest zamknięta i żebyśmy nie podpisywali żadnych dokumentów” – dodaje profesor. Nic dziwnego, że w jego młodzieńczych planach przejęcie rodzinnego interesu nie znajdowało się na pierwszym miejscu. „Ojciec chciał, żebym kiedyś poprowadził jego firmę. Przed maturą powiedział mi jednak, że muszę mieć alternatywę. Konkretny fach w ręku, który uniezależni mnie od cukierni w momencie, kiedy nam ją, nie daj Boże, zabiorą” – wspomina.

Ojciec i matka to pierwsi mentorzy Andrzeja Bliklego. On  – typ solidnego rzemieślnika. Ona – humanistka i artystka. Ta dwoistość będzie towarzyszyła mu przez całe życie. „Zresztą dobry rzemieślnik musi mieć w sobie coś z artysty, choćby poczucie piękna. A artysta z kolei powinien być solidny” – wyjaśnia profesor. Ojciec powtarzał: nie wolno poświęcić renomy dla zysku. Bo w długiej perspektywie renoma, na którą pracowały pokolenia, to najlepsza – a może nawet jedyna – gwarancja istnienia firmy. „Przekazywał też pogardzany w tamtym czasie etos pracy, uczył solidności. I wczesnego wstawania, co zostało mi do dziś. Nieraz już przed piątą jestem na nogach” – opowiada prof. Blikle.

Matka dla odmiany tłumaczyła, że we wszystkim potrzebne jest wyczucie estetyki i piękna. Przede wszystkim w kontaktach z ludźmi, ale też w interesach. „Pod jej wpływem podjąłem decyzję, że jak się ożenię, to albo z architektką, albo z malarką. Udało się” – śmieje się Blikle. I opłacało: od lat Małgorzata Wróblewska-Blikle, absolwentka Akademii Sztuk Pięknych, jest głównym plastykiem firmy i projektantką wszystkich wnętrz lokali Bliklego

Zgodnie z radą ojca Andrzej Blikle poszedł na politechnikę, ale na egzaminie wstępnym nie zdążył zrobić jakiegoś zadania i ostatecznie, zamiast na elektrotechnice, wylądował na matematyce. Zainteresował się informatyką, dziedziną, która w latach 50. dopiero raczkowała. „Czuliśmy się jak początkujący kapłani w starożytnym Egipcie, którzy zdobywają wiedzę tajemną o funkcjonowaniu świata” – wspomina prof. Blikle. Przygoda z nauką przeciągnęła się na trzydzieści lat. Magisterium z wynikiem bardzo dobrym, potem doktorat w Polskiej Akademii Nauk, szybka habilitacja i profesura. Prof. Blikle twierdzi, że te trzydzieści lat pracy naukowej to nieoceniony skarb także z punktu widzenia zarządzania firmą. „Już Kurt Lewin mówił, że nie ma nic bardziej praktycznego niż dobra teoria” – mówi profesor.

Tym bardziej że, jak twierdzi, na naukowej drodze spotkał  osoby wyjątkowe. Dwóch nauczycieli uważa za swoich mistrzów. „Prof. Andrzej Mostowski wywodził się jeszcze z przedwojennej szkoły matematycznej. Mówiliśmy na niego »Majster«, ale to był komplement. Mnie zresztą przypominał ojca. Był wybitnym rzemieślnikiem nauki. Posługiwał się narzędziami matematycznymi tak jak mistrz stolarstwa dłutem czy heblem: funkcjonalnie, a zarazem pięknie. Wiele mu zawdzięczam, a najbardziej naukę, żeby w pracy być precyzyjnym, czystym i eleganckim” – wyjaśnia. Z kolei prof. Zdzisław Pawlak to wzór informatyka. „W pewnym sensie przeciwieństwo Mostowskiego, ale również wybitny naukowiec. W nauce był artystą, wizjonerem. Wytyczał nowe kierunki, umiał rzucić idee, którą podchwycali inni” – opowiada.

