W erze elektryków ktoś odpala plan na analogowe V8 i to ma sens

Jest coś przewrotnie kojącego w tym, że w 2026 roku – kiedy większość branży liczy kilowaty, zasięgi i aktualizacje OTA, ktoś wychodzi i mówi: robimy brytyjskie GT z V8, możliwie analogowe, w mikroskali, bez udawania, że to projekt masowy. Właśnie w tę stronę idzie Jensen International Automotive, firma z okolic Banbury, która dotąd była kojarzona głównie z dopieszczaniem klasycznych Jensenów, a teraz zapowiada zupełnie nowy samochód inspirowany Interceptorem.
...
fot. Jensen

Na razie dostaliśmy raczej obietnicę i cień sylwetki niż gotową specyfikację. Ale sama deklaracja jest na tyle mocna, że warto ją rozpakować: to nie ma być nostalgiczny rekwizyt, tylko współczesny grand tourer, projektowany od zera.

Jensen wraca, ale nie w trybie muzealnym

Ważny niuans: tu nie chodzi o klasyczne wskrzeszenie marki w stylu odgrzewania logotypu i montowania go na czymś z katalogu poddostawców. Jensen International Automotive zapowiada, że buduje auto od podstaw, z własnym projektem i osobnym zespołem, który ma zająć się tylko tym programem.

Jednocześnie to nie jest firma znikąd. Przez lata zajmowali się odświeżaniem oryginalnych Interceptorów i wersji FF, wkładając nowoczesne V8 (m.in. LS), poprawiając hamulce i dopasowując klasyka do współczesnych oczekiwań. Teraz jednak odcinają się od etykiety restomodu: nowy samochód ma być nową konstrukcją, a inspiracja klasykiem ma zostać na poziomie ducha i proporcji.

To w sumie logiczny krok. Restomody uczą pokory: wiesz, gdzie stare rozwiązania bolą, co działa, a co tylko ładnie wygląda na zdjęciach. Jeśli ktoś ma w głowie listę rzeczy do poprawy w klasycznym GT, to właśnie ludzie, którzy przez lata je rozbierali i składali na nowo.

fot. Jensen

Nowy brytyjski GT: V8, aluminium i analogowe założenia

Z deklaracji wynika kilka twardych punktów. Ma być silnik V8 określany jako bespoke, czyli szyty pod projekt, nie wprost przeniesiony z cudzego magazynu części. Pod spodem ma znaleźć się aluminiowe podwozie, a całość ma być budowana ręcznie w Wielkiej Brytanii i sprzedawana na lokalnym rynku w ultra-niskich wolumenach.

Najciekawsze jest jednak hasło analogowego doświadczenia. W praktyce można to czytać jako obietnicę samochodu, który nie będzie próbował wygrywać tabelką z czasem do setki i ekranami większymi niż telewizor w salonie. Raczej: silnik, dźwięk, reakcja na gaz, komunikatywne sterowanie i mniej cyfrowej waty między kierowcą a maszyną.

Brzmi romantycznie, ale też ryzykownie. Bo analogowość w 2026 roku nie jest już domyślnym stanem, to produkt premium sam w sobie, wymagający bardzo dobrego zestrojenia mechaniki i jakości wykonania. Jeśli się uda, takie auto potrafi zostać w głowie na lata. Jeśli nie, cała narracja kończy się na ładnym teaserze.

Interceptor jako punkt odniesienia i pułapka jednocześnie

Interceptor ma w sobie wszystko, co dziś działa marketingowo: nazwę, która brzmi jak tytuł albumu rockowego, proporcje klasycznego GT i historię z lat 60. i 70. Oryginał był budowany w latach 1966–1976 i stał się symbolem brytyjskiego podejścia do gran turismo: komfortowo, szybko i z amerykańskim V8 pod długą maską.

fot. Jensen

Tyle że taki legendarny punkt odniesienia bywa też ciężarem. Współczesna interpretacja musi trafić w ten trudny środek: wystarczająco znajoma, by nie stracić tożsamości, i wystarczająco świeża, żeby nie wyglądać jak cosplay. Pierwsze opisy sugerują nowoczesną sylwetkę z klasycznymi proporcjami, ale na ocenę trzeba poczekać do pełnego odsłonięcia.

Jest jeszcze jeden haczyk: rynek. Klienci na ręcznie budowane GT istnieją, tylko są coraz bardziej wybredni. Oczekują rzemiosła, ale też niezawodności, serwisu i spójnej historii marki. To wymaga nie tylko świetnego projektu, ale i dojrzałej organizacji.

Jeśli Jensen dowiezie obietnicę analogowego GT z prawdziwym charakterem, to może się okazać, że w czasach ujednolicenia napędów i interfejsów właśnie takie niszowe projekty będą wyznaczały emocjonalny top motoryzacji. Nie jako alternatywa dla EV, tylko jako przypomnienie, po co kiedyś w ogóle kochaliśmy samochody.

A jeśli nie dowiezie, to i tak symptom czasów jest ciekawy: rośnie grupa odbiorców, którzy chcą mniej funkcji, a więcej wrażeń. I to jest dla branży sygnał ostrzegawczy: technologia ma sens dopiero wtedy, gdy nie zagłusza człowieka po drugiej stronie kierownicy.