Dwoistość: rzemieślnik – artysta dała więc o sobie znać po  raz kolejny. Naukowe sukcesy i uznanie w środowisku sprawiły, że nawet ojciec przestał mieć nadzieję, że jego syn kiedykolwiek wróci do zarządzania przedsiębiorstwem. Następcę zaczął raczej widzieć we wnuku Łukaszu. Martwił się tylko, co zrobić, kiedy on sam nie będzie już w stanie prowadzić firmy. W PRL bez uprawnień nie można było być właścicielem zakładu rzemieślniczego. Namówił więc syna, by zrobił uprawnienia, choćby dla papierka. „Cukierników sobie zatrudnisz, nie musisz się na tym znać” – tłumaczył synowi.

URLOP W BIURZE.

Na egzamin czeladniczy Andrzej Blikle poszedł w roku,  w którym zrobił doktorat. Na mistrzowski – rok po habilitacji. Zdawał matematykę, ale nie przyznał się, że jest profesorem, lecz zgodnie z wymogami złożył świadectwo ukończenia siedmiu klas podstawówki. I potknął się na prostym zadaniu z matematyki. „Postanowiłem użyć wzoru na procent składany, ale pomyliłem się w dodawaniu, a na domiar złego mój błąd odpisał ode mnie przedstawiciel Horteksu... Na szczęście zasiadający w komisji Wojciech Herbaczyński, kolega ojca, dał mi szansę poprawienia błędu. Nie do końca legalnie, ale ostatecznie wszystko się udało” – opowiada profesor.

Aż do 1989 roku wydawało się, że dyplom rzemieślniczy  będzie tylko papierkiem. „Nie wiem, co by z tego było, gdyby w styczniu 1991 roku w Zakopanem nie zabrakło śniegu” –śmieje się prof. Blikle. „Okazało się, że z nart w Tatrach nici, tymczasem urlop w Instytucie Matematyki PAN już podpisany. Postanowiłem więc spędzić ten czas w firmie, by przyjrzeć się, co można by poprawić lub zmienić. Szybko zrozumiałem, że jeśli natychmiast nie zacznę jej rozwijać, w nowej rzeczywistości straci swoją pozycję”.

To był czas, kiedy wszyscy mówili, że rzemieślnicy staną  się siłą napędową gospodarki rynkowej. Rzeczywistość okazała się bardziej skomplikowana. „Ktoś przez całe życie nie miał kłopotów ze sprzedażą butów, tylko z zakupem skóry. I nagle okazuje się, że skóry ma pod dostatkiem, tylko kolejka klientów zginęła!” – opowiada Blikle.

Nic dziwnego, że wiele zakładów z tradycjami, które przeżyły komunę, upadło u zarania III RP. „Żeby nie podzielić ich losu, postanowiłem zająć się rodzinnym interesem. Pamiętałem o słowach ojca, że na naszą renomę pracowały pokolenia. Nie mogłem pozwolić, żeby to się zmarnowało”   – opowiada.  

W 1991 roku firma, jako pierwsza z polskich przedsiębiorstw, zdecydowała się rozwijać franchisingową sieć sprzedaży. Liczba kawiarni z napisem „A.Blikle” z jednej wzrosła do siedmiu, potem do kilkunastu. Wprowadzono nowe produkty, nie rezygnując, rzecz jasna, z f lagowych pączków. Andrzej Blikle napisał podręcznik sprzedawcy, z którego udoskonalonej wersji jego pracownicy uczą się do dziś. „Przekształciłem rodzinną firmę z małego przedsiębiorstwa w średnie. Ten trudny moment w życiu firmy nazywam »przekraczaniem bariery dźwięku«. Wiele organizacji nie wytrzymuje go, osiągając tę prędkość, rozpadają się podobnie jak źle skonstruowane samoloty” – mówi. „Przychodzi chwila, kiedy biznes jest na tyle duży, że nie można już nim zarządzać ręcznie, ale ciągle na tyle mały, że właścicieli nie stać na zatrudnienie profesjonalnej kadry menedżerskiej” – wspomina Blikle.

Na początku lat 90. takiej kadry zresztą w Polsce brakowało. Sam zapisał się więc na kurs MBI, jeden z pierwszych w Warszawie. Po trzydziestu latach pracy wykładowcy akademickiego został studentem. Uczył się PR, marketingu oraz podstaw HR i rachunkowości. Kupił rzutnik i na podstawie notatek wieczorami przekazywał zdobytą wiedzę swoim dyrektorom, znowu stając się nauczycielem.

„Jak na polskie warunki, firma funkcjonowała sprawnie,  ale opierałem się głównie na intuicji i tym, co podpatrzyłem, mieszkając trochę w Stanach Zjednoczonych, Kanadzie, Danii i Szwecji. Jako przedsiębiorca cieszyłem się, że idziemy do przodu. Jako naukowiec miałem niedosyt: czy zarządza- jąc, na pewno mogę polegać tylko na własnej intuicji?” – opowiada Blikle. Na szczęście w połowie lat 90. do Warszawy przyleciał Jim Murray, brytyjski specjalista od zarządzania jakością (TQM, czyli Total Quality Management). Miał w Warszawie cykl wykładów. Proponował, jak na owe czasy w Polsce, dość rewolucyjne metody prowadzenia firmy: ciągłe doskonalenie organizacji i dążenie do osobistego zaangażowania każdego pracownika w rozwój firmy. W Polsce jedynym sposobem kierowania przedsiębiorstwem było wtedy pilnowanie pracowników, karanie za błędy, w najlepszym wypadku nagradzanie za sukcesy. „Ja też głównie takie metody stosowałem i muszę przyznać, że czułem się z tym coraz gorzej. Dlatego spotkanie z Murrayem było dla mnie prawdziwym przełomem. Tradycyjne pilnowanie, karanie i nagradzanie zastępuje się pracą nad budowaniem odpowiedzialności własnej pracownika. Likwiduje się wyścig szczurów o premię lub uśmiech prezesa, a buduje poczucie pracy w grupie przyjaciół po to, by osiągnąć wspólny cel”   – podkreśla Blikle.

Z czasem nie tylko zaczął wdrażać metody zarządzania  jakością w swojej firmie, ale stał się jej propagatorem i jednym z najlepszych specjalistów w tej dziedzinie w Polsce. Napisał podręcznik „Doktryna jakości” udostępniony w domenie publicznej na wielu internetowych forach, np. na www.firmyrodzinne.pl. Metody zaczął też upowszechniać na swoich głośnych konwersatoriach. Na jedno z nich poszedł Sebastian Margalski, specjalista od marketingu, dziś sekretarz stowarzyszenia Inicjatywy Firm Rodzinnych, którego Blikle jest prezesem. „Zarażał entuzjazmem, może przesadnym, bo słuchając jego wykładów, można było dojść do wniosku, że TQM to lek na całe zło w każdym przedsiębiorstwie” – opowiada Margalski. „Tymczasem to trudna metoda, która zresztą nie w każdym środowisku się sprawdza. Ale doskonale pasuje do charakteru profesora: wierzącego w ludzi, trochę idealisty. Z tego już się chyba nie wyleczy” – mówi.

Jedno jest pewne: w przypadku firmy A.Blikle nowatorskie zarządzanie przyniosło rezultat: dziś to nie tylko jedna z najbardziej znanych marek w kraju, ale też osiemnaście cukierni, dwa sklepy delikatesowe, trzy kawiarnie i ponad 250 pracowników.  

I właśnie w momencie spektakularnego sukcesu Blikle  podjął kolejną, z pozoru zaskakującą decyzję – o przekazaniu firmy synowi i synowej. Od stycznia nie jest prezesem, choć zachował związki z przedsiębiorstwem jako prezes rady nadzorczej. „Nie jest dobrze, gdy następcom przekazuje się pałeczkę zbyt późno. Zależało mi na tym, żeby Łukasz był w wieku, w którym ma się jeszcze młodzieńczy zapał i entuzjazm” – wyznaje Blikle.

PLANY NA 20 LAT.

Do decyzji trzeba było jednak przygotować oba pokolenia.  Merytorycznie, ale i psychicznie. „Pomagali nam dwaj zaprzyjaźnieni coachowie. No i udało się. Niestety, korzystanie z porady coacha często postrzegane jest w Polsce jako ekstrawagancja. Polacy z trudem się otwierają, a psycholog ciągle kojarzony jest albo z chorobą psychiczną, albo z psychicznymi kłopotami. Nieraz słyszę: »Mam się otwierać przed jakimś pajacem? Przecież to obciach!«” – ubolewa profesor.

Benedykt Peczko, dyrektor Polskiego Instytutu NLP  i współtwórca systemu Multi-Level Coaching (MLC), jako   coach obserwował procesy przekazywania sukcesji w wielu przedsiębiorstwach. Podkreśla, że zawsze jest to wyzwanie dla obu stron. „Profesjonalny coaching pomaga uświadomić motywy i cele, którymi się kierujemy, ustalić rolę, jaką w nowej rzeczywistości będą pełniły obie strony, a także znaleźć optymalną strategię przeprowadzenia zmiany. Ułatwia też pogodzenie się z kosztami takiej decyzji, które niewątpliwie wcześniej czy później się pojawią, i pozwala równocześnie zaplanować pozytywne jej efekty” – tłumaczy Peczko.

Blikle propaguje też coaching w ramach Inicjatywy Firm  Rodzinnych. Przekazanie rodzinnej firmy synowi nie spowodowało więc, że się nudzi. „Szczerze mówiąc, czekałem na ten moment. Teraz mogę się zająć wykładami, pisaniem kolejnej książki i innymi zajęciami, których mam na kolejne 20 lat!” – zapewnia.

Bliklego przepis na dobre pączki, czyli TQM (Total Quality Management) dla żółtodziobów:

1.NIE SKUPIAJ SIĘ TYLKO NA PĄCZKACH!
Nie ma innej drogi do świetnych  produktów niż doskonalenie wszystkiego w firmie. Niestety, wielu interesuje tylko produkt finalny. To tak, jakbyś potrzebując 100 litrów czystej wody, postanowił oczyścić tylko jeden fragment Wisły. Tymczasem albo cała Wisła będzie czysta, albo cała brudna. Zadbaj więc w firmie o wszystko: narzędzia, organizację, a zwłaszcza o społeczne środowisko pracy, czyli o ludzi. Wszystkich!!! Choćby pozornie nie mieli nic wspólnego z produkcją pączków. Nazywam to zasadą ciągłego doskonalenia.

2.SPRAW, BY TWOI PRACOWNICY POKOCHALI PIECZENIE PĄCZKÓW!
Pamiętaj: lepiej mieć ochotnika niż  niewolnika. Chcesz, żeby ludzie pracowali dobrze i wydajnie, spraw, żeby swoją robotę naprawdę polubili i żeby była dla nich jak najmniej uciążliwa. Dobra praca to lekka praca. Przy czym „lekka” nie znaczy prosta, lecz taka, która nie jest niechciana, nie sprawia przykrości. Taka, dzięki której pracownicy rozumieją wartość, jaką tworzą. To gwarancja, że twój pracownik nie będzie cię oszukiwał. Nazywam to zasadą jedności zespołu.

3.ZROZUM, ŻE SPECJALISTÓW OD ZARZĄDZANIA POTRZEBUJESZ TAK SAMO JAK FACHOWCÓW OD PĄCZKÓW!
Porzuć przekonanie, że wszystko da  się zrobić intuicyjnie. Każdy wie, że kiedy zepsuje się piec do pieczenia ciastek, trzeba wezwać odpowiedniego majstra. Ale mało kto wie, że aby zarządzać tymi, którzy te ciastka pieką, też potrzeba profesjonalistów. Są obszary podejmowania decyzji, w których trzeba mieć dużą wiedzę i umiejętności. Zaufaj specjalistom! Nazywam to zasadą racjonalności.